Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin: Większość łódzkich przedszkoli jest czynna do 18.00, a jedno nawet do 21.00. Jak udało się to zorganizować?
Lidia Jaroch: To nieprawda, że potrzeba na to dodatkowych pieniędzy. Potrzebna jest tylko dobra wola dyrektorów i dobra organizacja pracy. Kiedy przedszkole jest czynne od 7.00 do 17.00, to utrzymuje pełną liczbę oddziałów. A teraz wydłużamy godziny otwarcia do 18.00 – czy to oznacza, że od rana do zamknięcia w przedszkolu będą wszystkie dzieci? Nie. Bo dziecko może być w placówce 10 godzin i ani chwili dłużej. W momencie otwarcia przyjdzie mniej maluchów, bo część z nich zostanie do zamknięcia. Więc nie ma potrzeby, by wszystkie wychowawczynie były w pracy o siódmej. Część przyjdzie później i zostanie do zamknięcia. Ot, cała filozofia.
Na przedszkola czynne do godz. 21 potrzeba jednak dodatkowych pieniędzy.
Tak. W zwykłym przedszkolu przygotowuje się dzieciom trzy posiłki, w tym cztery. Trzeba więc zatrudnić na dodatkowe pół etatu kucharza. Potrzeba też dodatkowych etatów dla nauczycielki i szatniarki. Koszty ponosi gmina.
Dlaczego więc Łódź się na to zdecydowała?
Odpowiadamy na potrzeby mieszkańców, którzy pracują na dwie zmiany albo do późna. Kiedy zaczynaliśmy eksperyment, do przedszkola chodziło 20 dzieci, po roku było ich już 50, a na następny rok zapisało się jeszcze więcej.
Lidia Jaroch jest inspektorem ds. przedszkoli w wydziale edukacji Urzędu Miasta Łodzi
Matki w Łodzi nie mają problemu z tym, że przedszkole jest wcześnie zamykane. Okazuje się, że można te placówki pozostawić otwarte dłużej. Jak? DZIENNIKOWI opowiada o tym Lidia Jaroch, inspektor ds. przedszkoli w wydziale edukacji UM Łodzi.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama