Tak przekonują Krakowski Alarm Smogowy (KAS) i współpracująca z nim Fundacja Frank Bold. Wystosowały już specjalne pismo w tej sprawie. Trafi na biurko premiera Mateusza Morawieckiego, jego pełnomocnika ds. programu "Czyste powietrze" Piotra Woźnego i prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) Kazimierza Kujdy.
Wzywają w nim do usunięcia zapisów w regulaminie programu "Czyste powietrze", które są niezgodne z obowiązującymi przepisami dotyczącymi zasad, na jakich może być udzielane wsparcie. To pierwsza taka inicjatywa w kraju.

Na bakier z wymogami UE

Reklama
Wokół czego ogniskują się zarzuty? Przekonują, że rząd dofinansowuje nowe urządzenia grzewcze (w tym kotły na węgiel), ignorując wymóg prawa wspólnotowego, by urządzenia te spełniały nie tylko najlepsze standardy emisyjności, ale również efektywności energetycznej. Te pierwsze oznaczają bowiem, że promowane mają być tylko instalacje tak zaprojektowane, by w wyniku spalania paliw stałych do powietrza dostawało się jak najmniej szkodliwych substancji. Te drugie dotyczą z kolei sprawności urządzeń, czyli tego, jak wiele energii tracimy w trakcie ich pracy.
Szkopuł w tym, że w regulaminie największego – wartego 103 mld zł – programu wsparcia dla mieszkańców ze świecą szukać zapisów o wymaganej klasie efektywności energetycznej dla kotłów na paliwa stałe. I jest to wyjątek, bo w przypadku innych kategorii urządzeń, które mogą być dotowane z programu (np. pompy ciepła czy kotły gazowe), wymóg spełniania klas A lub A+ już obowiązuje.
Zdaniem aktywistów z KAS to nie przypadek. Bo kotłów na węgiel, które spełniałyby wymogi unijne, jest w Polsce jak na lekarstwo i są to raczej prototypy, a nie powszechnie dostępne urządzenia. – Co prawda na rynku są dostępne kotły o klasie A+ i A, ale są to urządzenia na biomasę, nie węgiel. W przypadku spalania tego drugiego kotły spełniają zazwyczaj wymogi dla klasy C, ewentualnie B – przekonuje Andrzej Guła z Krakowskiego Alarmu Smogowego. Dodaje, że gdyby w programie uwzględnić wymóg klas energetycznych, to w praktyce większość dostępnych kotłów węglowych nie mogłaby uzyskać dotacji.

Ekodesign to za mało

Do czego by to doprowadziło? Nietrudno sobie wyobrazić, że nieuchronnie spadłby popyt na węgiel. Tymczasem w ostatnich miesiącach rządzący już kilkukrotnie udowadniali, m.in. akceptując głośno krytykowane jako zbyt mało restrykcyjne normy jakości dla węgla dopuszczonego do obrotu, że nie chcą wprowadzać zmian, które wystawią ich na krytykę środowisk górniczych.
Sęk w tym, że na drodze do utrzymania tak liberalnych zasad finansowania kotłów węglowych stoją przepisy unijne – mówi Miłosz Jakubowski, radca prawny Fundacji FrankBold
Z jednej strony NFOŚiGW podaje, że "w przypadku źródeł ciepła, wnioskodawca musi udokumentować spełnienie wymagań określonych w pkt 1.2 poprzez okazanie stosownych certyfikatów lub etykiet klasy energetycznej". Z drugiej, w rubryce dotyczącej kotłów na paliwa stałe (w tym na biomasę) o stosownym oznaczeniu klasy energetycznej nie wspomina. Wspomina za to, że takie urządzenia muszą spełniać przede wszystkim przepisy Rozporządzenia Komisji (UE) 2015/1189 w sprawie wymogów dotyczących ekoprojektu dla kotłów na paliwa stałe.
Jak przekonują eksperci, problem w tym, że regulacje ekoprojektu dotyczą minimalnych standardów, które muszą spełniać urządzenia dopuszczone do obrotu na rynek, a nie te, które mogą być dofinansowywane z publicznych pieniędzy. Po drugie, chociaż jednym z wymogów składających się na ekoprojekt jest "sezonowa efektywność energetyczna" (musi wynosić 75 proc.), jest to za mało, by załapać się na dwie najwyższe kategorie określone w art. 7 ust. 2 rozporządzenia 2017/1369.
Warto przy tym zauważyć, że wymóg posiadania takich klas wprowadzono przy dofinansowywaniu z programu "Czyste powietrze" innych urządzeń niż te na węgiel. "Pompy ciepła muszą spełniać (…) wymagania klasy efektywności energetycznej minimum A+". Z kolei "kotły na paliwa gazowe lub olej opałowy muszą spełniać, w odniesieniu do ogrzewania pomieszczeń, wymagania klasy efektywności energetycznej minimum A (…)" – czytamy w regulaminie programu "Czyste powietrze".

Nieunikniona rewolucja?

Problem też w tym, że na podobnych zasadach, czyli bez uwzględnienia klas energetycznych, rozdysponowywane były w przeszłości również inne programy dotacyjne. To z kolei stawia pod znakiem zapytania, czy pieniądze dotychczas wydawane np. przez samorządy, które nie uwzględniały tego kryterium w swoich regulaminach, wymagając jedynie, by nowe piece były urządzeniami o 5. klasie emisyjności, były wydawane zgodnie z przepisami.
Zdaniem ekspertów beneficjenci, którzy otrzymali dofinansowanie do wymiany pieców jeszcze przed startem "Czystego powietrza" (np. w ramach innych programów lub lokalnych działań samorządów), nie powinni się obawiać ani kar, ani konieczności oddawania pieniędzy.
Andrzej Guła przekonuje, że program "Czyste powietrze" będzie musiał być znacząco zreformowany. – Usunięcie niezgodności z prawem to jedno. Konieczne jest również uproszczenie zasad pozyskiwania dotacji i stworzenie sprawnego systemu obsługi beneficjentów, gdyż tego obecnie brakuje – mówi Guła.