Dwoje policjantów zaginęło w nocy z piątku na sobotę po tym, jak odwieźli ważnego urzędnika MSWiA z Warszawy do domu w Siedlcach. Dyrektor departamentu w tym ministerstwie Tomasz Serafin wykorzystał policjantów jako taksówkarzy, bo spóźnił się na pociąg. Obojga zaginionych, którzy przepadli bez śladu w drodze powrotnej do Warszawy, kolejny dzień szuka policja w całym kraju.
To jednak nie pierwszy raz, gdy najwyżsi rangą urzędnicy nie przejmują się przepisami i dobrym obyczajem. Wykorzystują służbowe samochody, gdy muszą załatwić prywatną sprawę. I nie widzą w tym niczego dziwnego.
Danutę Waniek, kiedy była jeszcze szefową Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, kierowca woził służbowym samochodem na zakupy czy do fryzjera. Pani minister zdarzało się wykorzystywać
służbową skodę do przewiezienia ramy do obrazu. Waniek nie widziała w tym niczego zdrożnego. Była oburzona na "Fakt", który ujawnił, jak wygląda jej dzień pracy.
Inny minister z KRRiT, Ryszard Ulicki, dostał do prywatnego użytku służbowego nissana. Z Warszawy do rodzinnego Koszalina i z powrotem przejechał za publiczne pieniądze prawie tysiąc
kilometrów.
Wiceminister pracy w obecnym rządzie, Joanna Kluzik-Rostkowska, jeździła zaś ministerialnym autem do kosmetyczki. Swoim służbowym volvo S-80 regularnie woziła też dzieci do przedszkola i
szkoły. Do przedszkola swoją pociechę odwoził także minister kultury Kazimierz Ujazdowski. Agnieszka Odorowicz, szefowa Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej, korzystała ze służbowej
limuzyny i czasu kierowcy podczas niedzielnych zakupów. Podróżując eleganckim oplem vectrą, odwiedziła kilka bankomatów, by pobrane pieniądze wydać w sklepie meblowym.
Do służbowych samochodów przywiązani są też inni politycy. Szef ludowców Waldemar Pawlak jeździł sejmową limuzyną na plan reklamówki wyborczej PSL. Przyłapany na tym w zeszłym roku odpowiadał: "Tak, korzystam z samochodu służbowego Sejmu i nie zamierzam tego ukrywać ani komentować".
Dwa lata temu na wakacje do Chorwacji służbowym autem pojechał ówczesny poseł Ludwik Dorn, dziś wciepremier. Wprawdzie zapłacił za benzynę, ale za wypożyczenie auta z Sejmu - już nie. Dorn złamał wtedy rękę i po auto do Chorwacji musieli jechać pracownicy Kancelarii Sejmu.
Żeby na co dzień korzystać z samochodów kancelarii, posłowie nawet nie muszą się tłumaczyć, do czego ich potrzebują. Udowodniła to dwa lata temu dziennikarska prowokacja "Faktu". Dziennikarze zadzwonili do sejmowego dyspozytora i - podając się za parlamentarzystę - zamówili samochód. Tym autem sejmowy kierowca woził potem po mieście wynajętą przez dziennikarzy modelkę, która udawała żonę posła.