Właściciel terenu, na którym rozbił się autokar, Philippe Barret cytowany przez Associated Press mówi: "Kiedy autobus płonął, w środku byli jeszcze żywi ludzie. Widziałem co najmniej sześcioro z nich, byli uwięzieni w autobusie i spalili się na moich oczach".
Większość ciał była spalona, ich identyfikacją zajmą się żandarmi ze specjalnej jednostki w Paryżu. Droga natychmiast została zablokowana. Ratownicy wydobywali z wraku rannych. Pojawiły się pierwsze karetki, helikopter. "To była jedna z większych akcji ratunkowych, w jakich brałem udział" - mówi Rousseau. "Ściągnęliśmy aż 60 żandarmów, 100 strażaków i kilka śmigłowców. Na szczęście akcję ułatwiała dobra pogoda" - dodaje.
Ratownikom pomagali mieszkańcy Notre-Dame-de-Mesage. "Moja 80-letnia mama mieszka w pobliżu miejsca, gdzie spadł autokar" - mówi Marie Barret. "Przyjechałam, gdy tylko do mnie zadzwoniła. Było tuż po dziewiątej rano. Mówiła roztrzęsionym głosem. Były już tu ekipy ratunkowe, ludzie z miasteczka, którzy przynieśli butelki z wodą, parasole i prześcieradła. Mamy falę upałów, w tej chwili jest ponad 30 st. C w cieniu. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, by udzielić pomocy ofiarom wypadku" - tłumaczy rwącym się głosem. Po chwili opisuje scenę, która znowu wyciska z jej oczu łzy. "Widziałam dwóch lekko rannych chłopców. Jeden z nich odnalazł swego ojca. Ściskał go i płakał. Drugi, w wieku chyba 13 lat, na próżno szukał swojej matki, która najprawdopodobniej zginęła. Błąkał się po łące, wchodził do rzeki..."
Po odwiezieniu rannych do szpitali żandarmi zaczęli badać przyczyny wypadku. Mieszkańcy Notre-Dame-de-Mesage chcą, by takie tragedie już się nie powtarzały. "Mamy tu bardzo stromy zjazd, długości siedmiu kilometrów. Hamulce się przegrzewają. Dlatego dochodzi do wypadków. Ja sama często tędy jeżdżę, ale bardzo ostrożnie i powoli. Autokary i ciężarówki mają zakaz jazdy tą drogą. Do tej strasznej tragedii by nie doszło, gdyby wszyscy przestrzegali przepisów drogowych i jeździli inną, nieco dłuższą trasą" - podkreśla Marie Barret.