Relacja między literaturą a światem idei politycznych to temat, który na naszych łamach pojawia się od dawna. Rozmowa z Michelem Faberem to kolejny głos w tej dyskusji. Faber bez wahania twierdzi, że wszelka literatura zadająca "pytanie o człowieczeństwo" staje się tym samym polityczna. Idee zawarte w dziełach literackich nie są w żadnym razie obciążeniem dla nich, pod warunkiem jednak, że towarzyszy im krwista, emocjonalnie angażująca czytelnika historia. Literatura powinna udzielać odpowiedzi na pewne pytania, a nawet wskazywać czytelnikowi drogę. Pisarz powinien też niekiedy przyjąć perspektywę dziecka z jego nieokiełznanym pragnieniem poznania rzeczywistości. Postawa cynizmu czy pogardy wobec ludzi i świata - reprezentowana wedle Fabera np. przez Michela Houellebecqa - choć daje mocny efekt, na dłuższą metę okazuje się nie tylko stereotypowa i banalna, ale także groźna. Oznacza bowiem niebezpieczną "utratę respektu dla człowieka".
p
Moje przekonania w przeważającej mierze są lewicowe. Długo wyznawałem pogląd, że nie powinno mieszać się politycznych i literackich treści, że sztuka jest zupełnie odmiennym od polityki rodzajem dyskursu. Zmieniłem zdanie przez ostatnie pięć lat, żyjąc w kraju, który rządzony jest przez rzekomo lewicową partię - laburzyści nie są oczywiście żadną lewicą - tym bardziej po inwazji na Afganistan i Irak, po przyłączeniu się do imperialnych ambicji Stanów Zjednoczonych. To szaleństwo narzucania demokracji innym państwom za pomocą bomb uczyniło mnie człowiekiem zdecydowanie bardziej politycznym. Zacząłem także pisać i wypowiadać się, używając innych niż literackie środki, uczestniczyć w manifestacjach antywojennych. Wydaje mi się niemożliwe pisanie książek, które zadają pytanie o człowieczeństwo, a które nie byłyby w jakimś przynajmniej sensie polityczne. Każde dzieło sztuki, które próbuje zrozumieć, dlaczego działamy tak, jak działamy i jaki tkwi w nas potencjał zmiany, siłą rzeczy staje w sprzeczności z dominującymi przekonaniami na temat społeczeństwa.
Przez 25 lat pisałem tylko dla siebie. Miałem zaufanie do komunikacji tylko z samym sobą. Kiedy zacząłem pisać dla innych, nie uważałem, że powinienem coś zmieniać, czynić bardziej przejrzystym dla czytelnika, upraszczać czy wyjaśniać filozoficzny kontekst moich książek. Sądzę, że dopóki spełniony jest najważniejszy warunek: w powieści obecna jest naprawdę mocna emocjonalnie historia, że są w niej postacie, których losy naprawdę czytelnika obchodzą - zmierzy się on także z intelektualnymi pytaniami, jakie rodzi książka. Ludzie nie są głupi i źle reagują zarówno na niedostatek, jak i na przeładowanie powieści treściami czysto intelektualnymi. Dam panu przykład. Wyobraźmy sobie, że idzie pan przez miasto i bardzo chce się panu siku. Nagle ktoś mówi panu, że zaraz za rogiem pojawi się Jezus Chrystus. Dalej będzie pan myślał przede wszystkim o tym, gdzie można się załatwić. Oczywiście że interesuje pana Chrystus za rogiem, ale pierwszeństwo zawsze będzie miała potrzeba fizjologiczna. Analogicznie u czytelnika taką potrzebą w literaturze jest nawiązanie emocjonalnego związku z opowiadaną historią. I jeśli zadba się o to, można dać mu coś więcej. W przeciwnym razie - straci się go, niezależnie od przekazywanych mu mądrości.
Ludzie przeszłości byli prawdopodobnie znacznie bardziej podobni do współczesnych, niż opisuje to oficjalna historiografia i nasza potoczna świadomość. To, co wiemy o życiu ludzi z przeszłości, jest filtrowane przez oficjalne formy. Główne źródła przekazu są materiałami przeznaczonymi do publikacji. Tymczasem w tych najbardziej podstawowych sytuacjach - w miłości, w przyjaźni, w łóżku - niewiele nas dzieli od ludzi z przeszłości. Pisząc "Szkarłatny płatek i biały", przeczytałem mnóstwo wiktoriańskich dokumentów nieprzeznaczonych do upublicznienia: listów, pamiętników itp. Przeczytałem dużo pornografii, którą rozpowszechniano w ogromnych ilościach, a która nie trafiła do oficjalnej historiografii. W takich tekstach ludzie rozmawiali ze sobą w sposób bardzo podobny do tego, w jaki rozmawiają dziś, z czego nie zdajemy sobie sprawy. Chciałem pokazać w swojej powieści, że ci ludzie byli w gruncie rzeczy bardzo nowocześni, dlatego książka jest napisana w czasie teraźniejszym.
Bardzo jestem przywiązany do idei, by literatura dotykała czytelnika mocno, emocjonalnie, głęboko. "Szkarłatny płatek i biały" jest umową z czytelnikiem. Na początku powieści pojawia się zastrzeżenie, że to jest jak kontakt z prostytutką: bądź czytelniku świadomy konsekwencji, uważaj, nie angażuj się głęboko. Ale następnie czytelnik oczywiście angażuje się, zapomina. I na końcu nagle zostaje przywołany do rzeczywistości. To bardzo ryzykowne zakochiwać się w kimś. Wchodzić w głęboką relację. Po przeczytaniu dobrej książki zawsze pojawia się rozczarowanie, że się skończyła. Tak samo jest w życiu. Ale warto czytać dobre książki i warto wchodzić głęboko w związek z drugim człowiekiem, choć może się to wydawać nieracjonalne.
W kreskówce Houellebecq grałby bez wątpienia postać Marudy. Wyobrażam sobie małe dziecko siedzące obok niego i mówiące: "Panie Houellebecq, słyszałem o tym wszechświecie, ludziach, życiu. Jestem podekscytowany, chcę tego spróbować, jakie to jest?". I Houellebecq mówi: "Próbowałem, jest do bani". Ja chcę być bardziej jak to dziecko... Kiedy przeczytałem "Cząstki elementarne", byłem podekscytowany świeżością i odwagą jego spojrzenia. Jednak później Houellebecq wydał mi się jedynie kuglarzem zawiadującym najciemniejszymi z drzemiących w nas demonów.
Mam wrażenie, że ekstremalny cynizm i antyspołeczna perspektywa ma znacznie więcej wspólnego z fanatyzmem religijnym. Ten specyficzny zwichnięty moralizm Houellebecqa jest w pewien sposób podobny do postaw niektórych pierwszych chrześcijan, którzy mówili, że życie ludzkie poczyna się między ekskrementami, bo łono usytuowane jest między kanałem na urynę i kanałem na stolec. Ten rodzaj wstrętu do ludzkiego życia, który ma wywołać w nas pogardę do własnego ciała oraz samych siebie i zwrócić w stronę niebios albo czegoś transcendentnego, nie różni się od tego wstrętu, który obecny jest w pisarstwie Houellebecqa. Oczywiście wielka różnica polega na tym, że Houellebecq nie daje nam żadnej transcendentnej perspektywy. Jemu chodzi jedynie o wzbudzenie w nas maksymalnego wstrętu. Nie bardzo jednak wiadomo, do czego ma to nas doprowadzić. Wydaje mi się, że ciekawiej byłoby jednak zasygnalizować jakieś odpowiedzi.
Czy słyszał pan kiedyś, żeby Houellebecq powiedział: "Nie wiem"? Kategoryczność jego sądów uważam za intelektualny fundamentalizm.
Moje dzieciństwo uczyniło mnie wyobcowanym egzystencjalnym pesymistą. I właśnie dlatego wydawało mi się, że dokonywanie "rewolucyjnych odkryć": że życie jest bez sensu, ludzka komunikacja niemożliwa, wszystkie instytucje społeczne skorumpowane, a między kobietą i mężczyzną panuje wojna, byłoby popadaniem w straszny stereotyp. Tacy jak ja byli wszędzie na świecie, nie tylko w naszych czasach. To tylko jeden z ludzkich typów. Uznałem, że jeśli mam powiedzieć coś szczerego i ciekawego, powinienem raczej poszukać drogi od ciemności do światła. Jak Sugar.
Mnie i mojej żonie udało się to, czego odmawia Houellebecq swoim bohaterom: odbudowanie zniszczonej przez późną nowoczesność drogi do drugiego człowieka. Houellebecq słusznie uważa, że szansą na to jest tylko miłość, nie wierzy jednak w możliwość realizacji tej szansy. Wydaje mi się, że wyobcowani intelektualiści, napełnieni wstrętem do rodzaju ludzkiego, znajdują się w niebezpiecznej bliskości faszyzmu. Tkwi w ich postawie groźna utrata respektu dla człowieka. Ja długo się tego respektu uczyłem. Mam wrażenie, że moje książki są mostem łączącym bardzo mroczny świat wyobcowanego pesymisty ze światem miłości i wiary w człowieka.
Kiedy przyjechałem do Wielkiej Brytanii - po tym, jak mieszkałem w Australii, która jest krajem znacznie bardziej progresywnym i liberalnym - przeżyłem szok kulturowy. Gdy w północnej Szkocji zobaczyłem, jak traktuje się słabszych, obcych, starszych, odniosłem wrażenie, jakby brytyjska kultura popychała obywateli - którzy wcale tego nie chcą - poza granice ludzkiego serca. Doprowadza to do sytuacji, że można umrzeć na ulicy i nikt się tym nie zainteresuje. W Wielkiej Brytanii żyje bardzo wielu "ludzi niepotrzebnych" - gdyby ktoś ich zabił, nikt by się nie zorientował.
p
, ur. 1960, pisarz. Urodził się w Holandii, dzieciństwo spędził w Australii, od 1992 roku mieszka w Szkocji. Zaczynał jako autor opowiadań - ich pierwszy zbiór "Some Rain Must Fall" ukazał się w 1998 roku. W jego twórczości pojawiają się elementy bardzo różnych konwencji literackich: od romansu, poprzez powieść gotycką i horror, aż po science fiction (jak w debiutanckiej, wydanej także po polsku powieści "Pod skórą"). Za jego najważniejsze jak dotąd dzieło uznaje się osadzoną w realiach wiktoriańskich powieść "Szkarłatny płatek i biały" (2002, wyd. polskie 2006). Ostatnio opublikował tom opowiadań "The Fahrenheit Twins" (2005).