Jakie będą konsekwencje gruzińskiego konfliktu dla naszego kraju? Polska była jednym z tych krajów, które przez długi czas odczuwały na własnej skórze brak wspólnej polityki unijnej wobec Kremla. W tym sensie - zdaniem Anne Applebaum - wojna w Gruzji najprawdopodobniej przyniesie przełom: agresywna Rosja została rozpoznana jako jedno z zagrożeń dzisiejszego świata, na które nie sposób dalej przymykać oczu. Dlatego jest bardziej prawdopodobne niż dotychczas, iż Europa ostatecznie zerwie ze swoją dotychczasową praktyką, której istotę stanowiło ciche przyzwolenie dla rosyjskiej dyplomacji, która z każdym z krajów Unii negocjowała z osobna, co z natury rzeczy musiało skończyć się wzmocnieniem pozycji Kremla. Po raz pierwszy od lat realna staje się również nadzieja na wypracowanie spójnej polityki Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych wobec Rosji. To tyle dobrego - bowiem pozostałe efekty wojny w Gruzji mogą się okazać znacznie mniej korzystne dla Polski. Jak twierdzi Applebaum: "Realny konflikt między Zachodem a Rosją nie przyniesie Polsce nic dobrego. Dobre relacje handlowe z Rosją pomogłyby Polsce się wzbogacić; zdrowa relacja ekonomiczna między Rosją a Europą Zachodnią umiejscowiłaby Polskę w samym środku dobrze prosperujących państw. Jeśli handel i inwestycje zostaną zamrożone, będzie to miało dla Polski negatywne konsekwencje".
p
Przede wszystkim potęgi zachodnie, a więc Unia Europejska i Stany Zjednoczone, już uznały Rosję za zagrożenie znacznie poważniejsze niż dotychczas. Istnieje szansa,
że następnym krokiem będzie wypracowanie wspólnej, stosownej do sytuacji polityki wobec Rosji i zerwanie z dotychczasową praktyką, która pozwalała temu państwu na budowanie odrębnych
stosunków z każdym z państw Unii. Jeśli do tego doszłoby sformułowanie podstaw polityki transatlantyckiej, byłby to najkorzystniejszy skutek konfliktu gruzińsko-rosyjskiego, jaki mogę sobie
wyobrazić.
Nie sądzę, by taki porządek w ogóle istniał. Owszem, można mówić o erze postzimnowojennej w latach 90. Dominowały wtedy dwie opinie. Po pierwsze, że po upadku komunizmu świat stał się
bezpieczny, a po drugie, że rolę suwerena będzie od tej pory pełnić łagodne mocarstwo - Stany Zjednoczone. Ten okres jednak skończył się wraz z zamachami 11 września 2001 roku. To wtedy
świat zrozumiał, że nie jesteśmy wolni od zagrożeń. I że tym razem przyjdą one z najmniej spodziewanych stron. Z tego punktu widzenia problem z Rosją jest tylko dodatkiem do zdiagnozowanych
siedem lat temu problemów z Iranem, Pakistanem, Afganistanem, Al-Kaidą. Jedyna różnica polega na tym, że tym razem mocniejszy sygnał odebrała Europa, ponieważ Rosja znajduje się bardzo
blisko niej. Tak czy inaczej Zachód musi zacząć myśleć bardziej jak wspólnota, zaś NATO - jak prawdziwa organizacja wojskowa. Z całą pewnością powinno się to rozpocząć już kilka lat
temu, ale lepiej późno niż wcale.
Już w ostatnich dniach mogliśmy zaobserwować wyraźną zmianę języka używanego przez polityków amerykańskich pod adresem Rosji. Nie słyszałam takich sformułowań od wielu lat. Mam na
myśli na przykład Condoleezzę Rice, która oświadczyła, że ostatnią rzeczą, jaką zamierza zrobić, to pojawienie się na następnym spotkaniu Grupy G8 - chyba że Rosja wycofa się z
prowadzonych obecnie działań i całkowicie zmieni swoje postępowanie.
Rosjanie lubią się pysznić i mówić: "To my zmieniamy świat". Ale to za daleko idące stwierdzenie. Rzeczywiście, jeśli przyjrzymy się kampanii wyborczej, okaże się, że
lepiej radzi sobie w tej chwili McCain. Zbytnio mnie to nie dziwi, ponieważ McCain jest ekspertem w dziedzinie Rosji. Wojna w Gruzji z pewnością zmieni nieco treść kampanii. Temat Kaukazu dotąd
w ogóle nie był wspominany w wypowiedziach kandydatów - kiedy w maju tego roku opublikowałam artykuł o Abchazji, rozpoczęłam go uwagą, że muszę zrobić sobie przerwę w zajmowaniu się
kampanią wyborczą... Teraz problem ten zostanie opracowany przez ekspertów obu kandydatów i stanie się przedmiotem debaty publicznej. Proszę jednak pamiętać, że do wyborów w USA pozostało
jeszcze kilka miesięcy i przez ten czas z pewnością wiele może się zdarzyć. Nie odbyły się nawet konwencje wyborcze. Wreszcie, na wynik wyborów w Ameryce niemal nigdy nie wpływa sytuacja w
polityce zagranicznej. Sprawy wewnętrzne mają o wiele większe znaczenie.
Po pierwsze, zarówno gruzińska, jak i ukraińska rewolucja demokratyczna stanowiły wyzwanie dla rosyjskiej władzy imperialnej. Rosja jest krajem kontrolowanym przez niewielką grupę ludzi,
którzy nie tylko tworzą fasadowy system polityczny, ale dokonują również manipulacji wyborczych, kontrolują media i gospodarkę. Ukraina i Gruzja, choć nie zawsze postępują idealnie, są
przykładem zupełnie innego pomysłu na państwo. Ich gospodarki są mniej lub bardziej kapitalistyczne, systemy polityczne mniej lub bardziej pluralistyczne, a wyniki wyborów raczej
nieprzesądzone z góry. Putin i skupieni wokół niego ludzie wiedzą, że brakuje im legitymacji społecznej, bo nie zostali wybrani w wolnych wyborach. Rzeczą, której obawiają się najbardziej,
jest rodzaj pomarańczowej rewolucji w Rosji. I choć na razie wydaje się to niemożliwe, oni już zachowują się tak, jakby usiłowali zapobiec takiemu wydarzeniu. Po drugie, uwaga Rosji będzie
się teraz koncentrować na przekonaniu Europy, że rurociągi łączące Morze Kaspijskie i Czarne - rurociągi inne niż rosyjskie - nie są pewnym źródłem surowców energetycznych. W ten
sposób Putin pragnie uczynić Europę jak najbardziej zależną od siebie w aspekcie ekonomicznym.
Chce mi się śmiać, kiedy słyszę, jak Rosja mówi o swoich obawach wobec NATO. A jeśli w tym samym duchu komentuje umieszczenie tarczy antyrakietowej w Polsce, to już są opowieści wyssane z
palca, mające na celu wyłącznie manipulowanie Zachodem. Niestety, wszelkiego rodzaju realny konflikt między Zachodem a Rosją mógłby - ze względu na położenie geopolityczne - mieć dla
Polski ogromnie negatywne konsekwencje. Podczas gdy wojna z terroryzmem nie była dla was niebezpieczna - bo nawet gdyby świat rzeczywiście podzielił się na północ i południe, Polska nie
leżałaby na granicy między nimi - to konflikt dzielący świat na wschód i zachód uczyni Polskę granicą między obiema stronami. Chociaż obecnie nie zanosi się na wojnę - taki scenariusz
można sobie raczej wyobrazić w wypadku Ukrainy - prawdopodobna jest nasilająca się ekonomiczno-polityczna rywalizacja między Rosją i Zachodem, która z pewnością nie przyniesie Polsce nic
dobrego. Dobre relacje handlowe z Rosją pomogłyby Polsce się wzbogacić; zdrowe relacje ekonomiczne między Rosją a Europą Zachodnią umiejscowiłyby Polskę w samym sercu systemu dobrze
prosperujących państw. Jeśli handel i inwestycje zostaną zamrożone, będzie to miało dla Polski również negatywne konsekwencje.
p
, ur. 1964, historyk, dziennikarka, absolwentka Yale University i London School of Economics. W latach 1988 - 1992 była korespondentką "The Economist" w Polsce. Obecnie jest komentatorem "The Washington Post". Opublikowała m.in. "Między Wschodem a Zachodem" (wyd. pol. 2001), a także "Gułag" (wyd. pol. 2005) - za tę ostatnią książkę otrzymała Nagrodę Pulitzera. W "Europie" nr 228 z 16 sierpnia br. zamieściliśmy jej tekst "Godzina Europy ponownie wybiła".