Jerzy Szacki jest kimś więcej niż tylko świetnym historykiem idei. Najlepiej chyba zdiagnozował polityczny i społeczny stan posiadania polskiego liberalizmu po roku 1989. Dlatego "Europa" poprosiła, aby zrecenzował pierwsze miesiące rządów Platformy Obywatelskiej. Ale temat tej rozmowy jest szerszy. Pytamy Szackiego o to, jakiego liberalizmu potrzebują Polacy. Pytamy o to, czy proces liberalnej modernizacji w Polsce zaszedł tak daleko, jest tak nieodwracalny, ma po swojej stronie taką większość społeczną, że polscy liberałowie mogą sobie pozwolić na bezstresowe zarządzanie liberalno-demokratyczną hegemonią. Czy zatem polskim liberałom - zarówno tym politycznym, czyli znacznej części PO, jak i tym metapolitycznym, na uniwersytetach, w prasie, w opiniotwórczych elitach - wystarczy doktryna autostrad, wody w kranie i wyciszania społecznych konfliktów, czy też jest zupełnie inaczej. Być może bowiem liberalna modernizacja dopiero się w Polsce rozpoczyna, związane z nią napięcia kulturowe i ekonomiczne dopiero zaczynają się ujawniać, a siły modernizatorów i antynowoczesnych są wyrównane.
p
W pewnych sprawach oczywiście trudno mieć wątpliwości i na przykład pytanie, czy jest się za globalizacją - w jej obecnym, raczej liberalnym kształcie - czy przeciw,
jest pytaniem, z mojego punktu widzenia, pozbawionym sensu. Dlatego że cokolwiek się w tej sprawie powie i zrobi, globalizacja będzie postępować... Tak samo jak modernizacja i okcydentalizacja.
Trudno tylko przewidzieć ich tempo i szczegółowe elementy.
Oczywiście, także w Polsce objawia się co jakiś czas większy lub mniejszy krąg ludzi, którym podoba się coś w tym rodzaju. Ludzi, których mentalność pozostaje niemal nietknięta przez to,
co wydarzyło się na świecie w ciągu ostatnich lat kilkunastu lub nawet dużo wcześniej. Niekiedy ma się wrażenie, że spetryfikowaniu uległy postawy ukształtowane w okresie międzywojennym
lub jeszcze dawniej. Dopiero od niedawna zauważam (to jest dowód mojej małej spostrzegawczości), jak wielu ludzi mających, formalnie rzecz biorąc, jakie takie wykształcenie, nic prawie nie wie
o współczesności. I nie chce wiedzieć. Spotykam studentów, którzy nie biorą do ręki gazety i nie czytają nic poza tym, co czytać muszą. W głowach nie dzieje się tak dużo jak w
rzeczywistości.
Ci reakcjoniści żyjący przecież w nowoczesności i mający obowiązek choć trochę ją rozumieć swoje nowe doświadczenia pakują często w kategorie, których dostarczyli im ojcowie i
dziadkowie, ewentualnie ten czy inny ksiądz proboszcz. Tego jest w Polsce dużo - przede wszystkim na poziomie haseł i deklaracji. Kiedy przychodzi co do czego, to znaczy kiedy mamy referendum w
sprawie integracji czy referendum konstytucyjne albo obecny spór o traktat lizboński, okazuje się, że potęga tej reakcji nie jest aż tak wielka. Słychać głośne wypowiedzi wyjęte jak gdyby
z książeczki sprzed 120 lat (ale wznowionej u nas w latach 90.), którą przyniosłem, aby panu pokazać. Nosi ona tytuł "Liberalizm jest grzechem", autorem jest ks. dr Félix
Sardá y Salvany. Czytamy w niej, że liberalizm jest "większym grzechem niż bluźnierstwo, kradzież, cudzołóstwo, zabójstwo czy jakieś inne pogwałcenie prawa Bożego". Tym
archaicznym językiem tu i ówdzie wciąż się u nas mówi o liberalizmie - i z ambony, i z trybuny. Ale co z tego wynika? Tylko tyle, że w polskim dyskursie politycznym obecne są bardzo różne
głosy, a wśród nich dobrze słyszalny jest głos tradycjonalistów. Niekoniecznie jednak słucha się go wtedy, gdy trzeba dokonywać istotnych wyborów politycznych lub podejmować konkretne
decyzje życiowe. Można przeklinać liberalizm, korzystając zarazem w pełni z liberalnych swobód i przyjmując je w praktyce jako coś całkiem naturalnego.
Więcej - nierzadko ci sami rodzice pogodzą się z tym, że ich dziecko żyje w wolnym związku.
Bo w gruncie rzeczy prawica nie ma w Polsce języka innego niż ten. W sferach intelektualnych taki inny język się zdarza, ale w skali masowej nie. Tyle że, jak już sobie powiedzieliśmy, ten
polski tradycjonalizm jest gadany i deklarowany, natomiast moim zdaniem nie ma aż takiej siły społecznej, żeby liberalną modernizację w Polsce zatrzymać, a nawet zmienić w istotny sposób jej
oblicze. Trochę więcej lub trochę mniej autorytaryzmu, trochę więcej lub trochę mniej religijności (rzeczywistej albo tylko na pokaz), ale ostatecznie wychodzi w końcu prawie na to samo.
Wcześniej czy później. Pole dla wynalazczości jest tutaj ograniczone, skoro jesteśmy już tu, gdzie jesteśmy.
Ten radykalny język suwerennościowy jest rzeczywiście śmieszny, bo charakterystyczna dlań frazeologia jest przykrywką faktycznej słabości i zależności, których nie zmniejszą żadne
zaklęcia o nadrzędności prawa polskiego nad europejskim i żadne werbalne ataki na ciemne siły, które rzekomo chcą nam suwerenność odebrać. Nikt nie uwierzy nam na słowo, że jesteśmy
potęgą. Nasza pozycja w Europie zależy od tego, czy potrafimy rozwiązać dziesiątki problemów, które w istniejących we współczesnym świecie warunkach naprawdę jesteśmy w stanie
rozwiązywać bez powracania do archaicznej koncepcji państwa narodowego. Nie należę do zwolenników tezy o jego końcu, sądzę jednak, że czas najwyższy postawić pytanie, czym jest i może
być to państwo w sytuacji wielostronnych zależności wszelkiego rodzaju. Kiedy już nie można zabrać swoich zabawek i bawić się samemu.
Nie ma dylematu: państwo narodowe albo rezygnacja z państwa narodowego. Problem polega na tym, w jaki sposób istniejące państwo narodowe się zmienia, jakie narzędzia i możliwości traci,
jakie mu pozostają, a jakie zyskuje. Co należy do jego zadań podstawowych, co natomiast staje się stopniowo reliktem. Kiedyś sprawą podstawową była zdolność prowadzenia wojen i posiadanie
odpowiednio dużych sił zbrojnych czy samowystarczalność gospodarcza, dzisiaj to są jednak przede wszystkim sprawy oświaty, kultury, nauki, powiększania i redystrybucji dochodu narodowego itd.
Takiemu państwu nie przeszkadza pojawianie się i umacnianie ponadnarodowych tożsamości i podmiotów politycznych, bo nic nie wskazuje na to, by w przewidywalnej przyszłości mogły one je
zastąpić. Pojęcie tożsamości europejskiej jest bardzo mizerne, jeśli by się chciało to porównywać z tożsamością polską, francuską czy włoską. Ono się jednym przydaje w starciu z
Ameryką jako konkurencją, a innym przy okazji różnych wewnętrznych sporów ideowych - ale to jest coś bardzo elitarnego i niezakorzenionego w życiu codziennym w takim stopniu, w jakim jest
zakorzeniona tożsamość narodowa. Dlatego prognozy obumierania tej ostatniej przyjmowane przez jednych z nadzieją, a przez innych z rozpaczą są zupełnie chybione. Co prawda, niepodobna też
sobie wyobrazić, by tożsamość narodowa mogła przejawiać się dziś mniej więcej tak samo jak w epoce powstań narodowych. "Patriotycznego" buntu przeciwko UE nie da się w
Polsce politycznie użyć do zdobycia władzy ani do niczego innego poza mąceniem w głowach. Tak to wygląda na razie. Choć, oczywiście, gdyby zrobiło się bardzo źle pod względem
ekonomicznym, gdyby znaczna część społeczeństwa miała doświadczyć dużych deprywacji, gdyby nastała bieda, to może niezadowolenie społeczne mogłoby zostać wyrażone w tym języku.
Ja to doskonale rozumiem i nie mam pretensji, że ludzie PO nie występują z otwartą przyłbicą jako radykalni liberałowie, którymi zresztą w znakomitej większości na pewno nie są. W Europie
ani nigdzie indziej nie było i nie ma partii liberalnej, która mogłaby rządzić, reprezentując czysty liberalizm (jeżeli w ogóle założyć, że coś takiego istnieje). Ja za liberalizmem
ideologicznym nie tęsknię, zresztą on mi się wydaje trochę sprzecznością samą w sobie, gdyż do istoty myślenia liberalnego należy przekonanie, że żadna wielka ideologia nie może
odnieść ostatecznego zwycięstwa. Liberalizm powstał jako przepis na współistnienie, nie na podbój. Mnie niepokoi coś innego, mianowicie niewyraźność, a może i niespójność programu na
poziomie praktycznym, nawet szczegółowym. Co tu jest taktyką, a co strategią? Bo PO przygotowywała się do sprawowania władzy czas jakiś i mogło się wydawać, że np. w służbie zdrowia
szczegółowy plan od dawna istnieje - zwłaszcza że był całkiem porządny plan Religi z czasów przedpisowskich...
Niewiele z tego dawnego planu Religi - robionego zresztą dla PO albo co najwyżej dla koalicji PO - PiS - zostało, ale to był jakiś punkt wyjścia. Natomiast obecne zachowania Platformy w tej
kwestii ciągle robią wrażenie szarpaniny. Trochę podobnie wygląda sprawa polityki społecznej, zmian w prawie... Każdy zrozumiałby bariery w postaci braku środków, braku dobrych
przykładów, braku ludzi itd. Ale ten przeciętny, sympatyzujący nawet z Platformą obywatel niekoniecznie dobrze wie, co takiego w ogóle Platforma w paru najważniejszych kwestiach
szczegółowych proponuje, poza kłótnią z PiS, co oczywiście na jakiś czas starczy... Donald Tusk musi się zastanowić, dlaczego tak mu zależy na prezydenturze. Zależy mu, jak rozumiem,
dlatego że przy obecnej konstytucji dopiero prezydentura, wraz z zachowaniem większościowej koalicji, daje skuteczną władzę w Polsce. Ale skuteczna władza to jest władza dla jakiegoś celu.
Nie mówię, że trzeba z nagła stosować jakieś ostre rozwiązania, ale powiedzmy w tej służbie zdrowia jest kwestia odpłatności, choćby symbolicznej. Trzeba by przynajmniej przygotować
ludzi na to, że wcześniej czy później taki ruch nastąpi, bo nie może nie nastąpić w sytuacji, kiedy co roku wzrastają koszty leczenia ze względu na zmiany techniki, nowe generacje lekarstw,
starzenie się ludności... Trzy lata czekania na kampanię prezydencką przy tak szybko zmieniającej się sytuacji nie gwarantuje zachowania większościowego elektoratu. Bo wtedy każdy przeciwnik
polityczny Tuska czy PO wyliczy koszty tego czekania. Nawet jeśli sam nic nie zrobił, kiedy był u władzy, i nic nie będzie robił, jeśli Tuska od władzy odsunie, to zaniechania zawsze
najbardziej obciążają tych, którzy rządzą jako ostatni. Najbardziej jestem ciekaw, jak będzie wyglądała nasza obecność w Unii Europejskiej oraz jak i kiedy staniemy się w niej normalnym
państwem członkowskim. Bo na razie Polska zachowuje się bardzo powściągliwie, woli być beneficjentem integracji, a nie jej uczestnikiem. W dodatku część naszych polityków w celu
przypodobania się swoim wyborcom upowszechnia w Polsce najprzedziwniejsze wyobrażenia na temat Europy - jakoby Unia była jakąś wylęgarnią wszystkiego co najgorsze, Polska zaś pozostawała
niezmiennie matecznikiem cnoty. Nie idealizuję Anglików, Francuzów czy Niemców, ale nie sądzę, by ich obyczaje były gorsze od naszych. I godzi się też wreszcie zauważyć, że np.
legalizacja tu czy tam związków homoseksualnych nie jest tożsama z nałożeniem na nas powszechnego obowiązku ich zawierania, jak zdają się sugerować niektórzy nasi autorzy.
W tym wymiarze oczywiście zachowanie PO jest zrozumiałe. Chociaż akurat, gdyby Platforma zdecydowała się na akceptację Karty praw podstawowych, na walkę o kartę, na reprezentowanie wobec
polskiego społeczeństwa racji przemawiających na rzecz jej przyjęcia, to nie jestem wcale pewien, czy rzeczywiście natrafiłaby na opór większości. Może przeciwnie. Ale znowu ten
hipotetyczny przeciętny obywatel, do którego wracam, tak naprawdę nie wie - bo nie informują go o tym jego elity polityczne - że tam chodzi nie tylko o kwestie obyczajowe, ale również na
przykład o związki zawodowe, prawa społeczne czy solidarność, o której się w Polsce mówi na rocznicowych akademiach, a która została po raz pierwszy uhonorowana w akcie międzynarodowym tej
rangi - przez Polskę akurat odrzuconym. Ale wielki spór światopoglądowy z pewnością nie jest potrzebny. A jeśli jest potrzebny, to nie państwo powinno być w nim stroną.
Ja w ogóle nie jestem z rasy bojowników i doskonale rozumiem tego rodzaju ostrożność - jestem wręcz oportunistą i nikomu nie mam za złe, jeśli również nim jest. I tak naprawdę nie tyle
mam żal, ile jest mi smutno, że aż tylu rzeczy nie nazywa się u nas po imieniu, że aż tyle rzeczy nie zostaje sformułowanych wystarczająco jasno i konkretnie, by normalny człowiek mógł
sobie wyrobić zdanie, za czym jest i przeciwko czemu.
Tak. Cóż innego mogłem zrobić?
Nawet by mi to do głowy nie przyszło.
Estetyczny - to właściwe słowo. Trudno mi te warunki sformułować, bo decyzja wyborcza zależy w ogromnym stopniu od sytuacji i kontekstu politycznego, w jakim się ją podejmuje. Nie jestem w
stanie przewidzieć, co oprócz PO będę miał przy kolejnej okazji do wyboru. Może wykluje się jakaś trzecia siła, chociaż na razie się na to nie zanosi. Poza tym głosuje się nie tylko za
kimś, ale i przeciwko komuś. Być może, tak właśnie bywa najczęściej, zwycięzca wyborów niekoniecznie powinien się cieszyć, że ma taki duży elektorat. Następnym razem jego część
może już nie być taka zła na jego konkurentów, inna zaś część uzna, że nie trzeba się ruszać z domu, bo jego partia i tak wygra. PO to z pewnością grozi. Nie wiem, co ja zrobię. Wiem
tylko, że jeśli dożyję, będę na kogoś głosował, bo gdybym nie głosował, nie miałbym moralnego prawa do narzekania, że rząd jest niedobry.
To istotnie jest problem. A w moim wypadku nie działała tutaj żadna szczególna sympatia do PO. Szczerze mówiąc, należałem do sympatyków Unii Wolności. Co więcej, powiem bezwstydnie, że
podobał mi się rząd Marka Belki. Może nie tyle premiera Belki, ile wicepremiera Jerzego Hausnera, ponieważ był to rząd, który zabrał się do poważnej pracy programowej. I było dla mnie
czymś przykrym, kiedy merytorycznie propozycje, które miał Hausner, częściowo słuszne, częściowo zapewne nie, ale jednak jakieś, były odrzucane po prostu dlatego, że to tamci je
przedstawiali. Bez żadnej merytorycznej dyskusji, do której mogły być punktem wyjścia. Ale mniejsza o te zamierzchłe już czasy. Wspomniany przez pana wyborca może robić tylko jedno: mówić,
co myśli, i szukać podobnie myślących, nie oglądając się zbytnio na ich etykiety partyjne.
Przy różnych okazjach zdarzały się Jarosławowi Kaczyńskiemu wypowiedzi całkiem interesujące, a nawet trafne. To jest niewątpliwie polityk dużego formatu, ale dla mnie ma on osobowość zbyt
- że się tak wyrażę - bogatą. "Pomysły modernizacyjne"? Być może. Ale również bijące w oczy anachronizmy. Dla mnie jego podstawową cechą jest wszakże to, co zwykło
nazywać się populizmem. Jest to słowo wieloznaczne i nadużywane. Mnie chodzi tutaj nie tylko o demagogię, która jest wszędzie, u każdego skutecznego polityka i nie jest żadnym wyróżnikiem
populistów, lecz o sposób myślenia, zgodnie z którym wymyślony przez polityka abstrakcyjny lud (czy naród) reprezentuje absolutne dobro, a każdy, ktokolwiek się z takim rozumieniem dobra nie
zgadza, to złowrogi układ, z którym należy walczyć wszelkimi dostępnymi środkami. Ale zgadzam się, że w tym, co Kaczyńskiemu zdarzyło się powiedzieć, można doszukiwać się różnych
rzeczy. Walczy w końcu o jedną wielką partię dla środowisk, którym zawsze trudno się było porozumieć.
To bardzo trafna charakterystyka tej różnicy. Ja jednak wolę wersję Tuska, ponieważ ona, jeśli nawet nie przynosi więcej pożytku, przynosi bez porównania mniej szkód. Dla mnie zupełnie
niedopuszczalne są pewne rzeczy, których przy okazji swojego uprawiania polityki Kaczyński Polaków uczy - programowej nieufności, złości, nietolerancji dla inaczej myślących i ciągłego
podejrzewania ich o to, że są nie wiadomo przez kogo inspirowani... A jak się komuś nie udało, to powinien przede wszystkim szukać winnego, nie zastanawiając się zbytnio nad sobą samym.
Polacy i tak wiedzą to wszystko aż za dobrze. W ogóle kompromis jest u nas słowem nieprzyzwoitym, chociaż to jest podstawa polityki w normalnych państwach demokratycznych.
Tak, no bo jakieś tam targowanie się, wyważanie racji... Oczywiście Kaczyński też negocjuje, targuje się i ustępuje, ale musi to ubierać w język radykalnego dobra i zła. Co prowadzi do
fałszu, a zrozumienie dla konieczności kompromisu jeszcze bardziej w Polsce maleje. Jeśli zgoda narodowa, to tylko pod naszym przywództwem...
Akurat te nazwiska, które pan wymienił, to są ludzie dość dobrze mi znani, z niektórymi z nich byłbym kiedyś zdolny się zaprzyjaźnić, bo mam dużo sympatii dla oświeconego konserwatyzmu,
który oni zdają się lub zdawali dotąd reprezentować. Taki konserwatyzm to rzecz u nas mocno deficytowa. Wspomniani przez pana ludzie rzeczywiście zaczęli go robić, są utalentowani,
przeczytali, co trzeba, i umieją pracować. Dużo piszą, mówią i w ogóle starają się jak mogą, a nawet więcej. Tyle tylko, że podstawowe propozycje, które stamtąd płyną, dla mnie
osobiście - także jako dla historyka idei - nie są szczególnie zachwycające. Czytam to i owo - a to o na poły mitycznym republikanizmie, a to o polityce historycznej, która miałaby prowadzić
do Prawdy o naszych dziejach, ale prowadzi tylko do wybiórczości nowego rodzaju, a to o grzechach liberalizmu i aberracjach lewicy... To mogłoby nawet stanowić jakiś punkt wyjścia, ale ja to na
ogół już kiedyś w innych kontekstach czytałem i niekoniecznie dostrzegam ruch naprzód czy pogłębione analizy współczesności i niedawnej przeszłości. Może jednak nie czytam dostatecznie
uważnie.
Myślę, że to jest zjawisko psychologiczne związane po części ze zmianą miejsca, z którego Legutko na świat patrzy. Jednak inaczej widzi się świat, kiedy jest się tylko adiunktem lub
profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, a inaczej gdy się jest ministrem czy marszałkiem. Na pewno tego rodzaju czynniki odgrywają swoją rolę. I mamy też tu pewnie do czynienia ze starym
problemem intelektualisty, który szuka siły materialnej dla swoich idei i znajduje to, co w danej chwili jest do znalezienia i wzięcia z całym dobrodziejstwem inwentarza. Dlaczegóż miałoby
się tego z czasem nie polubić?
Ewolucję Legutki obserwuję bardzo dokładnie i parę jego prac zdarzyło mi się pozytywnie recenzować. To jest rzeczywiście bardzo szczególny przypadek. Z jednej strony mamy jego bardzo dobre
prace akademickie, czy to dotyczące Platona, którego też przekładał, czy to książkę o tolerancji, która jest bardzo dobrze zrobiona mimo niechęci Legutki do samego pojęcia tolerancji. A z
drugiej strony mamy Legutkę felietonistę i polityka dość monotonnie powtarzającego, że nie lubi liberalizmu. W tych felietonach było zresztą dużo trafionych krytyk pewnych odmian
liberalizmu, ale rzeczywiście pojawia się tu coraz wyraźniejsza linia od liberalnego konserwatyzmu do konserwatyzmu wręcz obsesyjnie antyliberalnego.
Nie przypominam sobie, by Legutko był jakoś szczególnie atakowany.
To się każdemu mogło i może zdarzyć, pamiętajmy, że felietonistyka samego Legutki też od początku była twarda, ostra, zaczepna. On się w niej nie pokazywał jako jakiś wyjątkowo
delikatny intelektualista. I nie stosował żadnej taryfy ulgowej wobec swoich przeciwników.
Różnią się i mnie tym łatwiej te fazy odróżnić, że niezwykle ceniłem i wyjątkowo uważnie czytałem pierwsze książki Krasnodębskiego. Natomiast już "Demokrację
peryferii" doczytałem tylko do połowy i dałem sobie spokój, bo wiedziałem, co będzie dalej. W swoim czasie zdarzyło mi się raz czy drugi z nim polemizować, bo wydawało mi się, że
warto... Teraz już bym tego nie robił. Co do Cichockiego, o którym też pan wspomniał, to jego ogromną zasługą pozostanie wprowadzenie do Polski Carla Schmitta, chociaż podejrzewam, że w
kręgach politycznych zrozumiano z niego u nas tylko tyle, że bycie politykiem polega na posiadaniu wroga.
Polska lewica wygląda, jak wiadomo, bardzo marnie, i jej głównym atutem jest odraza, jaką potrafi budzić skrajna prawica. Nie ma dzisiaj silnej propozycji własnej, która łączyłaby realizm
polityczny z ciekawą intelektualną diagnozą. Oczywiście, coraz lepiej widoczna "Krytyka Polityczna" wykonuje ciekawą pracę formacyjną i potrafi budować ciekawe środowisko,
ale grozi jej pozostanie dość ezoterycznym środowiskiem intelektualnym specjalizującym się w przyswajaniu najbardziej efektownych i radykalnych pomysłów teoretycznych. "Krytyka
Polityczna" w wielu miejscach błądzi, ale odbudowuje zaangażowanie lewicowe, środowiska sięgające od Legutki i Krasnodębskiego po Cichockiego czy Gawina błądzą, ale pozwalają się
zdefiniować intelektualnie swojemu obozowi. Jest natomiast pewien kłopot z określeniem, gdzie dokonuje się analogiczna praca nad polskim liberalizmem. "Przegląd Polityczny" ma
wspaniały dorobek, ale stał się raczej miejscem uprawiania historii idei niż miejscem formacyjnym, gdzie spierano by się o to, jak w Polsce liberalizm powinien wyglądać i co miałby do
zrobienia. Rzeczywiście. "Przegląd Polityczny" jest znakomitym pismem wyrosłym z inspiracji liberalnych, ale bastionem liberalizmu z pewnością nie jest. Rozrzut stanowisk jest
tam bardzo szeroki. I może to nawet logiczne, że pismo tego rodzaju zaczęło się coraz bardziej specjalizować w kulturze, a nie tytułowej polityce. Nic w tym złego.
To jest tylko do pewnego stopnia prawda, bo w ostatnich dziesięcioleciach mamy na Zachodzie do czynienia z ożywieniem myśli krytycznej wewnątrz liberalizmu, a w każdym razie nawiązującej
wprost do liberalnej tradycji. Można wręcz mówić o renesansie tej filozofii politycznej. Może to jest postliberalizm, a nie liberalizm, ale ta różnica nie ma aż tak wielkiego znaczenia. To,
co jest w tej literaturze najciekawsze, to nie obrona zasad elementarnych, które u nas bywają ciągle kwestionowane, lecz drążenie tematów, z którymi klasyczny liberalizm nie dał sobie rady:
równości, sprawiedliwości społecznej, wspólnoty, nacjonalizmu itd. Minimum liberalne zostało stosunkowo dawno dość powszechnie zaakceptowane i chodzi teraz nie tyle o jego teoretyczną
obronę, ile o wzbogacenie przez dyskusję z innymi kierunkami i z liberałami, których cała mądrość sprowadza się do neoliberalnego kultu wolnego rynku. Bo cóż ma wspólnego Rawls czy jego
uczniowie z neoliberałami? Nie widziałbym ich nawet w jednym piśmie. Ostatnio zajmowałem się Martą Nussbaum, bo musiałem jakiś wstęp napisać, i pomyślałem sobie, że to jest z punktu
widzenia naszych liberałów od gospodarki egzotyka kompletna.
Nie wiem, czy liberalizm jest taką propozycją, która mogłaby konkurować z lewicą i prawicą, jeśli chodzi o wyrazistość ideową czy radykalizm projektów społecznych. Bo liberalizm oparty
jest na założeniu, że społeczeństwo - nawet to polskie - już jest i trzeba w nim tylko to czy tamto poprawić, w szczególności ograniczyć roszczenia różnych władz, grup... Natomiast i
lewica, i prawica myślą o tym, jak to społeczeństwo zbudować, z czego je zrobić. Kiedyś oczywiście byli liberałowie heroiczni, walczący, proponujący radykalne projekty społecznej zmiany -
francuska republika reformowała oświatę i wszystko, co się zreformować dało w duchu liberalnym, wolnomyślicielskim itp. Ale to jest zupełnie archaiczne i nie sądzę, by dawało się do tego
wrócić w sytuacji, kiedy nie ma już sojuszu tronu i ołtarza, nie ma silnej wojowniczej prawicy o radykalnie antynowoczesnym kształcie, innymi słowy, kiedy przeminęło to, przeciwko czemu się
liberalizm kiedyś, w swoich czasach bohaterskich, buntował.
Czy rzeczywiście jesteśmy aż tak zacofani? Nie sądzę... Przecież skrajni tradycjonaliści są w tym społeczeństwie dość, w gruncie rzeczy, izolowani. Kiedy próbują występować
politycznie pod własnymi sztandarami, a nie zasłaniając się jakimiś szerszymi pojęciami prawicowości, konserwatyzmu czy katolicyzmu, to zawsze się okazuje, że reprezentują bardzo wąską
grupę. U nas jest mnóstwo tradycjonalistycznej formy, z treścią jest już dużo gorzej. Bo kiedy trzeba coś naprawdę zrobić, żyć wedle zasad, to wyłazi na wierzch oczywista prawda, że się
ludzie popsuli z punktu widzenia tradycyjnych pryncypiów. Stąd zresztą dążenie do ustawowego zakazywania tego, czemu nie potrafią zapobiec moralność i obyczaj. Fundamentalizm Polakom nie
grozi, ale polscy liberałowie nie powinni się oszukiwać, że ta niezdolność Polaków do fundamentalizmu jest w jakimkolwiek stopniu ich dziełem, że jest wynikiem świadomego uwewnętrznienia
przez to społeczeństwo norm liberalnych. Zresztą liberalizm w żadnym społeczeństwie nie upowszechnia się na zasadzie jakiejś zaplanowanej i zorganizowanej ideologicznej rewolucji. Być może
po prostu trochę bardziej przylega do natury ludzkiej i tym różni się od lewicowych czy prawicowych projektów nowego wspaniałego świata.
p
, ur. 1929, socjolog, historyk idei, jeden z najwybitniejszych polskich badaczy społecznych. Emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego, obecnie wykłada w warszawskiej Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Jest członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk. W latach 1968 - 1999 kierował Zakładem Historii Myśli Społecznej w Instytucie Socjologii UW. Jego najbardziej znana książka to fundamentalna "Historia myśli socjologicznej" (1981 - 1983, wyd. nowe 2003). Oprócz tego opublikował m.in. "Kontrrewolucyjne paradoksy" (1965), "Tradycja. Przegląd problematyki"(1971), "Spotkania z utopią" (1980) oraz "Dylematy historiografii idei" (1991). W 1994 roku ukazał się jego "Liberalizm po komunizmie", najważniejsza jak dotąd praca poświęcona polskiej myśli liberalnej po 1989 roku. W "Europie" nr 199 z 26 stycznia br. opublikowaliśmy jego tekst "Wady i zalety nijakości".