Jeśli kogoś można nazwać współczesnym rosyjskim imperialistą, to właśnie Igora Panarina, znanego politologa i komentatora politycznego. Argumenty, jakich używa, są nader proste: Ameryka zmierza ku przepaści, na pozycji światowego hegemona wkrótce zastąpią ją Chiny. Rosja może stać się hegemonem w przyszłości, pod warunkiem że skonsoliduje wokół siebie eurazjatycki sojusz państw przypominający niegdysiejszą RWPG. W tym sojuszu Panarin widzi także miejsce dla Polski... To jasna strona mocy w światowym układzie sił. Po ciemnej stronie sytuuje się byt nazwany przez niego "Nowym Brytyjskim Imperium". Tworzą go globalne korporacje, dla których państwowe struktury USA i Wielkiej Brytanii stały się jedynie dogodnym narzędziem realizacji własnych interesów. Imperium nie kieruje żadnymi moralnym wartościami, które z kolei z całą pewnością będzie reprezentować (a jakże!) przyszła "Ruś Eurazjatycka". Za najważniejszych przeciwników Imperium Panarin uznaje Rosję oraz część obecnej amerykańskiej administracji, której przyświecają jeszcze moralne wartości. Te dwie siły powinny się, jego zdaniem, szybko zjednoczyć. Wkrótce jednak argumentacja rosyjskiego politologa schodzi na znajome tory: najważniejszym dziś sojusznikiem Rosji pozostają Niemcy. Między tymi dwoma państwami istnieje prawdziwa "eurazjatycka" więź.
A Polska? Dziś wedle Panarina jest tylko "narzędziem" realizacji interesów Imperium, które pragnie rozbić słuszny rosyjsko-niemiecki sojusz. Nic dodać, nic ująć.
p
Ameryka rzeczywiście zmierza ku utracie palmy pierwszeństwa, ale raczej nie na rzecz Rosji. Przypuszczalnie nowym hegemonem staną się w najbliższym czasie Chiny. Nastąpi
to po pekińskiej olimpiadzie. Przyszłoroczne igrzyska w stolicy Chin można porównać do tego, czym dla III Rzeszy okazały się igrzyska w Berlinie w roku 1936. Dwa lata po nich Niemcy dokonały
Anschlussu Austrii. Analogicznym do tego wydarzeniem będzie aneksja Tajwanu. Później można się spodziewać konfliktu amerykańsko-chińskiego. Będzie on nieuchronny, bo dla USA sytuacja taka
jest nie do zaakceptowania. Tymczasem przestrzeń Oceanu Spokojnego stopniowo znajdzie się w chińskiej strefie wpływów. Wobec takiego obrotu spraw pojawi się zapotrzebowanie na przeniesienie
światowych centrów finansowych z Nowego Jorku i Londynu w inne miejsca. I tu w grę wchodzą trzy metropolie: Szanghaj, Frankfurt nad Menem oraz Moskwa. Jeśli Moskwa stałaby się takim centrum -
jej szanse szacuję obecnie na 10 proc. - to Rosja objęłaby globalne przywództwo. Zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest jednak, że takim miastem będzie Szanghaj - na 50 proc. - lub Frankfurt
- na 40 procent.
Już w tej chwili Rosja jest jednym z mocarstw, a to dzięki posiadaniu broni jądrowej i zasobów surowcowych. Obecnie najważniejsze jest rozstrzygnięcie dwóch kwestii. Pierwsza dotyczy procesu
przekazania władzy w perspektywie wyborów prezydenckich, druga zaś rozliczania w rublach eksportu ropy naftowej i gazu, czyli zabezpieczenia suwerenności finansowej kraju. Jeśli się to uda,
szanse Moskwy na stanie się finansowym centrum świata wzrosną z 10 do 80 proc. W tym sensie najbliższe pół roku będzie decydujące. Kolejny warunek stania się mocarstwem numer jeden to
suwerenność informacyjna. Pod tym względem w ciągu minionych ośmiu lat już zostały podjęte pozytywne działania. Chodzi zwłaszcza o stworzenie nadającego na cały świat własnego
anglojęzycznego kanału telewizyjnego Russia Today. W tym roku powstała nawet arabskojęzyczna redakcja tej stacji. Przez nowe media należy intensyfikować wpływ propagandy rosyjskiej na świat.
Konieczne jest wyasygnowanie sporych funduszy na zakładanie dużych ośrodków analitycznych i think-tanków. I wreszcie bardzo ważne jest przygotowanie elity do działań w warunkach rewolucji
informacyjnej.
Potrzebne jest zdynamizowanie rozwoju przemysłu jądrowego i wojennego. W okresie zimnej wojny na światowym rynku sprzedaży broni ZSRR zdecydowanie dominował nad USA. Teraz to USA mają
olbrzymią przewagę nad Rosją. Musimy ten dystans zmniejszyć. W tym celu Rosja powinna sprzedawać broń nie tylko - jak dziś - Chinom i Indiom, ale także krajom NATO, Ameryki Łacińskiej i
Afryki. Rozszerzenie tego rynku będzie zarazem sposobem rozszerzenia obszaru geopolitycznego oddziaływania Rosji. Poza tym korzystne może być przywrócenie parytetu złota. Trzeba znacznie
zwiększyć udział tego kruszcu w rosyjskiej rezerwie złota i dewiz. Obecnie znajduje się w niej 450 mld dolarów. Połowę z tego należy zamienić na złoto. Głównymi sojusznikami Rosji w
dziedzinie międzynarodowej polityki walutowej są Niemcy, Francja i Chiny. Euro ma niezłe pokrycie w złocie. Jeśli natomiast chodzi o zasoby złota, to Chiny mają go na tyle dużo, że
prawdopodobnie są w tym zakresie liderem.
Jestem zwolennikiem budowy - na wzór Unii Europejskiej - ponadnarodowej struktury, którą określam mianem Rusi Eurazjatyckiej. Byłaby to organizacja gospodarcza, w której kraje członkowskie
tworząc przestrzeń wolnocłową, zapewniałyby swobodny przepływ towarów i ulgowe ceny surowców energetycznych. Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej także mogłyby wejść w ramy tej
struktury. Byłyby one jednocześnie członkami UE i Rusi Eurazjatyckiej. I w takim wypadku Europa Środkowo-Wschodnia stałaby się strefą tranzytową między Azją a Europą Zachodnią, uzyskując
dzięki temu rozmaite atuty. Dodam, że w czasach RWPG była taka jednostka płatnicza jak rubel transferowy. Myślę, że w transakcjach na terenie Rusi Eurazjatyckiej można byłoby wykorzystać to
częściowo pozytywne doświadczenie RWPG i zastanowić się nad czymś podobnym. Rosja na tym skorzysta, ale kraje byłego bloku wschodniego oraz Europa Zachodnia też. Trzeba modernizować
mechanizmy gospodarcze. Dlatego w warunkach XXI wieku konieczne będzie podpisanie nowych umów między Unią Europejską a strukturą, jaka ukształtuje się wokół Rosji. Na czele Rusi
Eurazjatyckiej powinien stanąć Władimir Putin. To jest optymalna forma jego dalszego wpływania na politykę. Rosja wystąpiłaby jako jądro nowej ponadnarodowej organizacji państw.
Wzorem jest tu Unia Europejska, z tym że w UE nie ma jednej osoby pełniącej funkcję przywódcy. Tymczasem w wypadku Rusi Eurazjatyckiej proponuję wprowadzenie takiego stanowiska jak monarcha.
Funkcja ta byłaby kadencyjna. W przyszłości mógłby ją sprawować reprezentant innego państwa. Na razie niech to będzie Putin. Poza tym w strukturze tej państwa narodowe mają zachowywać
swoją niezawisłość, posiadać własne mechanizmy rządzenia.
Ale przecież suwerenność tych krajów nie jest absolutna. Są one członkami UE i wiele elementów swojej polityki muszą koordynować z Komisją Europejską i Parlamentem Europejskim. Sceptycyzm
Polski, Czech czy Węgier wobec pomysłu Rusi Eurazjatyckiej jest, wziąwszy pod uwagę ich dzieje, uzasadniony. Niemniej jednak nie sądzę, by proces integracji eurazjatyckiej objął w ciągu
najbliższych kilku lat akurat te państwa. Na razie dotyczyć on będzie przestrzeni postsowieckiej: w pierwszej fazie Rosji, Białorusi, Kazachstanu, w drugiej Ukrainy, a potem innych krajów.
Dopiero po upływie następnych lat mogą być brane pod uwagę kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Z tym że tu pozostaje sporo problemów natury prawnej wiążących się z ich członkostwem w NATO
i Unii.
Weźmy chociażby system tarczy antyrakietowej. Pomysł jego umieszczenia w Polsce to próba destabilizacji przestrzeni eurazjatyckiej i naruszenia gospodarczych ciągów komunikacyjnych. To jest
prowokacja. Istnienie takiej organizacji jak Ruś Eurazjatycka spowoduje, że tego rodzaju prowokacji nie będzie. Z prac takich historyków jak Lew Gumilow czy Gieorgij Wiernadski wynika, że
Eurazja przechodziła w swojej historii różne etapy. Zdarzało się, że była pod jednym przywództwem, ale zdarzało się też, iż stanowiła związek państw. Teraz mamy fazę dezintegracji
państw, ale kierunek ten się zmieni i cały proces zakończy się jakąś formą centralizacji. Oprócz tego tacy gracze jak USA, będący jedynie instrumentem Nowego Imperium Brytyjskiego, a
zarazem źródłem zagrożenia i destabilizacji, mogą zniknąć. Wzrośnie znaczenie linii komunikacyjno-transportowych. Dzięki trasie kolejowej Seul - Paryż towary z Dalekiego Wschodu będą
docelowo dostarczane nie tylko do Francji, ale i do portów na Morzu Północnym i Bałtyckim. Transport towarów i usług nabierze na obszarze eurazjatyckim przyspieszenia i stanie się zarazem
tańszy. Druga nitka to trasa kolejowa Sankt Petersburg - Bombaj. Kraje, przez które ona będzie przechodzić, zainteresowane będą stabilnością gwarantującą swobodny przepływ towarów i
surowców energetycznych oraz brak stref niestabilności. Przyszłe kraje tranzytowe mogą się spodziewać wszelkich wygód. Problemem dla nich będzie tylko poszukiwanie wzajemnych
kompromisów.
Pod pojęciem tym rozumiem potężne ponadnarodowe finansowo-gospodarcze struktury, przede wszystkim w Wielkiej Brytanii i USA, traktujące te dwa państwa jako środki do osiągnięcia swoich
celów. Ideologicznie Nowe Imperium Brytyjskie zaczęło powstawać w roku 1913 wraz z utworzeniem Systemu Rezerwy Federalnej. Potem prezydent Wilson podjął próbę rozciągnięcia obszaru
obowiązywania doktryny Monroego na cały świat - co oznaczałoby, że USA nie tylko wobec Ameryki Łacińskiej, ale wobec wszystkich kontynentów prowadziłyby politykę hegemonii. W tamtym okresie
Kongres był jednak wciąż zorientowany na realizację interesów państwa narodowego. Ale pod koniec II wojny światowej, gdy korporacje stały się już globalne, Nowe Imperium Brytyjskie stało
się ważnym czynnikiem światowej polityki. Prezydent Eisenhower pod koniec lat 50. powiedział ciekawą rzecz, a mianowicie, że w USA powstała nowa siła ekonomiczna, jaką jest kompleks
wojenno-przemysłowy. Przypuszczam, iż chodziło mu właśnie o Nowe Imperium Brytyjskie. Wydaje mi się, że z kolei prezydent Kennedy usiłował ograniczyć działanie tego mechanizmu, który w
istocie blokuje USA jako państwo narodowe.
Na przestrzeni XX wieku zasadniczo zmieniła się sytuacja wewnętrzna w elicie politycznej USA. W pierwszej połowie zeszłego stulecia duże znaczenie miały te siły, którym zależało na
potędze Ameryki jako suwerennego państwa aspirującego do bycia imperium. Chodziło tu o imperium w tradycyjnym sensie tego słowa, a nie o jakiś rozproszony twór ponadpaństwowy. Siły, o
których mowa, poniosły jednak porażkę. Analogiczna była sytuacja w Wielkiej Brytanii w wieku XIX. Przełomem w USA było objęcie prezydentury przez Harry'ego Trumana. W latach 60., wraz ze
śmiercią braci Kennedych, USA znalazły się pod całkowitym panowaniem Nowego Imperium Brytyjskiego. I to jest główna przyczyna przewrotu, jaki dokonał się w Ameryce, oraz jego konsekwencji:
psychologicznego kryzysu społeczeństwa i nasilenia problemów finansowo-gospodarczych. Dług zagraniczny USA rośnie w tempie błyskawicznym. Może to doprowadzić je jako państwo do katastrofy,
do rozpadu.
Możliwe jest powstanie konfederacji północnoamerykańskiej, która objęłaby zasięgiem państwa powstałe na gruzach USA oraz Kanadę i Meksyk. Część stanów przyłączy się do Kanady,
część do Meksyku. Na marginesie nadmienię, że wraz z USA zniknie NATO jako czynnik, który dziś destabilizuje obszar Eurazji.
Amerykanie nie mogą uporać się z problemem Latynosów. Warto zwrócić uwagę, że John Kennedy był wśród prezydentów USA jedynym katolikiem. Teraz wiemy, że w Ameryce jest 12 mln
nielegalnych imigrantów z Meksyku. To jest ludność katolicka. W ogóle katolików przybywa. Obecnie stanowią oni prawie 40 proc. ludności kraju. W istocie cywilizacja judeoprotestancka skazana
jest na konfrontację z nimi. Kolejny problem to język hiszpański. W niektórych stanach funkcjonuje on jako drugi język urzędowy, co jest sprzeczne z konstytucją amerykańską. W kampanii
prezydenckiej 2004 roku pojawili się kandydaci przemawiający po angielsku i hiszpańsku. Amerykanie są wobec tego problemu bezradni. Kolejna sprawa to głębokie rozbieżności pomiędzy
Republikanami a Demokratami na tle stosunku do zasad moralnych i wartości rodzinnych. Napięcia te również są destrukcyjne dla USA jako państwa. Jednak główne kłopoty mają charakter
ekonomiczny. Sekretarz skarbu USA właśnie podniósł stopy procentowe, więc jednej piątej ludności nie stać już na spłatę kredytów zaciągniętych na swoje domy. Ludziom tym grozi
bezdomność, a jedna piąta społeczeństwa to bardzo duża liczba. Z pewnością nie wszyscy Amerykanie kupują domy na kredyt, ale w USA robi to większość obywateli. Ameryka znajduje się na
granicy wielkiej depresji - takiej jak ta z końca lat 20. poprzedniego stulecia.
Czynnik religijny nie ma tu nic do rzeczy. W Polsce kościoły są pełne wiernych, podobnie zresztą jak cerkwie w Rosji. A w Anglii czy Holandii świątynie protestanckie są puste i wystawia się
je nawet na sprzedaż. W związku z tym bardzo ważny jest dialog międzycywilizacyjny, a także uszanowanie narodowej oraz religijnej odrębności - oczywiście przy uwzględnieniu także interesów
ekonomicznych poszczególnych krajów. Myślę, że wiele z tego można było znaleźć w postawie patriarchy Moskwy Aleksieja II podczas jego tegorocznej wizyty w paryskiej katedrze Notre-Dame. To
był historyczny moment. W 1054 roku nastąpił rozłam na katolicyzm i prawosławie. Ważnym zadaniem dla obu wyznań pozostaje przezwyciężanie tego podziału. Zwłaszcza że nie jest on zbyt
duży i zbyt znaczący.
Zgoda, u nas też one występują. Z kolei w Ameryce zdrowo myślące środowiska próbują walczyć z tym zagrożeniem. To, o czym pan mówi, to jest narzędzie Nowego Brytyjskiego Imperium, za
pomocą którego destabilizuje ono ład moralny w poszczególnych krajach, gdyż ład ten tworzy podstawy normalnego rozwoju ludzkości. A dla Imperium najważniejsze są pieniądze i brak
jakichkolwiek zasad moralnych. I przede wszystkim w tym sensie mówię o duchowej integracji Eurazji na podstawie wartości moralnych i dialogu międzycywilizacyjnego. To wartości moralne, duchowe,
religijne stanowią kluczowy czynnik integracji.
Dlatego, że Ameryka jest tworem sztucznym. Zamieszkuje ją społeczeństwo stanowiące co prawda naród, lecz w sposób sztuczny. Pozbawione jest ono zbiorowej tożsamości historycznej. A Rosja to
jądro Eurazji. Na przestrzeni 1000 lat naród rosyjski demonstrował nieugiętość, męstwo i poświęcenie dla ojczyzny, co pozwoliło oswoić przestrzenie Eurazji. Czegoś takiego na terytorium
USA nie było. Przed narodem rosyjskim Eurazję jednoczyły ludy tureckie, potem dzieła tego podejmował się Czyngis-chan. Wreszcie zadanie to przejął Iwan Groźny, a wraz z nim Ruś Moskiewska.
To jest proces historyczny. A dla globalnej rewolucji informacyjnej znaczenie wartości moralnoduchowych staje się priorytetowym zagadnieniem.
W USA są siły, które pojmują, w czym tkwi zagrożenie. Nasz prezydent szuka z nimi porozumienia. To są głównie konserwatywni Republikanie, dla których priorytetem jest narodowe państwo
amerykańskie. Oni znajdują się w otoczeniu prezydenta Busha. Sam Bush to taki amerykański "stalinista", a więc myślący w kategoriach interesów państwa patriota w
przeciwieństwie do służących interesom Nowego Brytyjskiego Imperium "leninistów" i "trockistów". Jednak sojusznikiem Rosji są przede wszystkim Niemcy. To
ten kraj jest największą ofiarą Imperium. Rosja i Niemcy są dwoma kluczowymi państwami w Eurazji. Na nieszczęście wrogie siły gospodarcze dwa razy skłóciły je ze sobą: w roku 1914 i 1941.
I teraz też szkodzą ich stosunkom.
W hamowaniu wszelkich rosyjsko-niemieckich inicjatyw, wszelkich wzajemnych kontaktów gospodarczych. Nowe Imperium Brytyjskie zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli zostanie zawiązany sojusz Rosji z
Niemcami, nie będzie miało szans realizacji swoich planów. Polska jako kraj tranzytowy powinna być członkiem tego sojuszu. Dlatego imperium traktuje ją jako narzędzie generujące między
Rosją a Niemcami rozmaite konflikty i spory.
p
, ur. 1958, politolog, profesor Akademii Dyplomatycznej przy MSZ Federacji Rosyjskiej. Doktor nauk psychologicznych, członek rosyjskiej Akademii Nauk Wojskowych. Uczestnik wielu międzynarodowych konferencji. Jest znanym telewizyjnym komentatorem politycznym. Do lipca br. był rzecznikiem prasowym rosyjskiej Federalnej Agencji Kosmicznej (Roskosmos). Opublikował wiele książek i artykułów dotyczących m.in. roli masowej komunikacji we współczesnych stosunkach międzynarodowych.