Nasz dzisiejszy rozmówca Jeffrey Sachs zamiast wielkich ekonomicznych teorii postuluje rozwój "ekonomii klinicznej", która byłaby oparta na analizie i rozwiązywaniu konkretnych problemów. Metodologia tego nowego, praktycznego, rodzaju ekonomii powinna być bliższa biologii niż matematyce, co oznacza, że jej zasadniczym rezultatem byłyby opisy możliwych współzależności i uwarunkowań, a nie abstrakcyjne modele. Sachs nawiązuje do Johna Maynarda Keynesa, prawdopodobnie najwybitniejszego XX-wiecznego ekonomisty. Powszechnie kojarzony z lewicowymi upodobaniami do państwowej interwencji w gospodarkę, Keynes był w istocie nie tyle ideologiem, co diagnostą gospodarki. Jego "Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza" niejako wbrew własnemu tytułowi odnosiła się do Wielkiej Brytanii w okresie kryzysu lat 30., a nie do każdej gospodarki kapitalistycznej w dowolnym momencie.
p
Byłem niedawno na zakończeniu roku akademickiego w dużym ośrodku badań biomedycznych. Studenci, którzy odbierali dyplomy, nie napisali rozpraw w rodzaju "teoria życia" czy "ogólna teoria wszystkiego". Poświęcili za to pięć lat na badania nad jednym białkiem, kwasem tłuszczowym lub chorobą. To bardzo szczegółowa wiedza. Tymczasem w ekonomii prowadzimy powierzchowną debatę na bardzo wysokim poziomie abstrakcji, dokładnie tak samo jak 200 lat temu. Nie potrafimy kumulować wiedzy w taki sposób, jaki przyczynił się do rozwoju medycyny. Jeśli nie zna się szczegółów, można generalizować w nieskończoność, lecz i tak nie zrozumie się tego, co naprawdę się dzieje.
Projekt "ekonomii klinicznej" zakłada zajmowanie się rzeczywistymi problemami, a nie wysoce abstrakcyjnymi modelami. Rzeczywiście, matematyka nie jest do tego aż tak potrzebna. Mówiłem o medycynie. Zjawiska, które powinny stanowić przedmiot zainteresowania ekonomistów, pod wieloma względami podobne są również do tego, czym zajmują się ekolodzy. W ekologii wykorzystuje się pewne modele matematyczne, ale jest ich o wiele mniej niż w ekonomii. Bardzo rzadko spotyka się równania różniczkowe, bez których trudno jest sobie wyobrazić artykuł w naukowym czasopiśmie ekonomicznym. Jest za to stosunkowo dużo statystyk i opisów często bardzo złożonych współzależności. W ekonomii powinniśmy postawić właśnie na rozwój podejścia systemowego, na większe zainteresowanie konkretnymi uwarunkowaniami, na ograniczenie abstrakcyjnego modelowania. I włożyć większy wysiłek w zrozumienie łańcuchów przyczynowo-skutkowych w systemie społecznym. Obecnie zajmuję się problemem nędzy w Afryce. Jestem przekonany, że nie mogę jej zrozumieć - a więc również jej zwalczać - nie rozumiejąc zagadnienia malarii. Są pewne matematyczne próby modelowania malarii, które uważam za przydatne, ale o wiele większe znaczenie mają badania nieopierające się na równaniach.
Boliwia była dla mnie szkołą geografii ekonomicznej. Dowiedziałem się także dużo o dynamice procesów społecznych w kraju podzielonym etnicznie. O ile byłem, jak sądzę, dość pomocny w kwestiach finansowych, o tyle moje rady dotyczące przyciągania inwestycji okazały się chybione. Nie rozumiałem wtedy rozmiaru kłopotów wynikających z tego, że Boliwia nie ma dostępu do morza i że jest krajem górzystym. W związku z tym koszta transportu są tak wysokie, że skutecznie zniechęcają inwestorów. Po drugie, boliwijskie społeczeństwo dzieli się na autochtoniczną populację indiańską i na potomków europejskich kolonizatorów. Ten podział miał wielki wpływ na politykę w ciągu ostatnich paru stuleci, a jest tak silny, że bardzo utrudnia stabilne rządzenie. Podsumowując, nauczyłem się tam bardzo dużo, ale nie znalazłem żadnej recepty na te problemy.
Głównym zadaniem było ponowne włączenie kraju w zachodnioeuropejski obieg gospodarczy. Sformułowanie "powrót do Europy" często pojawiało się wtedy na ustach przywódców "Solidarności". Najważniejszą spośród moich rekomendacji było otwarcie na międzynarodowy handel. Z punktu widzenia ekonomisty lub historyka gospodarczego - i patrząc z dość dużej odległości - ten proces zakończył się sukcesem. Polska jest dziś bezpieczniejsza i ma więcej szans na dobrobyt, niż miała przez całe stulecia. Nie obyło się jednak bez kosztów. Ludzie w średnim wieku, którzy w roku 1989 pracowali w fabrykach uzależnionych od taniej sowieckiej ropy, nie przeszli transformacji łatwo. Zachodnioeuropejska pomoc dla Polski i innych krajów regionu była mniejsza, niż się spodziewałem. Wasz kraj został jednak członkiem UE i to sprawia, że myślę o jego przyszłości z optymizmem. Jednym z nierozwiązanych problemów pozostaje to, że w wyniku 50 lat komunizmu polskie społeczeństwo przede wszystkim zestarzało się, a nie wzbogaciło. Oznacza to wysokie obciążenia emeryturami i pomocą społeczną, które skutkują trudnościami budżetowymi i napięciami politycznymi.
Nigdy nie mówiłem, że amerykański model gospodarki jest najlepszy. W roku 1989 Polska nie miała zresztą wyboru między systemem amerykańskim a jakimś innym, np. skandynawskim. Musiała przede wszystkim jak najszybciej wyjść z katastrofy gospodarczej spowodowanej naśladowaniem sowieckich wzorów. A moją rolą było udzielenie polskim przywódcom rad, jak to osiągnąć.
Kuba, która pozostaje gospodarką socjalistyczną - i z tego powodu bardzo biednym krajem - ma najlepszy system opieki zdrowotnej w regionie. Afryka, gdzie trzeba wybudować tysiące klinik, wyszkolić dziesiątki tysięcy osób personelu medycznego i wybudować regionalne szpitale, także potrzebuje planu. Wierzę również, że plan jest konieczny dla podniesienia produktywności rolnictwa. Bywam za takie opinie atakowany, więc chciałbym podkreślić - nie wierzę w gosplan, w centralne planowanie w starym stylu. Nie ma żadnego powodu, by fabryka samochodów była własnością państwową.
Patrząc na Polskę z zewnątrz, widzi się przede wszystkim kraj, który jest częścią europejskiego systemu ekonomicznego. Podejście nacjonalistyczne, protekcjonizm, jest dziś wbrew interesom polskiej gospodarki. Zgodne z tymi interesami byłoby natomiast jak najszybsze przyjęcie euro. Polska powinna także dążyć do zwiększenia efektywności UE. W całym przedsięwzięciu nie chodzi o eliminację polskiej czy jakiejkolwiek innej tożsamości narodowej, lecz o zapewnienie dobrobytu całemu kontynentowi. Mam nadzieję, że polski rząd zdaje sobie z tego sprawę.
Lewicowa wiara w interwencję państwa jest ciągle żywa, podobnie jak prawicowa ideologia wolnego rynku. Obie strony sporu mają parę ważnych rzeczy do powiedzenia. Jednak doświadczenie uczy nas, że kierowanie się jakąkolwiek doktryną w polityce gospodarczej kończy się katastrofą. Jest to jeden z powodów, dla których wolę zajmować się faktami, a nie ideami.
Keynes nie był keynesistą w znaczeniu, jakie to określenie zyskało w drugiej połowie XX wieku. Talent Keynesa opierał się na zdolności trafnego diagnozowania gospodarki. Po zbadaniu konkretnego problemu przedstawiał błyskotliwy opis sytuacji i receptę, jak można go rozwiązać. Jego wizje nie były jednak bardzo spójne. Jak sam powiedział: jeśli fakty się zmieniają, jego opinie także muszą się zmienić. Von Hayek, jeden z głównych adwersarzy Keynesa, powiedział o jego największym dziele, "Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza", że powinno się raczej nazywać "Droga na dziś". Było w tym sporo racji. Główny problem z odbiorem myśli Keynesa polega na tym, że to, co uznano, zgodnie z tytułem, za ogólną teorię, było w istocie uwarunkowane bardzo szczególnymi okolicznościami. Na przykład wielu polityków ogłosiło się keynesistami tylko dlatego, że utrzymywali duże deficyty budżetowe. Taka polityka miała sens w Zjednoczonym Królestwie podczas wielkiego kryzysu, ale nie powinno się jej stosować w trapionej hiperinflacją Ameryce Łacińskiej. Największym wkładem Keynesa w teorię ekonomii były rozważania nad krótkoterminową polityką makroekonomiczną w warunkach kryzysu. Tym, jakie mogą być jej długofalowe konsekwencje, nie przejmował się zbytnio, czego dowodem jest jego słynne stwierdzenie, że "w długim okresie wszyscy umrzemy". Długi okres nie jest jednak bez znaczenia, trzeba mieć go na uwadze, odpowiadając na pytania w stylu: "jak promować rozwój gospodarczy?", "jak przystosować się do zmiany pokoleniowej?", "w co inwestować środki publiczne?". Keynes nie mówił wiele na ten temat. Nie był specjalistą od rozwoju, nie pisał o biednych krajach ani o nadrabianiu opóźnień.
Należy zacząć od tego, że Zachód ponosi wielką odpowiedzialność za to, co stało się z tymi krajami wcześniej. Spójrzmy na Afrykę. Trzy stulecia handlu niewolnikami, od początków XVI do końca XVIII wieku, a zaraz po nich sto lat brutalnego kolonializmu. Europejska obecność na kontynencie nie doprowadziła do powstania warstwy wykształconych obywateli i przywódców, podstawowej infrastruktury czy publicznej opieki zdrowotnej. Granice nowych niepodległych państw pokrywają się z arbitralnymi granicami dawnych imperiów, dzieląc grupy etniczne, ekosystemy, dorzecza i złoża surowców. Po uzyskaniu niepodległości kraje postkolonialne zaczęły poszukiwać "trzeciej drogi" między kapitalizmem a socjalizmem. Niektóre wykazały się w tym poszukiwaniu inwencją, większość jednak nie. W wielu przypadkach połączenie złego gospodarowania z niezbyt dobrą polityką sprawiło, że swoje planowanie oparły one na kryteriach politycznych, a nie rynkowych. W dodatku w warunkach zimnej wojny wspomagano nędzne i skorumpowane rządy, jeśli tylko uważano, że znajdują się po dobrej stronie. We wczesnych latach 80. powszechnym tego rezultatem był kryzys wywołany złym zadłużeniem. Kiedy komunizm upadł, Stany Zjednoczone gwałtownie zredukowały swoje programy pomocowe. Najbiedniejsze kraje świata nie były na to przygotowane i odczuły to bardzo boleśnie. W Afryce wybuchła epidemia AIDS i nikt nic nie zrobił. Zaostrzył się kryzys żywnościowy. To, co robią tradycyjni dawcy pomocy - USA, Europa Zachodnia i Japonia - nie jest rzeczywistą odpowiedzią na potrzeby ludzi, którzy są tak biedni, że toczą wojny o jedzenie lub masowo umierają.
Będąc ekonomistą, wierzę w dobroczynną moc konkurencji i dlatego postrzegam chińskie zaangażowanie jako dobrą rzecz. Chiny nie są mocarstwem zorientowanym na militarną ekspansję. Chcą zasypać przepaść, jaka na przestrzeni wieków wytworzyła się między nimi a najbogatszymi krajami świata. Na początku XVI wieku, zaraz po tym, jak Kolumb dotarł do Ameryki, a Vasco da Gama odkrył morską drogę do Azji, Chiny były światowym liderem w dziedzinie technologii. Utrzymywały ten status od co najmniej tysiąclecia. Po roku 1500 Europa podbiła Azję, używając kompasu, prochu i prasy drukarskiej, które były chińskimi wynalazkami. Ta zamiana ról nie była nieunikniona. Chiny straciły prowadzenie na własną prośbę. W roku 1434 cesarz z dynastii Ming skutecznie zamknął je dla międzynarodowego handlu, niszcząc największą i najnowocześniejszą flotę statków oceanicznych na świecie. Chiński PKB per capita był wtedy tylko trochę niższy niż w Europie Zachodniej. W roku 1975 spadł do 7,5 proc. Dziś Chiny nadrabiają straty wynikłe z 500 lat złej polityki - i wzmacniają swoje związki ze światem zewnętrznym. Chcą zapewnić sobie rynki zbytu, dostawy surowców, nawiązać przyjaźnie. I rozdają więcej pomocy. To pozytywny proces. Mam nadzieję, że podważy on samozadowolenie USA i innych krajów. Jeśli chińska aktywność sprawi, że zaczniemy działać - tym lepiej.
Prawdę mówiąc, warunki narzucane przez Bank Światowy, USA i innych dawców pomocy nie robią na mnie dobrego wrażenia. Jest w nich wiele hipokryzji, a znaczna część pomocy międzynarodowej i tak zależy od politycznych interesów. Miliardy dolarów z amerykańskiego budżetu zniknęły w Iraku, trafiając najprawdopodobniej na prywatne konta ludzi związanych z rządem. Dziś Stany Zjednoczone popierają bardzo nieprzyjemnych przywódców w Azji Środkowej, ponieważ zależy im na ropie naftowej. Wydają także mnóstwo pieniędzy na korupcjogenną, idiotyczną wojnę w Iraku. Skoro sami źle zarządzamy pomocą, nie powinniśmy mieć pretensji do Chińczyków. Po drugie chińska pomoc, podobnie jak japońska, jest nakierowana na konkretne cele, na rzeczywisty rozwój. Dzięki niej powstają drogi, budynki, rowy melioracyjne - rzeczy, które są naprawdę potrzebne. Oczywiście przyjemnie jest myśleć, że my sami działamy słusznie, a nasz konkurent nie. Jednak w tym wypadku nie jest to zgodne z prawdą.
W roku 2002 prezydent Bush ogłosił, że w ramach MCA przekazane zostanie w roku 2003 1,7 miliarda dolarów, w roku 2004 - 3,3 miliarda, a poczynając od 2005 - 5 miliardów rocznie. Powiedziałem wtedy, że to za mało. Okazało się, że MCA nie jest w stanie zrobić nawet tego, co obiecał Bush. Rzeczywiste transfery wynoszą prawdopodobnie jedną dziesiątą zapowiadanych sum. Amerykańscy politycy - bez względu na przynależność partyjną - uważają pomoc gospodarczą za rzecz uciążliwą i mało produktywną. Bardzo mało się o niej mówi. Nie docenia się jej znaczenia. A jeśli nawet ktoś dostrzeże to znaczenie, to wyłącznie w kategoriach politycznych. Pomoc dla krajów rozwijających się może być bronią w zimnej wojnie, bronią w wojnie z terroryzmem, narzędziem zaprowadzania pokoju na Bliskim Wschodzie, nigdy jednak nie jest narzędziem, które ma zwalczyć nędzę. To nie jest rozsądne, nawet z perspektywy Realpolitik. W długim okresie doprowadzenie do rzeczywistych zmian w najbiedniejszych krajach świata miałoby o wiele bardziej korzystne konsekwencje niż wydawanie 100 miliardów dolarów rocznie na wojnę w Iraku.
Przede wszystkim należy uczynić ją bardziej praktyczną. Powinniśmy określać konkretne cele, a potem sprawdzać, czy odbiorcy pomocy zdołali je osiągnąć. Potrzeba nam takich działań, a nie wspaniale brzmiących zasad, które i tak rzadko przekładają się na praktykę. Na przykład nie wierzę, że Zachód może przesądzić o losie demokracji w Etiopii. Jej przetrwanie zależy od samych Etiopczyków. Możemy jednak sprawić, że Etiopia nie będzie głodować, że etiopskie dzieci przeżyją, że będzie w tym kraju więcej przejezdnych dróg, że mieszkańcy będą mieć dostęp do wody pitnej. Jestem również przeciwnikiem sankcji gospodarczych. Amerykański rząd nie powinien zakazywać inwestycji w Birmie czy handlu z Haiti. Ten rodzaj sankcji nie ma rzeczywistego wpływu na politykę wewnętrzną obłożonych nimi krajów, za to bardzo skutecznie hamuje rozwój gospodarczy. Tymczasem rozwój gospodarczy jest najważniejszym bodźcem dla demokratyzacji. Wszystko, co składa się na globalizację - otwarcie gospodarek, umożliwienie międzynarodowych przepływów kapitału i zwiększenie międzynarodowej konkurencji - jest z tego samego powodu korzystnym zjawiskiem. Globalizacja ma oczywiście swoje wady. Najbiedniejsze części świata nie radzą sobie z nią za dobrze. Jednak porównując stan obecny ze światem sprzed 20 czy 30 lat, podzielonym na wiele zamkniętych krajów, sądzę, że uczyniliśmy wielki postęp.
Przede wszystkim przypomniałbym im, że najlepiej radzą sobie w Europie kraje skandynawskie, które mają najbardziej otwarte gospodarki i dość elastyczne rynki pracy. I nie są złym miejscem do życia, dzięki systemom osłon socjalnych stworzonym przez socjaldemokratów. A co najważniejsze - w krajach tych jest bardzo mało protekcjonizmu. Żeby dobrze radzić sobie w świecie, nie trzeba naśladować Ameryki. Wystarczy nie zamykać granic. Joseph Schumpeter nazwał kapitalizm systemem twórczej destrukcji - jeśli chcesz stworzyć coś nowego, musisz zniszczyć coś, co już istnieje. Nie można chronić społeczeństwa przed zmianami, nie pozostając coraz bardziej w tyle. Chodzi nie tylko o ubożenie relatywne spowodowane tym, że liderzy zmian są coraz bogatsi, lecz także o to, że chronione gałęzie przemysłu stają się przestarzałe i nie są w stanie sprzedawać swoich produktów na światowych rynkach.
p
, ur. 1954, ekonomista. Rozgłos przyniosło mu doradztwo w kwestiach reform ekonomicznych rządom w Ameryce Południowej, Azji i Afryce, a także byłych państw Związku Radzieckiego. Ponad 20 lat spędził w Harvard University, obecnie jest profesorem Columbia University i dyrektorem The Earth Institute. Ostatnio w Polsce ukazała się jego książka "Koniec z nędzą" (PWN, 2006). W "Europie" nr 19 z 11 sierpnia 2004 opublikowaliśmy tekst Sachsa "Przestrogi dla nowego dyrektora MFW".