Wyszła i oddała karty dopiero, gdy do drzwi toalety zapukali policjanci. Teraz mundurowi z Lisowic, niedaleko Legnicy będą wyjaśniać, o co tak naprawdę poszło.
To nie jedyna wpadka na Dolnym Śląsku. W Miliczu głosowanie będzie trwało aż do godziny 2.15. A to dlatego, że na kartach do głosowania zabrakło nazwiska jednego z kandydatów. I trzeba
było wydrukować nowe formularze, a na to drukarnia potrzebowała aż sześciu godzin.
W Kamiennej Górze policjanci zatrzymali sześć osób, którzy handlowali głosami. Proponowali wyborcom po kilkanaście złotych za oddanie głosu na wskazanych przez nich kandydatów.
W gminie Zagrodno jeden z kandydatów na radnego nic nie robił sobie z ciszy wyborczej i w czasie przedpołudniowej mszy w miejscowym kościele w kwiecistej przemowie namawiał do głosowania na siebie.
Bez błędów wyborczych nie obyło się w Warszawie. W niektórych warszawskich komisjach w Wilanowie i na Targówku w wyborach do rady miejskiej wydawano karty do głosowania z nazwiskami
kandydatów z innego okręgu - poinformował kierownik Krajowego Biura Wyborczego Kazimierz Czaplicki. "Przyczyna jest oczywista - błąd ludzki" - stwierdził rano Czaplicki.
Według niego niektóre komisje po prostu nie sprawdziły, czy dostały poprawne karty do głosowania.
W kilku miejscach w kraju komisje wyborcze muszą pracować w okrojonym składzie. Na jednym z bydgoskich osiedli okazało się na przykład, że głosy miał liczyć syn... jednego z kandydatów. Z
kolei w Hajnówce na Podlasiu członek komisji wyborczej, działającej przy więzieniu, przyszedł do pracy kompletnie pijany. Jego kolegom nie pozostało nic innego, jak wezwać policję. A ta
delikwenta wysłała do domu.
Natomiast w Tuczępach (Świętokrzyskie) wybory musiały być dłuższe o pół godziny. A wszystko dlatego, bo... pokłócili się czlonkowie komisji wyborczej. Tuż po 19.00 emocje sięgały już zenitu do tego stopnia, że zamknęli lokal wyborczy. Dopiero policjanci przywrócili normalne funkcjonowanie lokalu. Nieoficjalnie wiadomo, że powodem awantury był pracujący w komisji zastępca wójta, który przekazywał na zewnątrz informacje o tym, kto jeszcze nie głosował. Ich odbiorcy mieli następnie dowozić na głosowanie wskazane osoby.
Ciekawie było też w Bartoszycach (Warmińsko-Mazurskie). Tam dyrektorka miejscowej szkoły od rana organizowała akcję poparcia dla jednego z kandydatów na wójta gminy. Jak? Oferowała transport niemal pod samą urnę wyborczą i dodatkowo dziesięć złotych wynagrodzenia za głos na wskazaną osobę.
Ale wielu głosujących i tak to nie przekonało. Bo własny wybór cenili wyżej niż te kilka złotych.