Anna Walentynowicz jest bohaterką niemieckiego filmu "Strajk". Mimo że nie pojawia się jej nazwisko i nawet imię zmieniono na Agnieszka, nie ma co do tego wątpliwości. Ale bohaterce "Solidarności" nie podoba się, jak została przedstawiona. Ma też pretensję za przekręcenie faktów historycznych i grozi autorom filmu procesem. By uniknąć skandalu, producent filmu próbuje dojść z nią do porozumienia. Proponuje nawet pieniądze.
Walentynowicz właśnie dostała list od Jurgena Haasa, w którym wyraża on szacunek dla legendy "Solidarności". Deklaruje, że w ramach zadośćuczynienia przekaże darowiznę Klinice Chorób Oczu Akademii Medycznej w Gdańsku. Przyznaje, że autorzy filmu sami wymyślili wiele pokazanych sytuacji. Według niego, wskazuje na to podtytuł filmu: "Ballada o wydarzeniach historycznych".
"Przyjmuję pismo profesora Haase jako gest dobrej woli i liczę, że obiecana darowizna przyczyni się do uratowania wzroku wielu osób" - mówi Anna Walentynowicz. Ale podtrzymuje groźbę wystąpienia przeciw autorom filmu do sądu. Według niej, reżyser - Volker Schlendorf - zapewniał, że sceny filmu będą z nią konsultowane i nie dotrzymał obietnicy.
Walentynowicz ma pretensje o to, że reżyser pokazał stoczniowców, jak piją wódkę w trakcie spotkań opozycji. Zarzuca mu też, że pokazał jej syna jako zomowca, a ją samą jako analfabetkę i dewotkę modlącą się do telewizora.
Dawną działaczkę "Solidarności" wspierają koledzy z opozycji: Joanna i Andrzej Gwiazdowie oraz Krzysztof Wyszkowski. Andrzej Gwiazda twierdzi, że politycznym celem filmu może być osłabienie polskiego przemysłu stoczniowego, a także ugruntowanie niemieckiego stereotypu Polaka. "Film ukazując kiepsko wykształconych i dużo pijących stoczniowców, świetnie wpisuje się w wizję Polaka: pijaka i złodzieja" - powiedział Gwiazda na specjalnie zwołanej konferencji przed premierą filmu. Jest ona zaplanowana na dziś w Gdańsku.