Dziennik Gazeta Prawana logo

Uciekła do toalety z kartami do głosowania

12 października 2007, 14:16
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Miała być mężem zaufania i pilnować, by wybory były uczciwe. Ale to zadanie ją najwyraźniej przerosło. Kobieta, która miała dbać o przebieg głosowania w dolnośląskich Lisowicach, pokłóciła się z komisją i zamknęła się w toalecie z kartami do głosowania.

Wyszła i oddała karty dopiero, gdy do drzwi toalety zapukali policjanci. Teraz mundurowi z Lisowic, niedaleko Legnicy będą wyjaśniać, o co tak naprawdę poszło.

To nie jedyna wpadka na Dolnym Śląsku. W Miliczu głosowanie będzie trwało aż do godziny 2.15. A to dlatego, że na kartach do głosowania zabrakło nazwiska jednego z kandydatów. I trzeba było wydrukować nowe formularze, a na to drukarnia potrzebowała aż sześciu godzin.

W Kamiennej Górze policjanci zatrzymali sześć osób, którzy handlowali głosami. Proponowali wyborcom po kilkanaście złotych za oddanie głosu na wskazanych przez nich kandydatów.

W gminie Zagrodno jeden z kandydatów na radnego nic nie robił sobie z ciszy wyborczej i w czasie przedpołudniowej mszy w miejscowym kościele w kwiecistej przemowie namawiał do głosowania na siebie.

Bez błędów wyborczych nie obyło się w Warszawie. W niektórych warszawskich komisjach w Wilanowie i na Targówku w wyborach do rady miejskiej wydawano karty do głosowania z nazwiskami kandydatów z innego okręgu - poinformował kierownik Krajowego Biura Wyborczego Kazimierz Czaplicki. "Przyczyna jest oczywista - błąd ludzki" - stwierdził rano Czaplicki. Według niego niektóre komisje po prostu nie sprawdziły, czy dostały poprawne karty do głosowania.

W kilku miejscach w kraju komisje wyborcze muszą pracować w okrojonym składzie. Na jednym z bydgoskich osiedli okazało się na przykład, że głosy miał liczyć syn... jednego z kandydatów. Z kolei w Hajnówce na Podlasiu członek komisji wyborczej, działającej przy więzieniu, przyszedł do pracy kompletnie pijany. Jego kolegom nie pozostało nic innego, jak wezwać policję. A ta delikwenta wysłała do domu.

Natomiast w Tuczępach (Świętokrzyskie) wybory musiały być dłuższe o pół godziny. A wszystko dlatego, bo... pokłócili się czlonkowie komisji wyborczej. Tuż po 19.00 emocje sięgały już zenitu do tego stopnia, że zamknęli lokal wyborczy. Dopiero policjanci przywrócili normalne funkcjonowanie lokalu. Nieoficjalnie wiadomo, że powodem awantury był pracujący w komisji zastępca wójta, który przekazywał na zewnątrz informacje o tym, kto jeszcze nie głosował. Ich odbiorcy mieli następnie dowozić na głosowanie wskazane osoby.

Ciekawie było też w Bartoszycach (Warmińsko-Mazurskie). Tam dyrektorka miejscowej szkoły od rana organizowała akcję poparcia dla jednego z kandydatów na wójta gminy. Jak? Oferowała transport niemal pod samą urnę wyborczą i dodatkowo dziesięć złotych wynagrodzenia za głos na wskazaną osobę.

Ale wielu głosujących i tak to nie przekonało. Bo własny wybór cenili wyżej niż te kilka złotych.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj