Dziennik Gazeta Prawana logo

Za kulisami rewolucji moralnej

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 20 minut

Podstawowe pytanie, jakie zadają sobie obserwatorzy polskiego życia politycznego, brzmi: co planuje Jarosław Kaczyński, najważniejszy dziś człowiek w polskiej polityce. Rafał Matyja próbuje zrekonstruować polityczny projekt Kaczyńskiego. Szef PiS nie jest wedle Matyi "strategiem-szachistą", który starannie i z dużym wyprzedzeniem planuje swoje posunięcia - stara się raczej wykorzystywać bieżące wydarzenia dla realizacji własnych celów. Jego ustrojowy projekt wynika z ideałów Sierpnia '80, ale zabarwiony jest pesymizmem - Kaczyński zdaje sobie sprawę, że prawdziwa "rewolucja moralna" mogła nastąpić jedynie w 1989 roku. A ponieważ tak się nie stało, obecne działania mogą być jedynie "rewolucją zastępczą". Jej istotą jest "zbudowanie sprawnego aparatu państwowego zdolnego do działania w interesie społeczeństwa, a szczególnie słabszych grup społecznych". Do tego potrzeba jednak - zauważa Matyja - "nowej dystrybucji zaufania" dokonanej przez elity.

p

Hasła polityczne bywają pułapką dla ich autorów. "Gruba kreska" Mazowieckiego miała prowadzić do oczyszczenia rządu z odpowiedzialności za minione czasy. Stała się symbolem przebaczenia dawnym elitom władzy i przejścia do porządku dziennego nad ich silną pozycją w III Rzeczypospolitej. "Rewolucja moralna" nie miała być z pewnością "moralnym zamachem stanu" - nadużyciem władzy w stosunku do obywateli. Nie miała też być jednorazową przemianą polityków w anioły. W ustach polemistów stała się jednak głównym narzędziem retorycznym: wyrazem podejrzeń o zamiar stosowania "przemocy w służbie moralności".

Można zatem po prostu udowadniać owym polemistom pomyłkę. Tłumaczyć, co miał na myśli Jarosław Kaczyński. Wyjaśniać - jak czynili to bezskutecznie zwolennicy Mazowieckiego - że używają jego słów opacznie. Warto jednak zamiast tych bezskutecznych wysiłków zajrzeć za kulisy rewolucji moralnej. Za kulisy - rzecz jasna - nie tyle zjawiska (bo tego nie widać), ale pojęcia. Kwestia "co Kaczyński chciał powiedzieć?" interesować będzie nas nie ze względu na polemikę z jego adwersarzami, ale jako wstęp do rekonstrukcji jego pomysłu na rządzenie Polską.

Pomysłu, który daje się odtworzyć jedynie w pewnym ogólnym zarysie, gdyż do natury jego autora należy daleko posunięta taktyczna elastyczność i pomysłowość. Kaczyński nie jest bowiem - jak Jan Rokita - strategiem-szachistą, planującym wszystko w szczegółach z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. To ważne stwierdzenie, ponieważ najbardziej niebezpiecznym zajęciem komentatorów polityki bywa mozolna rekonstrukcja nieistniejącego. Ostatnie miesiące powinny nam uzmysłowić, że Jarosław Kaczyński nie buduje skomplikowanych wielowątkowych modeli, lecz próbuje wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, by zwiększyć zakres swojego wpływu i szansę realizacji swoich głównych celów.

Aby je odtworzyć, trzeba było sięgnąć do wypowiedzi z ostatnich kilkunastu lat, także do bardzo ciekawego wywiadu rzeki przeprowadzonego ostatnio przez Michała Karnowskiego i Piotra Zarembę. Aby być pewnym tej rekonstrukcji, koniecznie trzeba skonfrontować te wypowiedzi z podejmowanymi działaniami. "Rewolucja moralna" nie jest słowem często przez Kaczyńskiego używanym, ale jest - moim zdaniem - słowem kluczem.

Mówiąc o rewolucji moralnej, Kaczyński przywołuje dwa przykłady: okres poprzedzający bezpośrednio powstanie styczniowe oraz przemianę roku 1980. Te dwa zjawiska są symbolami oddolnego i wspólnego odruchu moralnego, którego najlepszą bodaj definicję podał Mirosław Dzielski. Pisał on, iż rewolucja moralna jest to "proces budzenia się poczucia godności i chrześcijańskiej powinności w ludziach, niezależnie od ich dotychczasowych światopoglądów". Rewolucja taka polega zatem na porządkowaniu różnych sfer życia publicznego nie wskutek działań władczych, ale niejako "oddolnie". Taka rewolucja mogła oznaczać na przykład samooczyszczenie tych środowisk, które po roku 1989 korzystały z szerokiego samorządu zawodowego. Mogła oznaczać stanowcze odrzucenie korupcji i skorumpowanych polityków. Mogła wreszcie prowadzić do rzetelnej oceny PRL.

Pewien głęboki pesymizm Kaczyńskiego - stanowiący o konserwatywnym rysie jego politycznego oblicza - polega zatem na tym, że po roku 1989 taka rewolucja nie miała miejsca i że polityka musi działać niejako w zastępstwie tej rewolucji. Brak zmian oddolnych nakłada na polityków obowiązek przywrócenia porządku, który powinien mieć charakter ładu samorzutnego. Kaczyński nie jest bowiem z zamiłowania konstruktywistą i projektantem ładu doskonałego. Jego ciekawe i mało znane wystąpienie promujące projekt konstytucyjny PiS stanowi trzydziestostronicowy dowód na brak myślenia utopijnego.

Momentem, w którym załamała się wiara Kaczyńskiego w naturalną i odruchową wolę oczyszczenia i zmiany, był zapewne rok 1989. Wówczas mimo formalnego uznania "Solidarności" przez władze i postępującej liberalizacji nie doszło do wybuchu społecznej aktywności. Trudno dziś odpowiedzieć, na ile był to efekt skutecznych działań "demobilizujących" z powodzeniem stosowanych przez władze w latach 80. Kaczyński wspomina na przykład, że liczono na sześciomilionowe członkostwo w odrodzonej "Solidarności".

W jego licznych wypowiedziach pojawia się zatem istotna nuta zwątpienia w siłę społeczeństwa - za słabego jeszcze, by nazwać go obywatelskim. Bardzo często pojawiają się w jego wywiadach rzadkie u innych polityków przykłady wzięte z życia polskiej prowincji, z życia ludzi aktywnych w pierwszej "Solidarności", a dziś odrzuconych. Nie są one przywoływane dla uzasadnienia polityki rewanżu czy jakiejś formy socjalistycznej rekompensaty. Stanowią raczej polemikę z optymistyczną rekapitulacją polskich przemian. Kaczyński podkreśla, że polityka leseferyzmu nie stanowi rozwiązania wszystkich istotnych problemów.

Nie oznacza to antyliberalizmu. Paradoksalnie Kaczyński jest w większym stopniu politykiem mieszczańskim niż jego liczni krytycy. Zwraca się przeciw establishmentowi trochę w imieniu tych, którzy stoją w drugim szeregu. W imieniu "stanu średniego" III Rzeczypospolitej. W imieniu tych, którzy zyskaliby na rzeczywistej liberalizacji, czyli na sprawiedliwych regułach gry i mniejszych obciążeniach fiskalnych. Liberalizm Balcerowicza czy Belki nie zdradzał wielkiego zainteresowania realiami przedsiębiorczości na poziomie firmy rodzinnej, gospodarstwa rolnego czy drobnej przedsiębiorczości intelektualnej. Pod rządami oficjalnego liberalizmu pojawiały się liczne podatkowe "furtki", za które płacono wysokim poziomem ogólnych obciążeń.

Wskazanie na Marcinkiewicza, zgoda na Gilowską - to fakty przemawiające za sympatią dla polityki wzrostu gospodarczego opartej na przedsiębiorczości, a nie na interwencjonizmie państwowym. Kaczyński rzadko mówi o gospodarce, ale jego rzeczywistym i podstawowym przekonaniem w tej sferze zdaje się być teza o tym, że istotnym czynnikiem rozwojowym są przejrzyste reguły gry i jakość ładu instytucjonalnego. Dopiero przejrzystość i sprawiedliwość reguł pozwala na jednoznacznie pozytywną ocenę sukcesów gospodarczych.

Owa słabsza Polska, zepchnięta na drugi plan, jest w jakimś stopniu moralnym i społecznym uzasadnieniem ostrej diagnozy politycznej. Jednak twardość Kaczyńskiego zdaje się mieć swoje najsilniejsze źródło gdzie indziej. Nie w sferze etycznej, lecz intelektualnej. Lider PiS jest bowiem przede wszystkim analitykiem. Może nawet bardziej analitykiem niż graczem. Przebaczy komuś, kto "zagrał" przeciwko niemu, ale długo będzie pamiętał upieranie się przy zasadniczo odmiennej diagnozie stanu rzeczy w Polsce.

Pasywność społeczeństwa w sferze publicznej, pogodzenie się z realiami gospodarczymi i - co najważniejsze - konformizm elit, które w swej znaczącej części przemilczały kluczowe kwestie polityczne i moralne postkomunizmu, skłaniały raczej do skupienia się na ostatnim bastionie, jakim była sfera politycznego języka, nieco patetycznie i na wyrost nazywana "sferą prawdy".

Fakt, że Kaczyński w stopniu większym niż inni politycy potrafił dokonać analizy postkomunizmu w pierwszych latach III RP i - co więcej - powtarzał tę diagnozę także w momencie, kiedy pojawiła się szansa utworzenia AWS, stanowił o jego wyjątkowości. Wyjątkowości, której ceną była marginalizacja. Nie kilkumiesięczna, lecz wieloletnia. W zasadzie po klęsce 1993 roku pojawiają się jedynie krótkotrwałe przebłyski nadziei - po zawiązaniu (z ZChN i innymi partiami prawicy) Przymierza dla Polski czy uzyskaniu pozycji w AWS. Krótkotrwałe, bo to pierwsze porozumienie rozpada się przed wyborami prezydenckimi 1995 roku, a AWS okazuje się tak dalece przeniknięta duchem postkomunistycznego dorabiania się i politycznego relatywizmu, że Kaczyński zrezygnuje z udziału w niej jeszcze przed wyborami 1997 roku.

To wtedy zadeklaruje nawet zamiar wycofania się z polityki. Można powiedzieć, że bilans jego "politycznej kariery" napisany w drugiej połowie lat 90. musiałby rozstrzygnąć, czy mieliśmy do czynienia z niezbyt skutecznym politykiem, czy ze znakomitym analitykiem. Znienawidzony przez lewicę i liberalne centrum, skłócony z Lechem Wałęsą i wieloma politykami centroprawicowymi, niezwykle krytyczny i wymagający wobec otoczenia, pozbawiony środków do działania wydawał się być typowym rewolucyjnym outsiderem. Człowiekiem, którego radykalizm zaprowadził na manowce. To wrażenie mógł pogłębiać fakt, że znacząca część Porozumienia Centrum "nawróciła się" po roku 1997 na mały realizm i wtopiła w AWS. Z czasem zawiązała nawet nową partię, bliską raczej SKL niż Kaczyńskiemu czy Dornowi.

Można było wtedy żałować, że historia III Rzeczypospolitej nie potoczyła się inaczej. Zastanawiać się, co by było, gdyby Lech Wałęsa powierzył kierowanie "Gazetą Wyborczą" nie Adamowi Michnikowi, ale właśnie Jarosławowi Kaczyńskiemu. Potencjał diagnostyczny tego drugiego byłby zapewne ciekawszym intelektualnym punktem wyjścia niż moralitety i przyjaźnie rzeczywistego redaktora "Wyborczej". Jak wyglądałaby debata publiczna w sytuacji, gdy najważniejsza gazeta opowiadałaby się stanowczo za rozliczeniem komunizmu, kontrolą nad procesem przekształceń własnościowych, stanowczością wobec przestępców? Jak potoczyłyby się losy Lecha Wałęsy, gdyby 4 czerwca 1992 najważniejszy dziennik domagał się od niego prawdy i stanowczej obrony akcji lustracyjnej? Odpowiedzi można zostawić specjalistom od political fiction.

Można jednak, wychodząc od tych pytań, postawić tezę, że wpływ Jarosława Kaczyńskiego mógł być większy, gdyby zajął on pozycję umożliwiającą raczej formułowanie diagnoz niż uczestnictwo w politycznej grze. Przyznam, że pod koniec lat 90. byłem skłonny uważać taki wybór za znacznie korzystniejszy. Zwłaszcza wobec głębokiego kryzysu AWS. Kryzysu, który ukazywał słabość polityczną i personalną polskiej centroprawicy, uniemożliwiającą podejmowanie działań ambitniejszych i bardziej długofalowych.

AWS tonęła w bieżących rozgrywkach, w walkach o rady nadzorcze i sporach o partyjne parytety. Mimo to krytykowanie jej z prawej strony robiło wówczas wrażenie działania całkowicie niezrozumiałego. Potencjał diagnostyczny tego odłamu prawicy, którego symbolem politycznym pozostawał Kaczyński, wydawał się zatem równie nieprzydatny jak jego słabnące wpływy polityczno-parlamentarne. Ratunek miał przyjść z zupełnie nieoczekiwanego źródła. Zerwanie przez Unię Wolności koalicji z AWS odebrało rządowi Jerzego Buzka silne parlamentarne oparcie, ale dało też premierowi szerszy margines swobody.

Rządy mniejszościowe są w pewnym stopniu nieobliczalne. Nie poświęcają czasu na chronienie kruchej koalicyjnej większości. Ich szefowie zyskują pewnego rodzaju niezależność opartą na lekceważeniu decyzji, które są z natury rzeczy prowizoryczne i niestałe. Czasami może udać im się coś niezaplanowanego. Tak było z nieoczekiwaną nominacją Lecha Kaczyńskiego na ministra sprawiedliwości, a potem z samobójczym dla Buzka i AWS konfliktem, który doprowadził do dymisji ministra tuż przed końcem kadencji i otworzył drogę do stworzenia Prawa i Sprawiedliwości jako partii opozycyjnej.

W jednym z wywiadów Kaczyński stwierdza, że polityka jest przestrzenią prawdy, w mówieniu której nie wolno zważać na koneksje towarzyskie. Rewolucja semantyczna, którą udało się przeprowadzić PiS w roku 2003 i 2004, była zwycięstwem pryncypializmu z lat 1993-2003. Była zwycięstwem diagnozy, której nie słuchano w minionym dziesięcioleciu.

Można z pewnością stwierdzić, że III Rzeczpospolita i jej polityczni oraz intelektualni przywódcy stracili wiele, odrzucając analizy Kaczyńskiego, lekceważąc potencjał diagnostyczny jego wypowiedzi. W epoce Millera pewność siebie rządzącej oligarchii przekroczyła granice pozwalające na obronę status quo. Wszystkie trzy przypadki, które były przedmiotem analiz komisji śledczych - propozycja Rywina, aresztowanie Modrzejewskiego i prywatyzacja PZU - były dowodem utraty instynktu samozachowawczego ówczesnych elit.

Kaczyński nie musiał dostosowywać programu swojego ugrupowania do nowych realiów. Wystarczyło zatem powtarzać diagnozy z początku lat 90., by dać wiarygodne wyjaśnienie ujawnianych faktów. Diagnozy pomijane w minionym dziesięcioleciu stały się nagle nad wyraz użyteczne. Powtarzane przez dziennikarzy, cytowane przez publicystów, wspominane przez naukowców - uzyskały status prawomocnych i wręcz oczywistych. Postkomunizm stał się pojęciem obiegowym, a nie - jak było wcześniej - wyrazem obsesji i przewrażliwienia tego, kto się nim posługuje.

Było jasne, że źródłem licznych patologii III Rzeczypospolitej jest rola układów mających swoje korzenie w poprzednim systemie. Stało się oczywiste, że służby specjalne przyjęły formy patologiczne i poważnie obciążają hipotekę młodego państwa. Pod znakiem zapytania stanęły kariery i sukcesy ludzi z tak zwanego "towarzystwa".

Rewolucja semantyczna uprawomocniła jednocześnie sam sposób uprawiania polityki przez Jarosława Kaczyńskiego. Polityki skupionej na przenikliwej diagnozie i dość ogólnikowo zarysowanej terapii. Pytano wprawdzie Kaczyńskiego o szczegółowe pomysły gospodarcze czy ustrojowe, ale pytano raczej z dziennikarskiego obowiązku, bo i tak najciekawsza, najbardziej nośna i przekonująca była diagnoza. W wielu momentach po wyborach 2005 roku Kaczyński wracał do tego stylu w chwilach ostrego kryzysu politycznego, co sprawiało wrażenie, że nie potrafi oderwać się od roli recenzenta. Jego krytycy sądzili nawet, że będzie to nieuchronnie prowadziło do wywracania kolejnych status quo. Szansą na stabilizację było ich zdaniem jedynie objęcie przez Kaczyńskiego stanowiska premiera i wzięcie na siebie pełnej odpowiedzialności. Tego jednak lider PiS uczynić nie mógł.

Jarosław Kaczyński miał czytelny dla publiczności powód, by nie zostać premierem. Chciał wzmocnić szanse brata w wyborach prezydenckich. Na tym jednak nie koniec. Wydaje się bowiem, że miał też sporo szczęścia, nie musząc szukać innych, mniej zrozumiałych powodów. A racje, by nie zasiąść w fotelu premiera, są poważne.

Po pierwsze jest to fotel źle wyposażony w narzędzia rządzenia. Stworzono wprawdzie konstytucyjne przesłanki silnej władzy premiera, nie stworzono jednak równie silnych przesłanek materialnych, związanych choćby z koniecznością przezwyciężenia deficytu informacyjnego i z rozpiętością zarządzania. Premier ponosi - zwłaszcza w opinii mediów - odpowiedzialność za szereg drobnych spraw, a jednocześnie nie ma narzędzi pilnowania tych kilku najważniejszych. Takie narzędzia nie ukształtują się zresztą z dnia na dzień, pod wpływem najsilniejszej nawet jednostki. Powstają one - o ile w ogóle mogą powstać - zwykle w wyniku długotrwałej akumulacji dokonywanej przez kolejne ekipy rządzące. Dziś proces ten jest w Polsce zaledwie w zalążku.

Po drugie bardzo trudno z fotela premiera zachować kontrolę nad rządem, partią i klubem jednocześnie. Kaczyński mógł mieć poczucie, że objęcie funkcji premiera osłabi jego pozycję w partii i będzie źródłem kłopotów z utrzymaniem jej jedności i sterowności. Łatwiej było kontrolować rząd i klub, zachowując pełną niezależność i kontrolę nad podmiotem, który w razie czego może przywołać do porządku premiera i posłów.

Po trzecie do tego typu władzy, jaką posiada premier, Jarosław Kaczyński nie ma wielkiego nabożeństwa. Bardziej interesują go sprawy, które publicyści nieco na wyrost nazywają metapolityką, a naukowcy - sferą metaregulacji. Pozycja premiera - zarówno w oczach mediów jak i aparatu administracyjnego - należy bardziej do sfery bieżącego zarządzania niż programowania strategicznego i tworzenia warunków do skutecznego realizowania szerszych celów.

Kaczyńskiego interesuje - moim zdaniem - taka przebudowa Polski, która będzie wypełnieniem ideałów Sierpnia, jedynej silnie przeżytej przez obu braci - i dodajmy: niespełnionej - rewolucji moralnej. Kaczyński jest jej nostalgicznym głosicielem i zarazem swego rodzaju mandatariuszem. Jego polityka oparta jest na przekonaniu, że rewolucja ta została wprawdzie zdradzona po roku 1989, ale nie została pogrzebana. Jednak narzędziami do jej wypełnienia nie są prozaiczne kompetencje prezesa Rady Ministrów.

Kaczyński będzie się interesował tymi sprawami, które uzna z tej perspektywy za kluczowe. Wiele wskazuje na to, że celowo zostawiał Marcinkiewiczowi pewien margines swobody w sprawach personalnych (o czym może świadczyć choćby nominacja Andrzeja Mikosza) i tych, których nie uważa za rdzeń polityki PiS. Wytwarza to właśnie ów bufor "ograniczonej odpowiedzialności" za wszystko, co dzieje się pod kierownictwem rządu. Premier z takiego bufora rzecz jasna skorzystać nie może. Podobnie jak nie może swobodnie dokonywać selekcji spraw, którymi chce się zajmować.

Zaufanie, jakim Kaczyński darzy prezydenta i przewaga polityczna, jaką ma nad premierem, dają mu ogromne możliwości wpływania na sytuację polityczną. Decyzja o osobistym objęciu fotela premiera byłaby w tym momencie ograniczeniem. Jest zapewne traktowana jako ostatnia deska ratunku w sytuacji trudnego do opanowania kryzysu. Warto jednak podkreślić, że jakkolwiek pozycja ta pozwala na zdystansowanie się od takiego czy innego drobnego błędu premiera czy któregoś z ministrów, to jednocześnie powoduje wzięcie na siebie odpowiedzialności za całość układu rządzącego. Mówiąc bardziej ogólnie - za losy "zastępczej rewolucji", którą Kaczyński na różne sposoby deklarował.

Rewolucji moralnej nie sposób przewidzieć, a tym bardziej zadekretować. "Zastępcza rewolucja" - zapowiedziana przez Prawo i Sprawiedliwość - stanowi jednak względnie konkretny projekt polityczny. Jego treścią nie są jednak zapisy programu rządowego ani nawet szczegóły programu wyborczego PiS. Istotą tego projektu jest zbudowanie silnego i sprawnego aparatu państwowego zdolnego do działania w interesie społeczeństwa, a szczególnie słabszych grup społecznych. Projekt ten - klarowny w sferze aksjologicznej - jest krytykowany jako anachroniczny w sferze prakseologicznej.

Zarzuca mu się, że ignoruje obowiązujący w Unii Europejskiej model państwa sieciowego, chętnie współpracującego ze społeczeństwem obywatelskim i pozarządowymi agendami współkształtującymi politykę państwa. Model ten istnieje jednak - o czym mówi się już mniej chętnie - dzięki odpowiednio silnemu kontekstowi kulturowemu, który jest wiążący dla poszczególnych segmentów sieci i - co więcej - jest warunkiem wielostronnego zaufania.

Poziom zaufania istniejący w polskiej wersji państwa sieciowego można zrekonstruować na podstawie słynnej rozmowy Redaktora z Producentem Filmowym lub też z zeznań tegoż Redaktora tłumaczącego, dlaczego osobiście nie poinformował prokuratury o korupcyjnej propozycji. Poziom zaufania dobrze pokazują pojęcia takie jak "grupa hakowa" działająca wewnątrz SLD.

Podobnie jak hamulcem odbudowy instytucjonalnej państwa po roku 1989 była niedokonana rewolucja moralna, tak samo dziś owo niedokonanie blokuje reformy instytucjonalne zwiększające efektywność naszej polityki wewnątrz UE. Czym innym jest bowiem sieciowe przekształcanie państw o silnej tradycji demokratycznych rządów i konstytucyjnej biurokracji, a czym innym "sieciowanie" państwa postkomunistycznego. Wydaje się zatem, że określenia typu "anachroniczne" czy "postępowe" omijają istotny instytucjonalny i kulturowy kontekst działań politycznych.

Jedno jest jasne: zastępczej rewolucji Jarosław Kaczyński nie przeprowadzi sam, nawet wtedy gdyby udało mu się - co wydaje się nierealne - zapanować nad całym aparatem biurokratycznym państwa. Wymaga ona sojuszników spoza sfery politycznej. Ale warunkiem ich pozyskania jest nowa dystrybucja zaufania dokonana przez rządzących. Rządzący III Rzeczpospolitą okazali wiele zaufania służbom specjalnym i nowym elitom gospodarczym, zaufali elitom partii postkomunistycznej i jej sojusznikom, zostawiając im majątek, dając spokój rozliczeniom. Zaufali liberalnej doktrynie prawa karnego i bezstronności sędziów. Byli jednocześnie nieufni i dokuczliwi wobec drobnych podatników.

Diagnozy formułowane przez Kaczyńskiego i jego partię poskutkowały jednoznaczną odmową zaufania wobec ulubieńców poprzedniej władzy. Radykalnie wyrażono ją w stosunku do Wojskowych Służb Informacyjnych, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz mediów publicznych, a także części środowiska prawniczego. Umiarkowaną nieufność okazano znaczącym częściom administracji i dużego biznesu. Nie sformułowano jednak nowej doktryny zaufania, która mogłaby stać się podstawą polityki państwa, a z czasem - także reform ustrojowych. Rząd Marcinkiewicza, ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego mają jeszcze sympatyków, nie pozyskały jednak - poza parlamentem - jakichkolwiek społecznych sojuszników.

Zastępcza rewolucja może zatem ponieść porażkę. Jej idee przewodnie - zarówno te wywodzące się z rzeczywistej rewolucji moralnej Sierpnia '80, jak i te wywiedzione z diagnozy słabości III Rzeczypospolitej - mogą ponownie stracić społeczną nośność. A w konsekwencji - nie spełnić się w jakiejkolwiek istotnej i odczuwalnej zmianie. Kaczyński nie jest zatem politykiem, którego porażka będzie - jak to miało już wielokrotnie miejsce - jedynie osobistą klęską. Będzie porażką nadziei wywołanych rewolucją semantyczną roku 2003, ale też czymś więcej: porażką szansy na wzmocnienie instytucjonalne państwa i zmiany w kulturze jego funkcjonowania.

p

, ur. 1964, historyk, politolog, publicysta. Prodziekan Wydziału Studiów Politycznych Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu. Był członkiem redakcji pism "Nurt", "Polityka Polska" i "Debata", współzakładał Krajowy Komitet Konserwatywny. Wraz z Kazimierzem Michałem Ujazdowskim wydał książki: "Równi równiejsi" (1993) oraz "Ustrojowa pozycja związków zawodowych w Polsce - szansa czy zagrożenie?" (1994). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 10 z 8 marca br. zamieściliśmy jego tekst "Jej Wysokość Sytuacja".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj