Dziennik Gazeta Prawana logo

Żyjemy w czasach tyranii wspólnot

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 25 minut

Jednym z kluczowych problemów współczesnego świata - twierdzi nasz dzisiejszy rozmówca Amartya Sen - jest paradoksalne pozbywanie się przez ludzi ich własnej wolności. Widać to przede wszystkim w dziedzinie szeroko rozumianej tożsamości. Ludzie pozwalają, by określano ich tylko w oparciu o jedną cechę: rasę, religię, narodowość, światopogląd, nie zdając sobie sprawy, że ich tożsamość jest zawsze złożona z wielu różnych elementów - przynależą więc równocześnie do wielu różnych wspólnot. "Zapominamy, że ludzie są zawsze złożonymi, mającymi wiele twarzy jednostkami, które wybierają swą tożsamość spośród ekonomicznych, ideologicznych czy kulturowych alternatyw. To, że określa się nas przez przynależność do jednej i tylko jednej grupy, bez względu na to, czy jesteśmy bogaci czy biedni, związani z lewicą czy prawicą, lubimy telewizję czy książki, bardzo ogranicza naszą wolność. Mamy do czynienia z prawdziwą tyranią".

p

Nigdy nie zapomnę tego, co zdarzyło się w 1944 roku. Miałem wtedy 10 lat. Bawiłem się sam w ogrodzie naszego domu w Dakce. I nagle pojawił się Kader Mia, przyszedł poprosić o pomoc i szklankę wody. Spojrzałem na niego - i zobaczyłem, że strasznie krwawi. Ktoś zadał mu cios nożem. Położył się w ogrodzie, z głową opartą na moich kolanach. Był muzułmaninem, szukał pracy w naszej okolicy, gdzie mieszkali głównie wyznawcy hinduizmu. Pojawił się tu, choć wiedział, że hinduiści mordują muzułmanów, a muzułmanie hinduistów. Żona błagała go, by został w domu - poszedł, bo jego rodzina nie miała nic do jedzenia. Ojciec zawiózł go samochodem do szpitala, gdzie Mia zaraz potem umarł. Zamieszki między muzułmanami a hinduistami, które poprzedziły niepodległość Indii, były jedną z przyczyn podziału na Indie i Pakistan. Rzeź wybuchła nagle, jakby bez żadnej przyczyny. W rzeczywistości była starannie przygotowana przez ekstremistów po obu stronach. Zostawiła po sobie tysiące zabitych. Politycznym podżegaczom, którzy domagali się morderstw - po obu stronach przywołując dobro "naszego ludu" - udało się z dnia na dzień przemienić zwykłych ludzi w krwiożercze istoty, które myślały o sobie wyłącznie jako o hinduistach czy muzułmanach.

Odpowiem inaczej. To wydarzenie na zawsze uczyniło mnie sceptycznym wobec koncepcji tożsamości opartej wyłącznie na przynależności do wspólnoty. Część tej mojej wrogości wynika z analiz, które przedstawiłem w moich książkach. Jest jednak we mnie również instynktowne uprzedzenie, związane z tym, że zaznałem najgorszej strony wspólnotowej tożsamości. Nic nie jest równie rzeczywiste jak tego rodzaju doświadczenie. Żyjemy dziś w świecie, gdzie ludzie są niczym owce zaganiani do oddzielnych zagród, zgodnie z jakimś typem klasyfikacji: dokonujemy niezwykle ostrych podziałów ze względu na odmienność religijnej wiary. Zapominamy, że ludzie są zawsze złożonymi, mającymi wiele twarzy jednostkami, które wybierają swą tożsamość spośród ekonomicznych, ideologicznych czy kulturowych alternatyw. To, że określa się nas przez przynależność do jednej i tylko jednej grupy, bez względu na to, czy jesteśmy bogaci czy biedni, związani z lewicą czy prawicą, lubimy telewizję czy książki, bardzo ogranicza naszą wolność. Mamy do czynienia z prawdziwą tyranią. To nie wygląda jak tyrania - wydaje się nam, że jesteśmy wolni, że panuje tolerancja. Bo możemy powiedzieć: "Tak, jestem muzułmaninem" albo: "Tak, jestem chrześcijaninem". Jednak rezultatem jest całkowite zaprzeczenie jednostkowej wolności.

To wszystko prawda. Złości mnie jednak, gdy zapominamy, że jednostka należy jednocześnie do wielu grup. I to do niej należy decyzja, której z nich należy dać pierwszeństwo, poprzez którą się samookreślić. Ja sam na przykład jestem jednocześnie Azjatą, obywatelem Indii, Bengalczykiem, amerykańskim i brytyjskim rezydentem, ekonomistą parającym się w wolnych chwilach filozofią, autorem, znawcą sanskrytu, człowiekiem wierzącym w sekularyzm i demokrację, mężczyzną, feministą, heteroseksualistą, obrońcą praw gejów i lesbijek, człowiekiem prowadzącym niereligijne życie, pochodzącym z hinduistycznej rodziny nie-braminem niewierzącym w życie pozagrobowe. A także w "przed-życie" - jeśli ktoś by o to spytał. I to jeszcze nie wszystko. Założenie, że każdy z nas dysponuje tylko jedną, jedyną tożsamością, jest doskonałym sposobem, aby nie zrozumieć niemal nikogo, kto żyje na tym świecie.

Hipoteza całkowicie egoistycznej jednostki wydaje się całkowicie "naturalna" wielu współczesnym ekonomistom. Dziwaczność tej hipotezy staje się jeszcze większa, gdy podkreślają - zresztą nieustannie - że właśnie tego wymaga racjonalność. To właśnie ich główny argument, rzekomo nie do zbicia: "Jeżeli coś nie jest w twoim interesie, nie sposób zrozumieć, dlaczego to zrobiłeś". Taki cynizm wątpliwej próby zmienia w największych idiotów Gandhiego, Martina Luthera Kinga, Matkę Teresę czy Nelsona Mandelę, a całą resztę ludzkości w nieco mniejszych idiotów - całkowicie ignorując różnorodność motywacji, którymi kierują się ludzie w społeczeństwie.

Nie sądzę, żeby ten spór - po jednej stronie interesy ekonomiczne, po drugiej lojalność w stosunku do wspólnoty - dał się rozstrzygnąć w jasny sposób. W gruncie rzeczy zawsze dokonujemy kompromisów, a kontrast nigdy nie jest tak wyraźny jak w ekonomii, teorii racjonalnego wyboru czy współczesnej politologii. Choćby dlatego, że to, co widzimy jako interes jednostkowy, często zawiera elementy troski o innego. Kiedy mówimy: "w moim interesie", zazwyczaj znaczy to nie tyle "w jednostkowym interesie", co "w interesie grupy, do której należę". Interes jest zawsze zapośredniczany przez rozumienie własnego "ja", a "ja" zawiera element wspólnotowy. To wcale nie zakłada jakiegoś szczególnie wysokiego poziomu moralności u ludzi - nie łudźmy się. Nie musi też oznaczać świadomego utożsamienia z innymi.

Jeśli coś - tak jak tożsamość - jest w rzeczywistości kwestią wyboru, jest poddane naszemu osądowi, a my - zamiast dokonywać tego wyboru - stwierdzamy, że wszystko zostało nam nakazane i w związku z tym musimy postępować tak a nie inaczej, możemy skończyć, robiąc straszne rzeczy. To oczywiście ekstremalny przykład - ale tak właśnie postępowali strażnicy w obozach koncentracyjnych. Mówili: "Nie miałem wyboru, musiałem zrobić to, co zrobiłem". Tak mówili Serbowie: "Jestem Serbem i nie mogę tolerować Albańczyków". A także Hutu: "Muszę być wierny swej tożsamości i zaatakować Tutsi". Wiele niewolnictwa umysłowego w dzisiejszym świecie bierze się po prostu stąd, że sądzimy, iż nie mamy wolności wyboru, którą w rzeczywistości dysponujemy. Zapominamy, że każdy z nas jest - w fundamentalnym znaczeniu tego słowa - myślicielem. Przecież każda jednostka doświadcza chwil refleksji, które prowadzą ją do innego, nowego rozumienia świata. To wielkie, ekscytujące chwile w naszej egzystencji i nic nie może odebrać człowiekowi tej zdolności myślenia, która stanowi o chwale naszego gatunku. Jeśli zastanowić się, jaka jest różnica między tymi dwiema podstawowymi aktywnościami naszego umysłu, jakimi są myślenie i odczuwanie, można dostrzec, że zawsze coś odczuwamy, że to aktywność (czy raczej pasywność) stała, podczas gdy myślenie zakłada wolę działania ze strony podmiotu i może być zawieszone. Akt myślenia ma więc na celu osądzenie odczucia i stwierdzenie, czy jest ono dobrym przewodnikiem.

To prawda, czasem nie mamy wyboru. Możemy być więźniem, możemy być zakładnikiem. Możemy być Żydem w nazistowskich Niemczech, gdzie stajemy się tylko i wyłącznie Żydem. To jest redukcja, to jest wymuszenie dokonane przez inne osoby. Jednak ciągle pozostaje pytanie: co możemy zrobić, aby się temu przeciwstawić? I jak powinniśmy się zachować, kiedy nasza sytuacja się zmienia? Przypomnę przypadek Żydów, którzy przeżyli Holocaust i wyjechali do Izraela. Oni często ograniczają się do tej jedynej tożsamości, która była na nich kiedyś wymuszona przez Niemców. Nadal zachowują się tak, jakby byli tylko i wyłącznie Żydami - wobec Palestyńczyków czy Arabów na Środkowym Wschodzie. Chcą wymazać w sobie wszystkie inne cechy. Zachowując się w ten sposób, Żydzi nigdy nie mogliby być tym, czym byli wcześniej. Wychodząc z założenia, że są jedynie Żydami i nikim innym, nie mogliby być narodem intelektualnych przywódców takich jak Marks, Freud czy Einstein. Nie mogliby brać pod uwagę swych zobowiązań naukowych, politycznych czy też związanych z próbą zrozumienia społeczeństwa. To jest straszna pomyłka.

Komunitarianie - i nie tylko oni - bardzo często odwołują się do argumentu, że nikt nie może rozumować znikąd. Kwestia racjonalności sprowadza się tu do tego, "czyją" - jakiej wspólnoty - racjonalność wybieramy. To całkowicie fałszywe widzenie problemu. Nie tylko dlatego, że choć kulturowe postawy i wierzenia mają na nas wpływ, nigdy nie determinują nas w pełni. Poza tym tu wcale nie chodzi o myślenie znikąd. Wybór między tożsamościami oznacza jedynie, że przemieszczamy się z jednego miejsca w inne. Jeszcze raz podkreślam: każde przeniesienie z domeny rozumowania i wyboru do domeny posłuszeństwa, ślepego przestrzegania zasad, jest czymś bardzo niebezpiecznym, ponieważ w ten sposób wyrzekamy się najbardziej istotnej części człowieczeństwa - wyrzekamy się poszukiwania tego, co powinniśmy zrobić naprawdę. Wiele dawnych praktyk i niewzruszonych tożsamości poszło w niepamięć pod wpływem zmysłu krytycznego. Tradycje mogą się zmieniać w obrębie tego samego kraju. Może warto sobie przypomnieć, że "Poddaństwo kobiet" Johna Stuarta Milla z roku 1869, gdzie domagał się on dla nich praw obywatelskich, zostało odebrane przez większość czytelników jako dowód ekscentryczności autora, a zainteresowanie tematem było tak minimalne, że była to jedyna książka Milla, na której wydawca stracił pieniądze.

Na przykład Michael Sandel, inny komunitarianin, pisze, że "wspólnota to więzy, które odkrywamy". Problem jednak polega na tym, że odkrywanie - podobnie jak los - nie należy do domeny wyboru i nie zakłada możliwości zmiany. Mówiąc: "Odkrywam, że jestem dziś w Paryżu", stwierdzam, że nie mam już wyboru - nie mogę być teraz w Warszawie, Berlinie czy Delhi. Jednak, o ile nie mamy wyboru w stosunku do tego, gdzie jesteśmy dzisiaj, zazwyczaj mamy wpływ na to, gdzie będziemy, gdzie powinniśmy być za miesiąc. Powiedzieć "Odkrywam, że za miesiąc będę w Londynie", byłoby absurdem, ponieważ to, gdzie będę za miesiąc, zależy od tego, co zamierzam zrobić. Podobnie jest z tożsamością.

Oczywiście ludzie mają prawo sądzić, że tradycja konfucjanizmu, nawet pojmowana w tak szczególny sposób, jest dla Azji szczególnie ważna. W końcu konfucjanizm jest czymś niezwykle istotnym w historii ludzkości - w Europie nigdy nie pojawiło się nic, co go przypomina. Ale mimo to nie jesteśmy skazani wyłącznie na azjatyckie wartości w ujęciu Lee Kuan Yewa. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że teza o istnieniu "azjatyckich wartości" jest pod względem intelektualnym nie do obrony. Wszystko sprowadza się tu do wyboru pewnej części azjatyckiego myślenia. W ten sposób nie tylko zapominamy, że Konfucjusz przywiązywał spore znaczenie do wolności i prawa do posiadania własnej opinii, ale także całkowicie wymazujemy inne tradycje - choćby tradycję buddyjską. A przecież to właśnie buddyjscy przewodnicy duchowi jako jedni z pierwszych poruszyli problem wolności jednostki i indywidualnego rozumienia świata.

Oni są w błędzie. Oczywiście islam jest także religią podboju - takie są po prostu fakty. Podbój miał miejsce choćby w Indiach....

Nie jest trudno zrozumieć, dlaczego interpretacja w kategoriach "cywilizacji" wydaje się nam tak atrakcyjna. Przywołuje ona bogactwo historii, pozorną głębię i powagę kulturowej analizy, poszukuje ukrytych przyczyn w sposób, którego bieżącym politycznym analizom naszego "tu i teraz" zdaje się brakować. Doskonale rozumiem, jak kuszące intelektualnie może być podejście cywilizacyjne. Tyle że... Mówił pan o Naipaulu. On widzi islamski podbój jedynie przez pryzmat zniszczenia hinduistycznych świątyń. Jak mówiłem, jest to oczywiście częścią całej tej historii, ale ona wcale się do tego nie sprowadza. Na przykład indyjska nauka i matematyka dotarły do Europy głównie dzięki temu, że muzułmańscy Arabowie przetłumaczyli je na arabski. Islamska tożsamość nie wyznacza w sposób determinujący wszystkiego, w co dana osoba wierzy lub powinna wierzyć. Można być muzułmaninem - i jednocześnie socjalistą, konserwatystą czy libertarianinem. W mojej książce przywołuję cesarza Akbara, który był przedstawicielem bardzo wczesnej myśli libertariańskiej. Zgodnie z tym, co nazywał "ścieżką rozumu", uważał, że wszyscy - muzułmanie, hinduiści, parsowie, dżiniści, żydzi, chrześcijanie, a nawet ateiści - mają prawo do własnego wyboru wyznania religijnego, zaś obowiązkiem państwa jest chronić to prawo. Nikt na świecie przed Akbarem nie sformułował takiej myśli. Zostało to powiedziane w latach 90. XVI wieku, kiedy Giordano Bruno płonął na stosie za herezję. Tak więc istnieje wiele tradycji w islamie. Tymczasem dżihadyści czy Huntington chcą temu zaprzeczyć, twierdząc, że nie można wyrazić swej lojalności w stosunku do tej religii na wiele różnych sposobów...

Oni to kochają. Huntington ma zresztą wielu zwolenników w obozach, które bez wątpienia nie wzbudzają w nim żadnej sympatii. Jednak nie ulega wątpliwości, że jego teoria wspiera ekstremistów. Hinduistyczni aktywiści z ruchu Hindutva, atakujący muzułmanów, nieustannie powołują się na Huntingtona, ponieważ twierdzi on, że Indie to cywilizacja hinduistyczna i nie ma tu nic innego. Tymczasem Indie są krajem, który - poza Indonezją i Pakistanem - ma najwięcej muzułmanów na świecie: 145 milionów. W wyborach 2004 roku koalicja stworzona przez hinduistycznych aktywistów poniosła sromotną klęskę. Dziś Indie mają muzułmańskiego prezydenta, sikhijskiego premiera i chrześcijańską przewodniczącą partii sprawującej władzę. Nieźle jak na kraj, w którym rzekomo nie ma nic poza hinduizmem... Kiedy studiowałem w Cambridge, mój nauczyciel ekonomii mawiał: "Japończycy za grzeczni, Hindusi zbyt obcesowi, za to Chińczycy są tacy jak trzeba". Zgodziłem się z tą opinią, aby nie uchodzić za zbyt obcesowego. Później jednak zauważyłem, że cokolwiek bym zrobił albo powiedział, wszystko było dowodem mojej "hinduskiej obcesowości". Byłem zawsze taki sam. Taka jest kolejna pułapka interpretacji w kategoriach cywilizacyjnych.

Świetnie, że pan mnie o to pyta, ponieważ prawie nikt nie rozumie, jak to jest ważne. Po pierwsze idea, że można wygrać liberalną bitwę, odwołując się do pokojowej natury islamu, opiera się po prostu na historycznym fałszerstwie. Islam zawsze był jednocześnie religią pokoju i wojny, o tym już mówiliśmy. Nie ma więc sensu zaklinanie typu: "Chcę, żeby islam znowu stał się umiarkowany". Po drugie uważam, że próba walki z islamskim terroryzmem jedynie w przestrzeni określanej przez sam islam jest wielkim błędem. Usiłowania, by zwalczyć terroryzm za pomocą religii, doprowadziły do tego, że w Ameryce i Wielkiej Brytanii głos islamskich duchownych i innych przedstawicieli religijnego establishmentu stał się znacznie ważniejszy niż wcześniej. I to w sprawach, które nie należą do domeny religijnej. Na dodatek islamskie organizacje zaczęły nagle przemawiać w imieniu wszystkich muzułmanów. Okazało się, że bez względu na to, czy jesteś ekstremistycznym czy umiarkowanym mułłą, czy jesteś przyjacielem Blaira czy jego wrogiem, reprezentujesz całą muzułmańską społeczność. Wszystko to oznacza wprowadzenie większej dawki religii do polityki, czego nie powinniśmy w żadnym razie robić. Musimy zrozumieć jedno: kiedy już upolitycznimy islam, nie będziemy mogli zwyciężyć. Nie będziemy mogli na nowo go odpolitycznić. Dżihadyści są zbyt silni, nie ma szans na wygranie bitwy z nimi, kiedy to oni będą wyznaczać teren i reguły konfliktu. Nie ma też najmniejszego powodu, dla którego mielibyśmy w ogóle tego próbować. Ponieważ droga do ograniczenia przemocy prowadzi przez społeczeństwo obywatelskie, partie, stowarzyszenia. A nie wspólnoty religijne. Nie jest trudno zrozumieć, że takie podejście przyczyni się jedynie do triumfu sekciarskiej przemocy.

Myślę, że powinniśmy zacząć od czegoś bardzo istotnego. Od rozróżnienia między multikulturalizmem a tym, co ja nazywam pluralistycznym monokulturalizmem. Czy istnienie różnorodności kultur, które ignorują jedna drugą jak statki mijające się w nocy - zamiast się integrować - jest udanym przykładem multikulturalizmu? Moim zdaniem jest to właśnie przykład pluralistycznego monokulturalizmu. Multikulturalizm sprowadza się w gruncie rzeczy do nakazu: musisz się integrować. To zresztą odpowiada rzeczywistości - można mieć bardzo silną brytyjską tożsamość, nie naruszając swojej tożsamości religijnej, językowej czy politycznej. Anglia stała się miejscem niezwykle pełnym życia, gdzie europejskie wartości mieszają się choćby z hinduskim stylem życia czy hinduską kuchnią. Uważam, że ci, którzy wychodzą z założenia, że brytyjska tożsamość to w gruncie rzeczy wszystkie elementy, które mogą się na nią składać, mają rację. Multietniczna Wielka Brytania nie jest wcale kolekcją odrębnych etnicznych wspólnot, jak często się twierdzi. Nie jest luźną federacją kultur ignorujących jedna drugą. Dla każdego, kto zna Wielką Brytanię sprzed pół wieku - gdy przybyłem do Cambridge w latach 50., musiałem uspokajać gospodynię, że mój kolor skóry nie zmyje się w czasie kąpieli - i dzisiejszą, kontrast musi być zadziwiający. Choćby dlatego, że życie dla wielu ludzi o innych korzeniach stało się znacznie łatwiejsze.

Brytyjskie myślenie o kulturze jest dziś w stanie zamętu. Wielka Brytania, jak każdy kraj mający wielu imigrantów spoza Europy, jest rozdarta między interakcją i izolacją. Co ma wielki wpływ na terroryzm i przemoc, potęguje zagrożenie wywołane przez Al Kaidę. Jednocześnie zbyt często zapominamy, jak wiele Brytyjczycy zrobili w kwestii integracji: w kwestii praw politycznych, społecznych, opieki zdrowotnej, szkolnictwa czy ubezpieczeń społecznych. Bardzo w tym pomogło prawo głosu przysługujące obywatelom Commonwealthu, bez względu na to, czy są obywatelami brytyjskimi, czy nie. Imigranci w Wielkiej Brytanii uczestniczą we wszystkich wyborach, podczas gdy we Francji nie mają żadnego prawa głosu. To ma ogromne polityczne konsekwencje. Dzięki temu są mniej wyalienowani, a domaganie się wszelkich praw stało się dla nich łatwiejsze.

To prawda. Myślę, że Zachód jest dziś zarazem bardzo zaściankowy i imperialny. Zaściankowy w tym sensie, że traktuje wiele rzeczy, które występują w innych częściach globu, jako wyłącznie zachodnie. Jest to postawa typowa dla mieszkańca małego miasteczka, przekonanego, że to właśnie w jego miasteczku wynaleziono ogień i wodę, że to właśnie tutaj znajduje się centrum wszelkiej wiedzy. Rady buddyjskie dyskutowały na temat zasad publicznej debaty już w V wieku - to są pierwociny dzisiejszej demokracji. System dziesiętny, wczesna trygonometria czy pierwsze astronomiczne obserwacje zapoczątkowane zostały w Chinach, Indiach i regionie Zatoki Perskiej. Stanowią dziś część tego, co nazywamy współczesną nauką. Carlyle pisał, że podstawy współczesnej cywilizacji to "proch, wynalazek druku i religia protestancka". Za dwa pierwsze z nich odpowiedzialne są Chiny. Zachód opiera swoje przekonania na historycznej pomyłce i nie rozumiem, dlaczego powinniśmy podtrzymywać tę fałszywą wizję historii. Jednocześnie Zachód jest imperialny - przekonany, że to właśnie on powinien na całym świecie rozpowszechniać idee wolności i demokracji. Bardzo często na Zachodzie wyrażana jest wątpliwość, czy będzie on potrafił "narzucić" bądź "wyeksportować" demokrację do Iraku. Już samo stawianie problemu w ten sposób zawiera złudzenie własności, przekonanie, że demokracja jest wyłącznym przywilejem Zachodu. Nie bierze się pod uwagę fatalnej, bezrefleksyjnej formy amerykańskiej interwencji, mówi się zamiast tego, że demokracja nie pasuje do Irakijczyków, Bliskiego Wschodu czy wszelkich kultur niezachodnich.

Zaściankowo-imperialne podejście jest fatalnym sposobem rozwiązywania problemów na Bliskim Wschodzie czy gdziekolwiek indziej. To wielki polityczny błąd. Ponieważ gdy Zachód mówi: "My mamy monopol na demokrację", ludzie spoza Zachodu dochodzą do wniosku, że nie ma żadnej zasadniczej przyczyny, dla której mieliby tej demokracji chcieć. Konsekwencje tej postawy są widoczne w wielu innych dziedzinach w Azji i Afryce. Złe rozumienie tego, co jest zachodnie, a co nie, może nie tylko ograniczyć poparcie dla demokracji, ale także zniszczyć standardy obiektywności w nauce czy medycynie. Już dzisiaj "zachodnia nauka" bywa traktowana z równym sceptycyzmem co "zachodnia demokracja". Przyjrzyjmy się epidemii AIDS w Afryce - walka z nią jest tak nieskuteczna m.in. dlatego, że miejscowe rządy podchodzą z wielką nieufnością do nowoczesnej medycyny, którą uważają za wyłączną domenę rasy białej. Tak więc Zachód musi zmienić swoją postawę. Odcinając Azję i Afrykę od globalnego dziedzictwa, podkreślając, że nie mają one nic wspólnego z wiedzą, wolnością i demokracją, popełnia bardzo głupią pomyłkę. A na dodatek głosi nieprawdę. A gdy coś jest jednocześnie nieprawdziwe i głupie, to chyba wystarczający powód, by to odrzucić?

p

, ur. 1933, ekonomista, filozof, laureat Nagrody Nobla w 1998 roku. Ukończył studia w Cambridge, wykładał na wielu prestiżowych uniwersytetach (m.in. w Oxfordzie, Harvardzie oraz London School of Economics). Zajmuje się problematyką rozwoju ekonomicznego i społecznego, problemami nędzy, sprawiedliwej dystrybucji dóbr oraz wpływu wyznawanych wartości na ekonomiczną racjonalność. Jest twórcą tzw. wskaźnika rozwoju społecznego. Opublikował kilkadziesiąt książek, m.in. "On Economic Equality" (1973), "Utilitarianism and Beyond" (1982), "The Quality of Life" (1993). Po polsku ukazały się: "Nierówności: dalsze rozważania" (2000) oraz "Rozwój i wolność" (2002).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj