W rozmowie z "Europą" Peter Sloterdijk, jeden z najwybitniejszych niemieckich myślicieli naszych czasów, podkreśla doniosłość ostatnich polskich wyborów. Jego zdaniem były one prawdziwym przełomem i są o wiele istotniejsze niż niedawny szczyt przywódców państw europejskich. Zaakceptowany podczas szczytu traktat lizboński jest zaledwie wyrazem utopijnej nadziei na przekształcenie Europy w jedną strukturę polityczną i proceduralną. Tymczasem zmiana władzy w Polsce jest brzemienna w konsekwencje. Oznacza koniec ślepego polskiego oporu wobec projektu wspólnej Europy. Dzięki ostatnim wyborom Polacy wyszli z enklawy przednowoczesnej mentalności. Opuścili nacjonalistyczny szpital, w którym podatni byli na traumę i stygmatyzowanie. Proces dochodzenia do zdrowia odbył się w ramach prawa, co jest prawdziwą lekcją stawania się demokracji. Uświadomiono sobie konieczność istnienia równowagi między szczerymi obietnicami i łagodnym oszukiwaniem, nieodzownymi elementami demokratycznej gry. Paradoksalnie Polska wyszła z kryzysu wzmocniona. Dobitnie uświadomiła Europie swoje istnienie, zaś sami Polacy zdali sobie sprawę, że nie odpowiada im negatywny styl reprezentowania ich interesów na europejskim forum.
W najbliższy wtorek Peter Sloterdijk wystąpi wraz z Jadwigą Staniszkis w Debacie Dziennika zatytułowanej "Czy Polska przetrwa w Europie?". Dyskusja rozpocznie się o godz. 18 w nowym budynku Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego.
p
Nie sądzę, byśmy mieli do czynienia z realnym przełomem. Z punktu widzenia społeczeństw 27 państw członkowskich zmieniło się bardzo, bardzo niewiele. Jedynie tak
zwani eurokraci odczuwają satysfakcję z tego, że po raz pierwszy od chwili powstania Wspólnoty Europejskiej mamy coś w rodzaju umowy. Traktat lizboński jest czymś, co pomaga wyrazić utopijną
nadzieję na przeistoczenie w jedną polityczną i proceduralną strukturę. Głęboki rozziew między poziomem organizacyjnym Wspólnoty Europejskiej a odczuciami jej członków być może
nieznacznie zmniejszy się po jego podpisaniu.
Niestety, Wspólnota Europejska jest organizmem, w którym żyje wielu ludzi zupełnie nierozumiejących, czym ona naprawdę jest. Niewiele osób rozumie na przykład, że gwarancją ich przetrwania
w przyszłości będzie nie państwo narodowe, ale właśnie struktury unijne. Dlatego muszę przyznać, że przyzwolenie na ratyfikację traktatu w drodze referendum w którymkolwiek z krajów
byłoby fatalną pomyłką. Jestem jednak przekonany, że to nie traktat przyjęty w Lizbonie, a najnowsze wydarzenia w Polsce są najbardziej pozytywnym sygnałem, jeśli chodzi o dalszy los
Europy.
Absolutnie. Przełom prodemokratyczny i prowspólnotowy, jaki dokonał się ostatnio w Polsce, ma o wiele większe znaczenie niż jakikolwiek traktat. Dowiódł bowiem, że skończył się okres
polskiego utrudniania, oporu i resentymentów skierowanych przeciwko projektowi europejskiemu.
Jeśli nawet istotnie tak było - choć moim osobistym zdaniem sposób myślenia braci Kaczyńskich jest wciąż taki sam - to z całą pewnością wydarzyło się zbyt późno. Polscy wyborcy
zdążyli się przekonać, że bracia Kaczyńscy doprowadzili Polskę do totalnej izolacji w obrębie Wspólnoty Europejskiej, na przemian wywołując gniew i zdziwienie. To dlatego, choć Nicolas
Sarkozy i Angela Merkel starali się wyjść naprzeciw braciom Kaczyńskim (i przed szczytem, i w jego trakcie), tak naprawdę musieli traktować ich tak, jak terapeuta traktuje chore dziecko. Dobry
psychiatra zawsze podchodzi do każdego pacjenta bardzo poważnie. Po wyborach w Polsce mam wreszcie poczucie, że wasz kraj przestał być chorym człowiekiem wschodniego frontu Europy. To dobre
wieści.
To prawda. Jednak chcę powiedzieć, że kraje, które mają w swej przeszłości okres dyktatury, potrzebują co najmniej dwóch pokoleń, by przezwyciężyć jej psychopolityczne dziedzictwo.
Ostatnie wydarzenia w Polsce wskazują, że proces zdrowienia został znacząco przyspieszony. Polska była dotąd w dużej mierze enklawą mentalności przednowoczesnej. Nie chodzi mi jedynie o jej
tradycyjną katolickość. Mieliśmy do czynienia z wielkim dziedzictwem nacjonalistycznej kultury stygmatyzowania i traumatyzowania. Nacjonalista jest zwykle osobą, która próbuje przekrzyczeć
innych, przekonując ich, że jego rany są najbardziej bolesne. Kiedy takich nacjonalistów zbierze się więcej, zaczyna to w niebezpieczny sposób przypominać ogromny szpital. Jeśli przypomnimy
sobie Niemcy po I wojnie światowej, widać wyraźnie, że diagnoza, jaką można było wtedy temu krajowi postawić, jest dokładnie taka sama: straumatyzowane społeczeństwo przekształca się w
rodzaj szpitala, w którym najbardziej dotknięci chorobą są ordynatorzy oddziałów.
Ma pani rację. I dzięki temu przełom w Polsce mógł odbyć się w granicach prawa. To jest wielka lekcja stawania się demokracji. Demokracja jest w swej istocie grą między szczerymi
obietnicami i łagodnym oszukiwaniem. Jeśli element oszukiwania zajdzie za daleko, społeczeństwo traci nadzieję i motywację do działania. Gra demokratyczna musi zachowywać równowagę. Wydaje
się, że Polacy pierwszy raz zdali sobie z tego sprawę.
Chyba rzeczywiście tak jest. Polska jako nowe państwo członkowskie zapewne nigdy nie zyskałaby takiej pozycji, gdyby jej zachowanie nie było tak negatywne. Oddziaływanie tego "efektu
Kaczyńskich" na historię w kontekście jej długiego trwania tłumaczy być może Heglowska metafora "chytrości rozumu". Bardzo możliwe, że za kilkadziesiąt lat
historycy stwierdzą, iż ten kryzys był w ostatecznym rozrachunku bardzo użyteczny. Pomógł on bowiem obu stronom: Polakom w zrozumieniu tego, że nie chcą, by ich interesy były reprezentowane
w takim stylu, zaś reszcie Europy - w zrozumieniu tego, że Polska istnieje. I to w szczególnie wyrazisty sposób.
p
, ur. 1947, profesor filozofii na Akademii Sztuk Pięknych w Karlsruhe. Najwybitniejszy niemiecki filozof swojego pokolenia i jeden z najbardziej wpływowych myślicieli europejskich. Od 2002 roku prowadzi dla telewizji ZDF powszechnie komentowany program "Kwartet filozoficzny". Autor głośnej "Krytyki cynicznego rozumu" (1983). Oprócz tego opublikował m.in. cykl "Sphären" (2004) oraz skandalizujące "Regeln für den Menschenpark" (1999). W Polsce ukazała się jego "Pogarda mas" (2003). Ostatnio w "Europie" zabrał głos w ankiecie "Koniec podziału lewica - prawica" (nr 185 z 20 października br.).