Nie. To, że czuję się do kogoś niechęć, nie wystarczy, żeby zrobić o nim przedstawienie. Mój sprzeciw wobec Grotowskiego, jego teatru i jego osoby jest buntem wobec
zbyt pospiesznej i nazbyt zachłannej samointerpretacji. Można by go nazwać sprzeciwem filozoficznym, nieufnością wobec odkryć, których argumenty są adresowane czy przeznaczone tylko dla
"wierzących".
W połowie lat 60., podczas studiów na krakowskiej ASP. Pamiętam, że wyrażono o nim wyłącznie ekstremalne opinie - jednoznacznie aprobujące lub negujące. W siermiężnym pejzażu Peerelu jego
poszukiwania musiały sprawiać wrażenie czegoś niesamowitego. Teatr Laboratorium kojarzył się z klimatem tajemnicy, a jego postrzegaliśmy jako artystę niesłychanie hermetycznego. Widziałem
tylko jedno przedstawienie Grotowskiego, "Apocalypsis cum figuris", i to kilka lat po premierze w 1969 roku. Jedni twierdzą, że w tym czasie ono już
"sklasyczniało", inni, że po prostu ewoluowało. Odstręczało mnie namaszczenie, z jakim przedstawienie próbowało mi, widzowi, narzucić jakiś przekaz, ofiarować
"duchowy pokarm", w jakiejś niemal eucharystycznej pretensji. Co za tym gestem stoi? Czy ta ofiara jest prawdziwa? Czy może być prawdziwa za każdym razem? Dla porównania
przedstawienia Tadeusza Kantora chłonąłem z fascynacją. On nie udawał, że chce mi coś ofiarować, jak jakiś anioł mądrości. Wręcz przeciwnie, przychodził z całą kostropatą energią
swojej natury, ujawniał swoje kabotyństwo! Nie miał żadnej głębinowej strategii wymyślonej, żeby mnie-widza oszukać i sprzedać swój towar, sztukę, jako coś lepszego, niż jest w
rzeczywistości.
Kiedy studiowałem w łódzkiej filmówce, mój przyjaciel opowiedział o swoich wrażeniach ze spotkania z Grotowskim podczas jakiejś dyskusji otwartej. Po powrocie z Indii wszedł właśnie w
swój okres hipisowski. Mówił bardzo cicho, w zgodzie z manierą najbardziej zaawansowanych i wykształconych hipisowskich guru. Ten antyekspresyjny sposób bycia miał oddziaływać na
publiczność następująco: jeśli pragniesz się czegoś dowiedzieć, weź to sam ze mnie. To po co w ogóle rozmowa? Uściśnijmy sobie ręce, dotknijmy się, pozbądźmy się wzajemnych
podejrzeń. Moja nieufność wobec Grotowskiego zaczęła się, jak widać, od motywów powierzchownych. Przeszkadzał mi ów wielki wysiłek, jaki wkładał w kreowanie swojego
image’u.
Wierzę w sens wielkich olśnień i wierzę, że to mogło być dla niego fundamentalne przeżycie. Ale można wierzyć w prawdę i szczerość czyjegoś dążenia, a jednocześnie śledzić jego
drogę jako rodzaj samooszustwa. Moja nieufność wynika nie z uprzedzenia, ale z powinowactwa obszarów, które fascynują mnie i które fascynowały Grotowskiego.
Grotowski nigdy mnie nie przekonywał jako człowiek. Bodaj w filmie "Pełen guślarstwa obrzęd świętokradzki" widziałem zapis jego wypowiedzi. Paląc papierosa, opowiadał o
swojej metodzie. Była to ekspresja kogoś skupionego bardziej na sobie niż na swoich myślach. Mało tego, odczuwałem jakąś pogardliwą wrogość do potencjalnego adresata, ton kogoś
"obsesyjnie niedocenionego", ton w jakim wypowiadamy zdanie: "Czy pan wie, kto ja jestem?".
W tak stale napiętej uwadze nakierowanej na samego siebie czuję też jego lęk. Wszyscy jesteśmy oszustami, bo jeśli stwarzamy swój wizerunek na użytek czegoś lub kogoś, to najprawdopodobniej
będzie to maska kogoś lepszego, niż jesteśmy naprawdę. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy nieukami i wstydzimy się tego. Jedna z anegdot potwierdza, że Grotowski na egzaminie w szkole teatralnej
nie umiał wybrnąć z jakiegoś pytania i po prostu wymyślił postać nieistniejącego teatrologa, po czym streścił jego poglądy.
Oszukał wszystkich profesorów, bo zrozumiał, że każdy z nich ma jakieś luki w wiedzy. I dlatego można zagrać va banque.
Gdybym powiedział, że nie było takiego, odebrałbym tym stwierdzeniem całą wartości jego sztuki. A tak przecież nie jest. "Apocalypsis" miało porywające momenty, jak scena
biegu Ryszarda Cieślaka. Jego bieg sam w sobie był kosmosem. To było piękne i uczciwe. Myślę, że dokonanie przewrotu w stosunku aktora do roli, ekspresji i rzeczywistości w teatrze jest
czymś przełomowym i niezwykłym. Można jednak zapytać, co leżało u podstaw tej intuicji? Ciekawi mnie, jak mógł odnaleźć to właśnie on, ten trochę podejrzany intelektualista, chodzący w
ciemnych okularach, pod krawatem i w tym swoim czarnym garniturku ze skórzaną teczką, starający się o korzystną koniunkturę dla swoich kolejnych kroków, walczący o byt Teatru Laboratorium,
często w sposób dla wielu bardzo kontrowersyjny.
Musiało to wyglądać kuriozalnie. On patrzył na swoich aktorów trochę jak pornograf sadysta, trochę jako wódz, który swoją rolę w teatrze budował na tym sakramentalnym: "Nie
wierzę", bo tak zawsze mówił do aktorów. Sam się nie wychylał. Bał się swego ciała. Jedna z jego przyjaciółek opowiadała mi o tym, jak Grotowski chwalił się jej, że kiedy
wchodzi do dyrekcji czy ministerstwa, gdzie ma przeforsować jakąś sprawę, to stosuje hipnozę. Ubezwłasnowolnia wszystkich urzędników i osiąga dokładnie to, co chce. Jung mówi, że w
konfrontacji z drugim stopniem nieświadomości, czyli z animą, otwiera się przed jaźnią człowieka obszar mocy, którą on nazywa "wielkim czarownikiem". Ale jednocześnie czai
się tu jak w osobliwej, mitycznej baśni wielkie zagrożenie. Bo zamiast pójść dalej, można ulec fascynacji "wielkim czarownikiem". Tak bardzo upajam się swoją mocą, że nie
używam jej w zgodzie z przeznaczeniem. Poprzestaję na niej, żeby zamaskować swoje lęki i kompleksy. Myślę, że w przypadku Grotowskiego było to głębokie niezadowolenie ze swojego fizycznego
bytu.
Był niezadowolony nie tyle ze swojego ciała, co ze swojej osoby.
Nigdy, choć Alina Obidniak próbowała nas ze sobą poznać. Pracowałem wtedy w Jeleniej Górze. Byłem krótko po obejrzeniu "Apocalypsis". Zareagowałem histerycznie. Miałem
wrażenie, że czeka mnie upokorzenie. Nie miałem ochoty.
Nie wiem, czy mógłby mi udzielić szczerej odpowiedzi, gdybym zapytał o to, o co warto było zapytać. On widział mój "Przezroczysty pokój" z 1979 roku, powiedział Alinie,
że to było interesujące, tylko niepotrzebnie nadużywałem pewnych środków. Mówił, że powinienem zrobić to w konwencji teatru ubogiego.
Kantor uważał, że Grotowski wszystko mu ukradł. W ogóle wszyscy go okradali, łącznie z Peterem Brookiem... Również Grotowski był w najwyższym stopniu czuły na to, co ktoś kradł od
niego.
Bezwzględnie. Nie tylko można korzystać z dzieł artystów, którymi się zachwycamy, ale powinniśmy brać też od tych, z którymi się nie zgadzamy. Wchodzenie z kimś w polemikę jest też
braniem. Najbardziej przekonująca w dziele Grotowskiego jest "rytualność" jego teatru. Jeśli porównamy go z innymi twórcami współczesnego mu teatru, to okazuje się, że ich
"rytuały" były co najwyżej naśladowaniem ceremoniałów: mszy, pochodów, dworu. Natomiast Grotowski sięgnął do głębszego pokładu. Zupełnie inną sprawą jest to, w jaki
sposób i do czego go użył. Ale samo to, co wydobył, uprawnia do nazwania go wielkim rewolucjonistą.
Najgorsi są jego naśladowcy. Jak widzę, w jaki sposób prowadzą treningi aktorzy, którzy otarli się o Grotowskiego, to wszystko się we mnie buntuje. Miałem okazję przyglądania się pokazom
pracy Odin Teatret. Nie do zaakceptowania było dla mnie to, że trening stawał się celem samym w sobie. Fakt, że trenujemy wszyscy to samo, a metoda i motyw pozostaje niezmienny, okazuje się
rodzajem medykamentu, środka dobrego na wszystko. Cały czas atakujemy siebie tym samym i tym samym. To z kolei powoduje unifikację, doprowadza do tego, że w swoich spektaklach nie mierzymy się z
tajemnicą osobowości i zdarzenia, ale demonstrujemy efekty treningów...
Nie, choć bardzo chciałem. Miałem włączyć się w obchody przyznania mu honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego. Przewidziano mój udział w dyskusjach, ośrodek jego imienia bardzo się
cieszył. Ale Grotowski nie zezwolił. Jak się okazało, śledził wszystko, co się o nim mówi. Zakazał wpuszczenia mnie na "Akcję", bo wyrażałem się o nim z dystansem.
Powiedział, że Lupie bezwzględnie nie wolno tego zobaczyć. No to się obraziłem. Po co mam jechać na spotkanie i wykład, skoro nie obejrzę tego, co robi aktualnie?
No właśnie, kiedy dochodzimy do świętej strefy, to od razu padamy na kolana! W pewnym momencie ktoś, kto zostaje otoczony płotkiem z napisem "sacrum", ma u nas zabezpieczoną
nietykalność... Grotowski chciał takiej nietykalności. Myślałem o tym w kontekście Gurdżijewa, bo przygotowując spektakl o nim, nie mamy zamiaru ani kpić, ani wielbić tego mistyka.
Interesuje nas właśnie "tajemnica czarownika", czyli ukrycie swojej słabości. Nie zawsze dzieje się to z cyniczną premedytacją oszustwa. Ludzie głęboko wierzący albo
bardzo charyzmatyczni dokonują tego oszustwa, niejako sami go nie zauważając. Moment maskowania jest zepchnięty głęboko w nieświadomość. Wierzę, że tam, gdzie jest tajemnica, jest też
słabość. Prawdziwa siła i prawdziwe odkrycie nie potrzebują ciemności ani tajemnicy.
Też uważam, że teatr jest narzędziem kształtowania osobowości, drogą dokądś. Jeśli pozostaje się tylko w teatrze, to w rzeczywistości jest tak, jakby się go lekceważyło. Myślę, że
za decyzją Grotowskiego kryło się także poczucie jakiegoś kresu weny jako inscenizatora. Przecież jego spektakle powstały w wyniku olbrzymiej presji na aktorów, zderzenia z pomysłami
plastycznymi Jerzego Gurawskiego. Nie miał wyobraźni teatralnej, raczej wyduszał z aktorów ich twórczą energię, co jest zresztą podstawowym darem reżysera. Grotowski dobrze wiedział, kiedy
odejść. Radykalizm tej decyzji wynikał także i z tego, że jemu się wydawało, że jego dalsza droga będzie bardziej spektakularna. I ona była spektakularna, ale jednocześnie stała się
przedmiotem nowej fali krytycznej wobec jego poszukiwań.
Wstępując na tę drogę, stał się w jeszcze większym stopniu fałszywym prorokiem. Uzurpował sobie taką wiedzę o ludzkiej naturze, że dawała mu możliwość jej zmiany. Mam wrażenie, że
skłaniał uczestników akcji do wspólnego samooszukiwania. Do pewnych ceremonii kultu złotego cielca.
Chyba potrafię rozstrzygnąć, czy po pewnych gestach da się rozpoznawać, czy przekaz artysty jest zafałszowany, czy nie. Śmiem wątpić, czy Grotowski był typem mistyka, czy tylko się za
takiego podawał. Wiem, że był wysokiej próby intelektualistą, ale czy był nosicielem iluminacji? Czy był jak mistycy Wschodu indywidualnością, która w sobie samym przeprowadziła ten akt
wglądu? Bo na tym właśnie polega doświadczenie mistyczne. A może po prostu był intelektualistą, który to w sobie udawał. Jeśli intelektualista powie sobie: "Mam za mało
wyobraźni", to zaraz musi ją sobie zbudować. Jeżeli przyzna, że chyba mu mistyczne doświadczenie nie wychodzi, to jest na to rada: "Już je sobie robię!". W moim
odczuciu Grotowski wzbudzał w swoich aktorach stany i emocje, jakich sam nie czuł...
Czy pośrednio odpowiada za ich przetrącone życia, choroby i śmierci...
Tak, ale mówienie, że Grotowski zniszczył swoich ludzi, wydaje się nieuczciwe. Jeśliby właśnie tak oceniać sens sztuki, to należałoby zamknąć interes i nic nie robić.
Musiałbym się w nim wówczas zakochać... Ale "Marilyn Monroe. Work in progress", którą pokazujemy we Wrocławiu z okazji Premio Europa, kończy się sceną "Snu o
wielkim magu". Gurdżijewem jest Krzysztof Majchrzak, który niedawno poważnie zachorował i istniało zagrożenie, że nie będzie mógł zagrać... Myślałem długo, kim go zastąpić na
potrzeby tego jednorazowego pokazu. Może mój "Zaratustra", czyli Zbyszek Kaleta, byłby dobry? Jak pokręcimy mu włosy, będzie podobny do Grotowskiego. Zrobimy happening na
"grotowisku" - myślałem! Na szczęście Majchrzak wyzdrowiał.