Pod koniec września kobieta, od wielu lat zmagająca się z alergią, poczuła się źle i pojechała na pogotowie. Tam lekarze podali jej podwójną dawkę corhydronu i zapewnili, że już niedługo będzie lepiej. Pani Renata uspokoiła się i czekała, aż dolegliwości miną.
Ale było inaczej, niż mówili lekarze. Kiedy kobieta wróciła do domu, czuła się fatalnie. W pewnej chwili straciła przytomność. Na szczęście przerażeni mąż i syn na czas wezwali karetkę. Tylko dzięki temu pani Renata przeżyła.
Małżeństwo jeszcze nie wie, jak wysokiego odszkodowania będzie się domagać przed sądem - pisze "Dziennik Zachodni". Ale Gembalczykowie jednego są pewni. To Jelfa jest winna tego, że pani Renata o mało co nie umarła. Bo to właśnie w jej fabryce, zamiast leku na alergię, do paczek z corhydronem zapakowano preparat zwiotczający mięśnie.
A to może być dopiero początek kłopotów jeleniogórskich zakładów. Bo podobnych przypadków było w całej Polsce dużo więcej. W Pruszczu Gdańskim sprawa jest dużo poważniejsza. Bo tam pacjent, któremu lekarze wstrzyknęli corhydron, zmarł. I teraz prokuratura chce ustalić, czy lek nie pochodził przypadkiem z zatrutej partii, którą na rynek wypuściła Jelfa.