Wrocław: miasto i powiat

Wrocław od lat pełni rolę centrum całej aglomeracji, ale rachunki za bycie „gospodarzem” rozchodzą się po równo tylko w przemówieniach. W praktyce miasto ponosi konkretną uciążliwość: dodatkowy ruch samochodowy i dojazdy „po sprawy”, presję na drogi i organizację ruchu, parkowanie i korki, logistykę urzędową oraz zwykłe zużycie miejskiej infrastruktury. To uciążliwość rozlana, codzienna, a przez to wygodna do ignorowania. Nikt jej przez lata nie „fakturował”, bo nie da się wystawić paragonu za tysiące drobnych obciążeń, które kumulują się w jedno: spadek jakości życia w mieście.

Najbardziej symbolicznym adresem tej asymetrii jest fakt, że Starostwo Powiatowe we Wrocławiu działa w granicach miasta Wrocławia, przy ul. T. Kościuszki 131, czyli poza terytorium jednostki, którą obsługuje. Wrocław jest więc gospodarzem instytucji powiatowej, a skutki tej obsługi w pierwszej kolejności lądują na miejskich ulicach i w miejskiej przestrzeni.

I zanim ktoś zacznie żonglować liczbami: samorządowe powiaty w obecnym kształcie funkcjonują od 1 stycznia 1999 r. To ponad ćwierć wieku. Wystarczająco długo, by przestać udawać, że miasto ma się „po prostu cieszyć” ruchem interesantów i tym, że codzienna uciążliwość nie ma jednej faktury do pokazania.



Reklama

Nie potrzebujemy rozliczeń wstecz. Potrzebujemy kompensaty w naturze

To nie jest tekst o wystawianiu faktur za każdy wjazd auta do miasta ani o rozliczaniu powiatu z każdego kilometra zużytego asfaltu. To propozycja kompensaty infrastrukturalnej za wieloletnią, stałą uciążliwość bycia gospodarzem aglomeracji: Wrocław przez lata dźwigał ciężar obsługi administracyjnej i komunikacyjnej regionu, nie budując wokół tego żadnego mechanizmu rekompensaty. Dziś nie ma sensu udawać, że uciążliwość nie istnieje tylko dlatego, że nie da się jej policzyć jedną fakturą.

W takich relacjach działa tylko jedna uczciwa metoda: kompensata w naturze, czyli wkład, który rozwiązuje problem systemowo i na lata. Najbardziej racjonalnym ruchem jest grunt. Nie grant, nie zespół roboczy, nie „deklaracja współpracy”, tylko konkretny zasób: działka w strefie przemysłowej, która umożliwi Wrocławiowi budowę spalarni śmieci. Działka nie jest tu „prezentem”. To element wyrównania bilansu: miasto przez lata przyjmowało uciążliwość aglomeracyjną, więc powiat powinien wnieść wkład, który zdejmie część tej uciążliwości z mieszkańców i przeniesie ją w miejsce do tego przeznaczone.

Warto to powiedzieć wprost, bo w debacie publicznej słowo „uciążliwość” bywa używane jednostronnie: że spalarnia będzie uciążliwa dla okolicy. To prawda tylko wtedy, gdy próbuje się ją wcisnąć w tkankę mieszkaniową albo prowadzi inwestycję bez ładu planistycznego. My mówimy o rozwiązaniu odwrotnym: uciążliwość kontrolowana, przemysłowa i użyteczna, zlokalizowana na terenie przeznaczonym pod funkcje produkcyjne, z buforami, dojazdem technologicznym i standardami środowiskowymi. Tak, żeby nie przeszkadzała ludziom, a jednocześnie działała na rzecz całej aglomeracji: stabilizowała koszty i dostarczała energię oraz ciepło.



Problem, który narasta: odpady i rachunek śmieciowy

Reklama

Gospodarka odpadami to kryzys, który przez chwilę jest „techniczny”, a potem staje się polityczny, bo zaczyna boleć w portfelu. We Wrocławiu stawka opłaty za selektywną zbiórkę wynosi 41,24 zł od osoby i wynika z aktu prawa miejscowego ogłoszonego w Dzienniku Urzędowym Województwa Dolnośląskiego. Dla mieszkańca nie jest to „parametr systemu”, tylko miesięczny rachunek.

Można oczywiście co roku uprawiać sport narodowy pod tytułem „kto zawinił podwyżkę”. Tylko że to nie zmienia mechanizmu. Jeżeli miasto nie ma własnego elementu domykającego system dla frakcji resztkowej, pozostaje zależne od cudzych mocy przerobowych, cudzych decyzji i cudzych cen. A zależność w odpadach kończy się zawsze tak samo: rosnącymi kosztami, dłuższą logistyką, skokami cen w kryzysach podaży i nerwowością całego systemu. Odkładanie inwestycji nie jest więc „oszczędnością”, tylko najdroższą formą zarządzania: płacimy więcej, żeby dalej nie mieć kontroli.

Spalarnia śmieci to już nie „pomysł”. To standard w dużych miastach

W dużych miastach spalarnia śmieci nie jest fanaberią ani „kontrowersyjnym projektem”. To brakujący element układanki: recykling robi swoje, a frakcja resztkowa przestaje być bombą kosztową i logistyczną. Kto tego elementu nie ma, ten płaci za cudzą kontrolę nad własnym systemem.

Wystarczą dwa przykłady. Kraków zbudował ekospalarnię o zdolności zagospodarowania do 245 tys. ton odpadów rocznie. Skala inwestycji według operatora to ok. 666 mln zł netto (ok. 819 mln zł brutto). To klasyczny projekt metropolitalny: jeden duży ruch, a potem lata stabilizacji procesu i mniejszej zależności od rynku.

Gdańsk uruchomił Port Czystej Energii o wydajności ok. 160 tys. ton rocznie. Oficjalne otwarcie miało miejsce 24 marca 2025 r., a koszt budowy podany przez administrację rządową to ponad 661 mln zł netto. W danych branżowych wskazywana jest też produkcja energii: ok. 114 tys. MWh energii elektrycznej i 509 tys. GJ ciepła rocznie. To nie jest „spalanie śmieci dla spalania”. To domknięcie systemu odpadów połączone z produkcją energii i ciepła, które realnie poprawiają ekonomię całości.

Wniosek jest prosty: skala dużego miasta to setki milionów złotych, czasem okolice miliarda, zależnie od parametrów, finansowania i infrastruktury towarzyszącej. To nie jest inwestycja „tania”, ale to inwestycja typu: robisz raz i przestajesz co roku płacić za brak kontroli, za kryzysy mocy przerobowych i za transportowanie problemu coraz dalej.





Deal dla aglomeracji: powiat daje grunt i plan, Wrocław buduje „odpady na energię”

Propozycja jest prosta i uczciwa, bo rozdziela role zgodnie z tym, kto ma jaki zasób:

1) Powiat Wrocławski przekazuje Miastu Wrocław nieodpłatnie działkę ok. 10–15 ha w granicach powiatu wrocławskiego, w strefie przemysłowej, z dojazdem i mediami. Nie mówimy o lokalizacji „przy domach”, tylko o terenie przewidzianym pod funkcje produkcyjne i logistyczne, gdzie uciążliwość jest kontrolowana, a nie rozlana po osiedlach.

2) Powiat we współpracy z właściwą gminą równolegle zapewnia gotowość planistyczną, czyli doprowadza miejscowy plan (MPZP) do stanu, w którym inwestycja jest wprost dopuszczona i opisana. Bez tego można latami udawać, że „pracujemy nad tematem”, a odpady w tym czasie pracują nad naszym rachunkiem.

3) Wrocław buduje spalarnię na własny koszt, w formule „projektuj i buduj”, z harmonogramem uruchomienia w ok. 5 lat, jeśli realny start formalny nastąpi od stycznia 2026 r. To termin ambitny, ale wykonalny, o ile decyzje zapadną na początku, a nie po trzech latach konsultacji o tym, czy konsultować.





Ważne

Ten układ ma jeszcze jedną zaletę, którą warto powiedzieć wprost: spalarnia w strefie przemysłowej to nie tylko utylizacja frakcji resztkowej, ale także źródło ciepła dla gospodarki. W realnym świecie oznacza to stabilniejsze i tańsze ciepło dla sieci oraz odbiorców przemysłowych, czyli także dla zakładów zlokalizowanych w otoczeniu takich stref. Krótko mówiąc: inwestycja nie „stoi i przeszkadza”, tylko pracuje.

„Nie mamy gdzie”? Powiat sam pokazuje, że ma gdzie

Powiat może próbować mówić: „nie mamy terenu”, „to trudne”, „nie da się”. Tyle że równolegle promuje gigantyczne tereny inwestycyjne typu greenfield. W swojej ofercie wskazuje m.in. obszar 157,1368 ha w Gniechowicach jako teren inwestycyjny o przeznaczeniu przemysłowym. Skoro w materiałach strategicznych operuje się setkami hektarów pod aktywność gospodarczą, to oddanie 10–15 ha pod infrastrukturę krytyczną aglomeracji nie jest dramatem ani „wywłaszczeniem powiatu”. To decyzja o priorytetach: czy wolimy sprzedawać każdy metr pod dochód jednorazowy, czy wolimy wreszcie zbudować urządzenie, które stabilizuje koszty życia w metropolii na dekady.

Dzisiejszy brak spalarni jest uciążliwością realną i codzienną dla całego miasta: kosztami, logistyką i nerwowością systemu. Spalarnia w strefie przemysłowej jest uciążliwością kontrolowaną i użyteczną, bo zamienioną w energię i ciepło.

Co dostaje powiat i gminy wokół

To nie jest projekt „tylko dla Wrocławia”. Instalacja w tej logice działa jak kotwica bezpieczeństwa dla regionu:
- gminy powiatu wrocławskiego zyskują możliwość kierowania frakcji resztkowej do stabilnej, przewidywalnej instalacji (a nie do „najtańszego adresu miesiąca”),
- region dostaje źródło energii i ciepła systemowego, które poprawia ekonomię projektu.

To jest wspólny interes. Tylko ktoś wreszcie musi go podpisać na papierze.



A jeśli powiat powie: „w granicach Wrocławia się nie da”?

To moment, w którym kończy się grzeczna dyskusja, a zaczyna realna polityka przestrzenna. Jeśli rzeczywiście w granicach Wrocławia nie da się wskazać terenu sensownego logistycznie i społecznie, zostaje alternatywa, której nikt „nie chce”, ale każdy ją rozumie: dyskusja o korekcie granic miasta.

W polskim prawie nie jest to fantazja: Rada Ministrów w drodze rozporządzenia tworzy, łączy, dzieli i znosi gminy oraz ustala ich granice, a także nadaje status miasta i ustala jego granice. Przewidziane są też konsultacje z mieszkańcami. Krótko mówiąc: jeśli nie ma współpracy w ramach aglomeracji, temat może wejść na wyższy poziom sporu terytorialnego.

Puenta: trzy miesiące na porozumienie, bo odpady nie poczekają

Wrocław nie potrzebuje kolejnej komisji, która „przeanalizuje temat”. Wrocław potrzebuje decyzji, którą da się zmierzyć:
- do końca I kwartału 2026 r.: uzgodnienie lokalizacji (10–15 ha) i trybu przekazania gruntu,
- do końca 2026 r.: gotowość planistyczna (MPZP),
- 2027 r.: start „projektuj i buduj”.

Wrocław bierze na siebie koszt i realizację. Powiat ma dołożyć to, co ma najbardziej strategiczne: grunt i sprawność planistyczną. Reszta będzie już tylko klasycznym polskim „nie da się”, które zawsze kończy się jednym: rachunkiem dla mieszkańców. A ten rachunek, jak widać, już przychodzi co miesiąc.

Grzegorz Prigan, adwokat i menedżer