ZUS musiał więc oddać pani Halinie to, co jej się należało. Ale oddał nie wszystko. "Przez tyle lat ZUS nie chciał przyznać się do złodziejstwa, a zrobił to dopiero wtedy, gdy
wynajęłam prawnika. Już prawie się poddałam, ale w końcu to przecież ja wypracowałam sobie emeryturę. Te pieniądze mi się należą, to żadna łaska ZUS-u, że mi je co miesiąc
wypłaca" - opowiada "Faktowi" rozgoryczona Halina Sawicka z Elbląga.
W 2000 roku minęło 38 lat jej zawodowej pracy, a ponieważ skończyła 55 lat, złożyła do ZUS-u wniosek o emeryturę. Pani Halina spełniała wszystkie warunki, więc ją dostała: 1078 złotych
na rękę.
"Od początku ta kwota wydawała mi się za niska. Ja całe życie dobrze zarabiałam, więc powinnam mieć wyższą" - mówi "Faktowi" pani Halina, która
zaczęła dochodzić w urzędzie, jak to w końcu jest. Dzwoniła, pisała, pytała i za każdym razem słyszała, że wszystko jest w porządku. Ale w porządku nie było, a przekonana o tym kobieta
postanowiła poprosić o pomoc prawnika.
Doradca sporządził wyliczenie, pismo złożył w imieniu pani Haliny w ZUS-ie. Oficjalne pismo, sporządzone w fachowym języku i opatrzone kilkoma pieczątkami, rozpętało burzę. Urzędniczy
przypomnieli sobie nagle proste zasady matematyki. Policzyli wszystko od początku, ale tym razem porządnie. I okazało się, że emerytura pani Haliny powinna być wyższa o ponad 120 zł.
Rocznie ZUS "zaoszczędzał" na niej prawie 1600 zł, a w ciągu siedmiu lat uzbierało się ponad 11 tys. zł. Ale myli się ten, kto pomyśli, że ZUS wszystko zwrócił. Pani
Helena nie zobaczyła tych pieniędzy. Dostała tylko 4687 złotych plus 849 złotych odsetek.
"Oddali mi tylko wyrównanie za trzy lata wstecz, bo podobno takie mają prawo. Ja tego nie rozumiem" - mówi pani Halina. "A gdybym tak dała spokój, gdybym im
uwierzyła? Do dziś nie zobaczyłabym złamanego grosza" - dodaje przekonana, że ludzi dostających za małe emerytury jest bardzo wielu. "Nie wierzę, że mogli pomylić się
tylko ten jeden, jedyny raz. To niemożliwe" - mówi pani Halina.