"Drożyzna panuje w punktach małej gastronomii. Ceny potraw są odwrotnie proporcjonalne do ich jakości" – informował reporter Dziennika Telewizyjnego w 1987 roku. W samej Warszawie działało wówczas 50 punktów tzw. małej prywatnej gastronomii, głównie w formie przyczep kempingowych z wyciętym w oknie otworem do wydawania zapiekanek.
Street foodowe danie, jak nazwałby je dziś niejeden smakosz ulicznego jedzenia, składało się głównie z dużej ilości żółtego sera, takiej samej ilości cebulki oraz pieczarek. – – mówi kucharz i restaurator Robert Sowa. Jego imiennik, kolega po fachu i "Krakus" z krwi i kości Robert Makłowicz przyznaje z kolei, że miłości i sentymentu do zapiekanek nigdy nie rozumiał i raczej nie zrozumie. - – mówi.
Kebabów nie było
Gdy w 1989 roku mała gastronomia rozkwitała w najlepsze wybór składników był jednak zdecydowanie mniejszy. – – śmieje się Michał Ględała, który w latach przełomu pomagał swojej mamie w prowadzeniu kilku barów szybkiej obsługi m.in. na giełdzie samochodowej w podwarszawskim Słomczynie. - – wspomina.
Pytany o to, co sprzedawało się najlepiej mówi, że wszystko zależało od miejsca a także od wieku sprzedających i kupujących. - – opowiada Ględała.
Po zaopatrzenie w potrzebne produkty poza znajomym rzeźnikiem jeździło się do Makro. – – wspomina.
"Hamburg" i "keczuk"
Przyznaje, że w menu nie mieli zapiekanek, ale powiewem nowoczesności były właśnie burgery i hot-dogi. - – mówił. Dodaje, że niektórym trudno było nauczyć się amerykańsko brzmiących słówek i prosili o "Hamburga" albo "keczuk".
- – opowiada. Udane transakcje klienci często świętowali solidną porcją bigosu albo golonką.
Interes kręcił się całkiem nieźle, ale co tydzień ktoś padał ofiarą złodziei i znajdował okradzioną budkę. – – mówi Ględała. Pytany o to, czy trzeba było urządzać promocje albo reklamować swój towar, odpowiada z uśmiechem, że sposób na konkurencję był zupełnie inny. – – mówi.
Gołąb zamiast kurczaka?
Z roku na rok Polacy coraz bardziej otwierali się na zagraniczne smaki. Poza hamburgerami, czy pizzą, była to kuchnia azjatycka. W Warszawie głównym zagłębiem tychże specjałów, głównie w wydaniu chińskim i wietnamskim, był plac Konstytucji oraz Stadion Dziesięciolecia. Mimo, że higiena serwowanych tam dań pozostawiała wiele do życzenia, Warszawiacy tłumnie je odwiedzali i raczyli się kurczakiem w cieście, wieprzowiną w pięciu smakach, czy sajgonkami z dużą ilością ryżu i surówką z kapusty. Serwowane w budkach menu doczekało się miejskich legend, jak te, że Azjaci zamiast kurczaka, czy wieprzowiny sprzedają gołębi lub psy.
Nie raz zaglądając na tył budki można było zobaczyć kucharza lub właściciela myjącego talerze, ręce albo inne kuchenne naczynia w wiaderku. Robert Sowa wspomina, że gdy opowiadał o tej miłości do dań azjatyckich, swoim zagranicznym kolegom, śmiali się i nie wierzyli.
Kolejny powiew dostatniego i lepszego życia w formie szybkiego i sycącego jedzenia nadszedł dla Polaków 17 czerwca 1992. To właśnie wtedy swoje podwoje na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej otworzył pierwszy McDonald’s. Koszt jego budowy wyniósł 1 mln dolarów. Za Big Maca trzeba było zapłacić 25 tys. złotych, za hamburgera 17, a za małe frytki 7 tys. złotych. Zanim zaczęto korzystać z usług krajowych dostawców mięso sprowadzano z Niemiec, a frytki z Moskwy. Pierwszego dnia jedzenie kupiło aż 45 tys. warszawiaków. Niektórzy na otwarcie przyszli w garniturach, a wstęgę przecinał Jacek Kuroń, ówczesny minister pracy i polityki społecznej. W zamian za to otrzymał czek z przeznaczeniem na potrzebujące dzieci.
Podroby z food trucka
Po latach, gdy Polacy zamiast zapiekanek, czy burgerów z budek, przerzucili się na kebaby i bywanie w restauracjach, głównie racząc podniebienia daniami kuchni włoskiej, czy sushi, uliczne jedzenie wróciło do łask w nowej odmienionej formie. Od kilku lat coraz częściej sięgają po to, co serwują food trucki, po polsku zwane "szamowozami".
Można w nich dostać już nie zapiekanki, ale "zapieksy", cieszące się niesłabnącą popularnością burgery, pozbawione przedrostka „ham” aby odróżnić je od tych sprzedawanych w latach 90., czy grubo krojone frytki belgijskie z różnymi sosami, zyskujące zwolenników dania kuchni meksykańskiej, tajskiej, czy zapomniane a znowu po latach odkryte i przywrócone do łask podroby. – – wyjaśnia Tomasz Królikowski, kucharz i szkoleniowec. Jego zdaniem Polacy pokochali tę formę serwowania jedzenia głównie ze względu na dobrą jakość produktów, luźną atmosferę i cenę. – – uważa Królikowski.
4 czerwca 1989 r. odbyły się w Polsce pierwsze po II wojnie światowej częściowo wolne wybory. Zapoczątkowały one proces przemian politycznych, który doprowadził do zmiany ustroju. W tym roku mija 30 lat od tego wydarzenia. #30LatWolności to cykl, w którym chcemy pokazać, jak na przestrzeni tych lat zmieniała się Polska. Pokażemy m.in. jaką transformację przeszły miejsca, w których żyjemy, jak zmieniało się prawo czy gospodarka. Wreszcie, jak zmieniliśmy się my sami.