Dziennik Gazeta Prawana logo

Możliwość wyspy

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

W swojej najnowszej książce "Możliwość wyspy", której fragment dziś przedstawiamy, Michel Houellebecq znów eksperymentuje i prowokuje. Bawiąc się kilkoma stylami i konwencjami naraz (science fiction, antyutopia, narracja biblijna), wprowadza znany już z wcześniejszych "Cząstek elementarnych" wątek zniknięcia człowieka jako gatunku. W świecie przyszłości, w którym żyje narrator Daniel24, rządzą "neoludzie", zaś pierwotna ludzkość została zdegradowana do poziomu zwierzęcych hord. Daniel24 jest klonem swojego odległego przodka Daniela1, cynicznego aktora i komediopisarza, którego zapiski tworzą jeden z wątków powieści. Krążąc między różnymi planami czasowymi, Houellebecq zadaje - jak zawsze ironicznie - pytania o sens "wykluczenia", cierpienia, relacji wobec Innego.

p

Mój ostatni spektakl o dziwnym tytule "Do przodu, milou! Ruszaj do adenu!" nosił podtytuł "100% nienawiści" - napis szedł w poprzek afisza i był nakreślony charakterem pisma a` la Eminem; nie była to w żadnym wypadku hiperbola. Już na wstępie poruszałem problem konfliktu na Bliskim Wschodzie - któremu zawdzięczałem parę ładnych sukcesów medialnych - w sposób, jak zauważył pewien dziennikarz "Le Monde", "silnie oczyszczający". Pierwszy skecz, zatytułowany "Walka liliputów", wprowadzał na scenę Arabów - obwołanych mianem "robali Allaha", Żydów - zwanych "obrzezanymi gnidami", a także libańskich chrześcijan, obdarzonych zabawnym przydomkiem "wszy łonowych Maryi". Krótko mówiąc, jak odnotował krytyk "Le Point", religie Księgi zostały "rozłożone na łopatki" - w każdym razie w tym skeczu, w dalszej części spektaklu, w pociesznej komedyjce zatytułowanej "Palestyńczycy są śmieszni", przemycałem różne groteskowe i lubieżne aluzje do pocisków z dynamitem, jakie bojownicy Hamasu wieszali sobie wokół talii, by zrobić z Żyda pasztet. Następnie moja wypowiedź przechodziła w zmasowany atak przeciwko wszelkim formom buntu, od walk nacjonalistycznych po rewolucyjne, czyli przeciwko działaniom politycznym jako takim. Rozwijałem oczywiście przez cały show wątek p r a w i c o w e g o a n a r c h i s t y w stylu "jeden bojownik wykluczony z walki, to o jednego dupka mniej do bicia", jaki od Céline'a po Audiarda przyczynił się do wielkości komizmu francuskiego; a ponadto reaktualizując nauczanie świętego Pawła, według którego wszelka władza pochodzi od Boga, wznosiłem się czasami na wyżyny posępnej medytacji, odwołującej się do chrześcijańskiej apologetyki. Robiłem to, rzecz jasna, oczyszczając ją z wszelkich pojęć teologicznych, żeby rozwinąć strukturę argumentów, niemalże matematycznych ze swej istoty, które opierały się przede wszystkim na pojęciu "właściwego porządku". W gruncie rzeczy spektakl był klasyczny i od razu został przyjęty jako taki; z całą pewnością stanowił mój największy sukces u krytyków. Nigdy, według powszechnej opinii, mój komizm nie wzniósł się tak wysoko - czy nigdy nie upadł tak nisko, była i taka wersja, która w zasadzie mówiła to samo, często byłem porównywany do Chamforta, a nawet La Rochefoucauld.

Jeżeli chodzi o sukces u publiczności, start był nieco bardziej powolny, aż do momentu, gdy Bernard Kouchner oświadczył, że spektakl jego "osobiście zemdlił", co spowodowało, że bilety rozeszły się na pniu. Za radą Isabelle pozwoliłem sobie na krótką "Replikę" na łamach "Libération", którą zatytułowałem "Dziękuję, Bernardzie". Krótko mówiąc, szło nieźle, szło naprawdę nieźle, co wprawiało mnie w stan o tyle dziwny, że miałem wszystkiego naprawdę dosyć i byłem bliski rzucenia całego interesu - gdyby sprawy szły źle, sądzę, że dałbym dyla, nie prosząc o zapłatę. Moja słabość do kinowych środków przekazu - a więc środków martwych, w przeciwieństwie do tego, co pompatycznie nazywano w tamtym czasie s p e k t a k l e m n a ż y w o - była z pewnością pierwszą oznaką mojego znudzenia, a nawet obrzydzenia publicznością i prawdopodobnie ludzkością w ogóle. Pracowałem więc nad moimi skeczami małą wideokamerą, ustawioną na trójnogu i podłączoną do monitora, na którym mogłem sprawdzać moje wypowiedzi, miny, gesty w czasie rzeczywistym. Zawsze wyznawałem prostą zasadę: jeżeli wybuchałem śmiechem w jakimś momencie, to tylko w takim, który miał duże szanse rozśmieszyć całą salę. Pomału, przeglądając kasety, doszedłem do wniosku, że cierpię na coraz bardziej wzmagającą się dolegliwość, czasami doprowadzającą mnie wręcz do mdłości. Dwa tygodnie przed premierą powód tego niedomagania objawił mi się jasno: to, co stawało się dla mnie coraz bardziej nie do zniesienia, to nawet nie moja twarz, nie powtarzalny i przewidywalny charakter standardowych min, do których byłem zmuszony się uciekać: to, czego nie mogłem dłużej ścierpieć, to ś m i e c h, śmiech jako taki, owa nagła i gwałtowna deformacja rysów, która wykrzywia ludzką twarz, w jednej chwili ogałacając ją z wszelkiej godności. Jeżeli człowiek się śmieje, jeżeli jako jedyny spośród całego królestwa zwierząt afiszuje się z tą potworną twarzową deformacją, to również dlatego, że jako jedyny, przekraczając egoizm zwierzęcej natury, osiąga przeraźliwe i najwyższe stadium o k r u c i e ń s t w a.

Trzy tygodnie przedstawień były istną drogą przez mękę: po raz pierwszy naprawdę doznałem tego osławionego, dojmującego s m u t k u k o m i k ó w; po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem ludzkość. Zdemontowałem mechanizmy maszyny i mogłem je wprawić w ruch w dowolnym momencie.

Każdego wieczoru przed wejściem na scenę połykałem cały listek xanaksu.

Za każdym razem, kiedy publiczność się śmiała (a mogłem to przewidzieć zawczasu, umiałem dozować efekty, byłem uznanym profesjonalistą), musiałem odwracać wzrok, by nie widzieć tych g ę b, tej setki gęb, poruszanych dreszczem i wstrząsanych nienawiścią.

Ten fragment opowieści Daniela1 jest dla nas z pewnością jednym z najtrudniejszych do zrozumienia. Wideokasety, o których wspomina, zostały skopiowane i dołączone do jego opowieści życia. Zdarzyło mi się przeglądać jego dokumenty. Wywodząc się genetycznie od Daniela1, mam oczywiście te same rysy, tę samą twarz; nawet większość naszych min jest podobna (aczkolwiek moje, ponieważ żyję w środowisku niespołecznym, są w sposób naturalny nieco bardziej ograniczone), jednak ów nagły, pełen ekspresji grymas, z towarzyszącym mu charakterystycznym rżeniem, który nazywał ś m i e c h e m, jest dla mnie niemożliwy do imitacji; nie sposób nawet, bym sobie wyobraził jego mechanizm.

Notatki moich poprzedników, od Daniela2 począwszy, a skończywszy na Danielu23, dają, ogólnie rzecz biorąc, świadectwo tego samego niezrozumienia. Daniel2 i Daniel3 są jeszcze zdolni odtworzyć zjawisko pod wpływem niektórych likierów, ale dla Daniela14 jest to już rzeczywistość nieosiągalna. Opublikowano wiele prac na temat zaniku śmiechu u neoludzi; wszyscy zgadzają się co do jednego: był on raptowny.

Analogiczną ewolucję, chociaż bardziej powolną, zaobserwowano w przypadku ł e z, innej charakterystycznej cechy rodzaju ludzkiego.

Daniel9 sygnalizuje, że płakał przy ściśle określonej okazji (nagłej śmierci swojego psa Foksa, porażonego prądem przez barierę ochronną); począwszy od Daniela10 nie znajdujemy już o tym wzmianki. Tak jak śmiech jest słusznie oceniany przez Daniela1 jako przejaw ludzkiego okrucieństwa, tak łzy u tego gatunku wydają się wiązać ze współczuciem.

Nigdy nie płaczemy wyłącznie nad sobą, zapisał gdzieś anonimowy ludzki pisarz. Te dwa uczucia, okrucieństwo i współczucie, nie mają oczywiście większego sensu w warunkach absolutnej samotności, w jakich przebiega nasze życie. Niektórzy z moich poprzedników, na przykład Daniel13, ujawniają w swoich komentarzach osobliwą nostalgię za tą podwójną stratą; później ta nostalgia zanika, by ustąpić miejsca ciekawości coraz bardziej sporadycznej; i dziś możemy ją uznać, co potwierdzają wszystkie moje kontakty w sieci, za praktycznie wygasłą.

p

, ur. 1958, jeden z najgłośniejszych i najbardziej znanych na świecie współczesnych pisarzy francuskich. Opublikował m.in. cztery powieści: "Poszerzenie pola walki" (wyd. pol. 2006), "Cząstki elementarne" (wyd. pol. 2004), "Platformę" (wyd. pol. 2005) oraz ostatnio "Możliwość wyspy". Fragment "Platformy" opublikowaliśmy w "Europie" nr 25 z 22 września 2004.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj