Dziennik Gazeta Prawana logo

Ameryka nie ma pomysłu na zmiany

3 maja 2008, 04:02
Ten tekst przeczytasz w 26 minut

W wyścigu do Białego Domu wszyscy kandydaci obiecują jeśli nie nowy początek, to przynajmniej radykalne zmiany. Najwięcej mówi o nich Barack Obama, który zmianę uczynił swoim najważniejszym wyborczym hasłem. Na ile realne są te obietnice? Co można będzie zrealizować, a co jest tylko demagogiczną wyborczą grą? Nasz dzisiejszy rozmówca, Bruce Ackerman, jest raczej sceptyczny, gdy chodzi o możliwość dokonania radykalnych społecznych zmian. Amerykańską politykę w sposób absolutny zdominowało kilka kwestii. Przede wszystkim Irak oraz walka z terroryzmem. Nawet jeśli amerykańskie oddziały zostaną wycofane z Iraku, a więzienie w Guantanamo zlikwidowane, trudno będzie to uznać za jakiś radykalny przełom. Raczej za przyznanie się do porażki i naprawienie błędów popełnionych w przeszłości. Problem w tym, że żaden z prezydenckich kandydatów nie ma wizji naprawdę radykalnych zmian w kwestiach związanych choćby ze sprawiedliwością społeczną. Nawet Barack Obama - gdy przyjrzeć się bliżej jego programowi - prezentuje umiarkowane, w sumie dość zachowawcze pomysły. I niespecjalnie odróżnia się od Hillary Clinton od lat funkcjonującej w waszyngtońskim establishmencie.

p


Do słów McCaina, Clinton i Obamy podchodziłbym z przymrużeniem oka. Oczywiste jest, że w tych wyborach zmierzy się para kandydatów bardziej różniących się ideologicznie, niż miało to miejsce w każdych wyborach po 1980 roku, czyli po tym, jak zmierzyli się ze sobą Ronald Reagan i Jimmy Carter. Między dzisiejszymi kandydatami są pewne punkty wspólne. Niezależnie od tego, kto wygra, zamknięte zostanie więzienie w bazie wojskowej Guantanamo, nie będzie już przyzwolenia na stosowanie tortur podczas przesłuchań. Podjęte też zostaną starania na rzecz podpisania protokołu z Kioto i przeciwdziałania globalnemu ociepleniu. Pomiędzy kandydatami panuje zgoda co do fundamentalnych praw człowieka i problemów ochrony środowiska. Natomiast nie ma i nie będzie zgody co do spraw zasadniczych: wojny w Iraku i państwa dobrobytu, czyli redystrybucji bogactwa oraz opodatkowania. Pierwsze dwa lata prezydentury upłyną pod znakiem Iraku, a także prób uporania się z problemem opieki zdrowotnej i podatków. Podział władz stanie się sprawą decydującą. Demokraci oczywiście zachowają przewagę w Kongresie, pytanie tylko, jak dużą. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będą mieli 56 - 57 miejsc w Senacie oraz przewagę 80 - 90 miejsc w Izbie Reprezentantów. Jeśli prezydentem zostanie ich kandydat, będzie to oznaczało koniec wprowadzonych przez Busha ulg podatkowych dla najzamożniejszych, gruntowną reformę systemu opieki zdrowotnej oraz wycofanie wojsk z Iraku.
Problem polega na tym, że żaden z kandydatów nie ma wyrazistych pomysłów na zmianę. Czy poza zakończeniem misji w Iraku sformułowano jakieś pomysły na nowe otwarcie w polityce zagranicznej? Sprzeciwiałem się amerykańskiej interwencji od samego początku, ale wycofanie się z moralnej i strategicznej katastrofy nie powinno być mylone z twórczą polityką zagraniczną. Podobnie drobne korekty w zakresie redystrybucji dochodów i ochrony środowiska nie oznaczają jeszcze zerwania ze status quo. Republikański program liberalizacji gospodarki stracił impet. Przyczyną jest przede wszystkim zawarte przez Republikanów przymierze ze skrajną chrześcijańską prawicą, osobliwy alians między ekonomicznym indywidualizmem i religijnym moralizatorstwem. Wybór McCaina niewiele tu zmieni, Demokraci skutecznie zablokują próby reanimowania tego sojuszu. Sami Demokraci nie mają jednak żadnej wizji nowego porządku światowego, by użyć fantastycznego sformułowania George'a W. Busha. Polityka zagraniczna Billa Clintona była niespójna, polityka zagraniczna Busha skończyła się porażką, potrzeba zatem świeżego spojrzenia. Hillary Clinton nie dostrzega tego, że w sprawach zagranicznych jej mężowi nie udało się osiągnąć niczego trwałego. Zapewne, tak samo jak on, będzie się koncentrowała na bieżących problemach, zamiast zastanowić się nad sposobami zbudowania porządku, w którym byłoby miejsce dla Europy, Indii i Chin.
Każde pokolenie w historii Stanów Zjednoczonych chciało nowego początku. Prawdą jest, że Obama, w przeciwieństwie do Hillary Clinton, uosabia sprzeciw wobec ostatnich 16 lat. Kiedy jednak przyjrzeć się jego propozycjom, są praktycznie niemożliwe do odróżnienia od tego, co proponuje Clinton. Różnice między nimi są marginalne. W ciągu pierwszych dwóch lat prezydentury zrobi dokładnie to samo co Clinton, czyli zajmie się kwestiami, o których mówiłem wcześniej: zamknie Guantanamo, poprze inicjatywy mające przeciwdziałać globalnemu ociepleniu, zniesie ulgi dla najzamożniejszych, wprowadzi jakąś formę uniwersalnego systemu opieki zdrowotnej i wycofa się z Iraku. Te pięć punktów całkowicie zdominuje amerykańską politykę do 2010 roku, oczywiście zakładając, że nie będzie miał miejsca kolejny atak terrorystyczny. Trudno je nazwać rewolucyjnymi, nie przyniosą żadnej radykalnej zmiany. Pytanie brzmi: co potem? Zarówno Clinton, jak i Obama nie zaczęli nawet myśleć o sprawach, którymi należałoby się zająć w drugiej części kadencji. Żadne z nich nie zastanawia się, jak uporządkować świat po chaosie rządów Clintona i katastrofie Busha; co zrobić, by zachować liberalne wartości, prawa człowieka, wolny handel, demokratyczną samorządność i sprawić, by państwa takie jak Indie i Chiny ich nie odrzuciły.
Amerykańskie wojska zostaną wycofane. Ewakuacja nie będzie oczywiście przypominała tej z ostatnich dni wojny w Wietnamie, ze śmigłowcami zabierającymi ludzi z dachu amerykańskiej ambasady. Można spekulować, jak wiele czasu będzie trzeba na jej przeprowadzenie. Obama twierdzi, że potrwa ona 16 miesięcy. Zasadnicze znaczenie ma jednak to, że jeśli wygra kandydat Demokratów, w 2010 roku nie będzie już w Iraku znaczącej liczby amerykańskich wojsk. Hillary Clinton początkowo poparła wojnę, by potem się z tego wycofać. Jeśli nie zrealizuje obietnicy ewakuacji wojsk, będzie miała przeciwko sobie dużą część Partii Demokratycznej. Obama również musi dbać o swoją wiarygodność. Jest młody i jeszcze nie miał okazji się sprawdzić. Jeśli nie spełni jednej z najważniejszych obietnic swojej kampanii, będzie miał poważne kłopoty. Dla Michaela Walzera Izrael i Bliski Wschód są najważniejszymi zagadnieniami amerykańskiej polityki zagranicznej. Dla mnie i dla wielu innych osób Bliski Wschód nie jest kluczowy. Nadmierne zaangażowanie w tym regionie sprawiło, że zaniedbaliśmy inne obszary. Przyszłość demokracji na Ukrainie jest równie istotna, co przyszłość demokracji w Iraku.
Jeśli zwyciężą Obama lub Clinton, każda jednostronna umowa z pewnością zostanie odrzucona jako niekonstytucyjna. W wypadku wygranej McCaina zobowiązania zostaną zapewne przyjęte. Jeśli sytuacja w Iraku w cudowny sposób poprawi się dzięki kontynuowaniu polityki, która zawodziła przez ostatnie sześć lat, ta sprawa może rozejść się po kościach. Natomiast w przeciwnym wypadku będziemy mieli poważny kryzys konstytucyjny. Konflikt między kontynuującym unilateralną politykę prezydentem McCainem a zdominowanym przez Demokratów Kongresem może doprowadzić do poważnego nadwerężenia autorytetu urzędu prezydenckiego, a nawet do impeachmentu.
McCain z pewnością będzie dążył do ocieplenia stosunków transatlantyckich. Nawet George W. Bush zrobił co nieco w tym zakresie w ciągu ostatnich czterech lat. Jeśli jednak McCain zdecyduje się kontynuować wojnę w Iraku, tak jak to zapowiada, i zrobi to bez poparcia Kongresu oraz po wygaśnięciu mandatu ONZ, w USA dojdzie do poważnego kryzysu konstytucyjnego. Chyba że jakimś zrządzeniem losu uda mu się jednak odnieść sukces...
Podczas jesiennych wyborów na korzyść Demokratów działać będą dwie sprawy - Irak i gospodarka. Jeśli nie będą w stanie wygrać, opierając się na tych dwóch atutach, to znajdą się w poważnych kłopotach.

Austan Goolsbee, główny doradca ekonomiczny Obamy, powiedział Kanadyjczykom, że te zapowiedzi to tylko słowa. Sądzę, że jest to w dużej mierze prawda. Krytykę NAFTA należy traktować jako wyborczą demagogię. Utrzymanie w mocy NAFTA nie jest jednak tożsame ze zdecydowanym zaangażowaniem na rzecz wolnego handlu. McCain byłby zapewne bardziej skłonny promować wolny handel, ale nie uzyska poparcia Kongresu ze względu na swoje twarde stanowisko w kwestii Iraku. Paradoksalnie to kandydat Demokratów, choć niechętnie, może wypracować jakąś formę porozumienia w sprawie liberalizacji wymiany handlowej.
Moim zdaniem Obama praktycznie zapewnił już sobie nominację. Wolny handel nie będzie kluczową sprawą podczas wyborów. Obama powie na ten temat jeszcze wiele demagogicznych rzeczy, ale zasadnicze znaczenie będą miały wojna w Iraku oraz recesja wywołana kryzysem na rynku nieruchomości.
Hillary Clinton rzeczywiście w niego wierzy. Tony Blair, który wprowadził to rozwiązanie w Wielkiej Brytanii, jest istotnym punktem odniesienia zarówno dla niej, jak i dla Baracka Obamy. Nie sądzę jednak, by ta ważka i oryginalna kwestia wypłynęła w ciągu najbliższych lat. Pięć punktów, które wymieniłem wcześniej: Irak, Guantanamo, globalne ocieplenie, podatki i opieka zdrowotna wystarczy, by zdominować amerykańską politykę w najbliższych miesiącach. Jeśli Demokratom uda się uporać z nimi w rozsądny sposób, znów pojawi się wielkie pytanie o przyszłość sprawiedliwości społecznej. Jestem wielkim zwolennikiem własności prywatnej i uważam, że każdy powinien mieć do niej prawo. Według mnie instytucja obywatelskiego dziedziczenia powinna uzupełniać dziedziczenie w obrębie rodziny. Ten pomysł rozpowszechnił się znacznie w ciągu ostatnich kilku lat. Nie widzę jednak szansy na to, aby został podjęty do 2010 roku.
Populistyczne zagrożenie jest zawsze aktualne. W USA związane jest ono z dwoma zagadnieniami - sprzeciwu wobec imigracji i kontestowania wolnego handlu. Sądzę, że wprowadzenie rozwiązań, które nie byłyby ksenofobiczne, i w ramach których imigranci zamieszkujący Stany Zjednoczone od 15 czy 20 lat otrzymaliby obywatelstwo, jest możliwe za prezydentury zarówno McCaina, jak i obojga kandydatów demokratycznych. O ile Republikanie są populistami, gdy chodzi o imigrację, to Demokraci odgrywają tę rolę w odniesieniu do kwestii wolnego handlu. Każda z partii ma swoją formę taniej demagogii.
Ostatnie wielkie momenty konstytucyjne to prezydentura Franklina Delano Roosevelta, ożywienie ruchu na rzecz praw obywatelskich w latach 60. za Lyndona Johnsona i rządy Ronalda Reagana. To były prawdziwe ideologiczne wyzwania. Dziś na okrągło słyszymy z ust Obamy o zmianach, odrzuceniu status quo, ale jego rzeczywisty program nie ma w sobie nic z radykalizmu poprzedników. Nie oczekiwałbym gruntownego przeobrażenia amerykańskich zasad w najbliższej przyszłości.

p

* ur. 1943, amerykański prawnik, politolog i filozof polityczny, obecnie profesor prawa na Uniwersytecie Yale. Jest znany przede wszystkim jako konstytucjonalista i znawca amerykańskiej tradycji politycznej. Zajmuje się także problemami liberalnej teorii państwa oraz sprawiedliwości społecznej - tych kwestii dotyczą m.in. książki "Social Justice in the Liberal State" (1980) oraz wydana także po polsku "Przyszłość rewolucji liberalnej" (1992, wyd. pol. 1996). Ackerman uznawany jest za jeden z najważniejszych autorytetów prawniczych w Stanach Zjednoczonych. W "Europie" nr 162 z 12 maja ub.r. opublikowaliśmy wywiad z nim "Blair był ostatnim gigantem polityki".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj