„Bardzo dobrze! Kopcie i czyśćcie nadal ten polsko-szpiegowski brud. Niszczcie go w interesie Związku Sowieckiego” – napisał odręcznie Józef Stalin na raporcie ludowego komisarza spraw wewnętrznych Nikołaja Jeżowa dotyczącym postępów w przeprowadzaniu „operacji polskiej”. Funkcjonariusze NKWD gorliwie wykonywali zalecenia Stalina.

„Być Polakiem w Związku Sowieckim w 1938 roku to mniej więcej to samo, co być Żydem w III Rzeszy– cytuje Nikołaj Iwanow wypowiedź Heleny Trybel, matki byłego premiera Ukrainy Jurija Jechanurowa, która przed II wojną mieszkała w państwie Stalina. Trzeba przyznać, że to dość trafne porównanie. Tak jak aparat państwowy hitlerowskich Niemiec z założenia zajmował się eksterminacją Żydów, tak aparat bezpieczeństwa stalinowskiej Rosji zajął się eksterminacją Polaków. Powód był podobny jak w przypadku holokaustu. Polacy mieli zostać wyniszczeni tylko dlatego, że są Polakami.

Zachował się rozkaz, jaki trafił do siedziby sowieckiej bezpieki w Charkowie. Został wystawiony w Moskwie, 11 sierpnia 1937 roku, i podpisany przez szefa NKWD Nikołaja Jeżowa. Nosi numer 00485.

Dokument ten rozpoczynał ciąg represji, znany w historii jako „operacja polska”. Dołączono do niego 30-stronnicowe uzasadnienie, które ostrzegało, że Polacy inwigilują służby, a nawet komunistyczną partię Związku Sowieckiego, przygotowując spisek mający na celu obalenie władzy ludowej.

Pierwsze skrzypce w tej dywersji mieli grać agenci Polskiej Organizacji Wojskowej. Jak nietrudno zgadnąć, według NKWD wspierani przez mniejszość polską.

Ta fantastyczna teoria wystarczyła, by przeprowadzić falę masowych aresztowań.

(...) polscy szpiedzy i dywersanci, przerzucani na terytorium ZSRS jako zbiegowie, bez względu na własne drogi utrzymywania łączności z Polską, w szeregu przypadków kontaktowali się na naszym terytorium z członkami POW, działali pod ich kierownictwem; masa zbiegów była w całości źródłem aktywnych kadr dla organizacji. Wielu wykwalifikowanych polskich agentów przerzuconych na teren ZSRS jako zbiegowie żołnierze, którzy zdezerterowali z polskiej armii, osiadło w obwodzie saratowskim, gdzie działali polscy agenci PILAR i SOSNOWSKI
– napisano w dokumencie NKWD rozesłanym do placówek bezpieki.

Romuald Pilar von Pilchau, komisarz i szef obwodowego NKWD w Saratowie, oraz Ignacy Sosnowski, zwerbowany przez sowieckie służby jeszcze w 1920 zastępca szefa NKWD Kraju Saratowskiego zostali szybko osądzeni i skazani na śmierć. Ale nie tylko oni. Rozstrzelano także innych Polaków służących w sowieckim aparacie. Wiktor Witkowski, Stanisław Pestkowski, Julian Makowski, Jan Staszewski, Bronisław Bortnowski-Bronkowskij, Kazimierz Barański – to tylko jedni z nielicznych, których zlikwidowano w ramach „operacji polskiej”.

Do więzienia trafił nawet Stanisław Redens, komisarz NKWD i szwagier samego Stalina. Koneksje rodzinne nie pomogły, Redensa oskarżono o szpiegostwo i stracono.

Spiskiem, według NKWD, kierował Józef Unszlicht, przyjaciel Feliksa Dzierżyńskiego i jego zastępca w policji politycznej CzeKa, dobry znajomy Lenina. Jednak to nie uchroniło go przed aresztowaniem. Sowieccy śledczy opracowali na jego temat wyjątkowo fantastycznie brzmiącą bajeczkę. Ponoć Unszlicht współpracował z POW i polskim wywiadem nieprzerwanie od 1918 roku. To on miał poddać Wilno oddziałom Józefa Piłsudskiego w 1919 roku, przekazywać polskiemu sztabowi plany wojskowe Armii Czerwonej, to on miał przyczynić się do załamania natarcia na Warszawę w 1920 roku. To on również wraz z „trockistami, zinowjewcami i bucharynowcami” prowadził nieustanny sabotaż w przemyśle zbrojeniowym i w gospodarce narodowej – zapisano w dokumentach śledztwa.

Gdyby to była prawda, mając tak cennego agenta, wywiad polski mógłby zrezygnować z każdej innej pracy wywiadowczej w Związku Sowieckim – zauważa autor „Zapomnianego ludobójstwa”.

Unszlicht nie załamał się w trwającym prawie rok śledztwie i nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. We wrześniu Stalin napisał do NKWD notatkę, w której nakreślił kilka znamiennych słów: „Zbijcie Unszlichta za to, że nie wydał agentów polskich w obwodach (Orenburg, Nowosybirsk itd.)”. Słowo „zbijcie” dwukrotnie podkreślił czerwonym ołówkiem. Uszlicht jednak wciąż nie chciał składać zeznań zgodnych z linią oskarżenia. Dlatego też został szybko osądzony i rozstrzelany.

Wydawać by się mogło, że czystka na komunistycznych szczytach zaspokoi żądze Stalina. Nic bardziej mylnego, bo jak podkreśla Nikołaj Iwanow, to był dopiero wstęp do szerzej zakrojonych represji. Skierowanych nie wobec pomagierów systemu, a wobec zwykłych ludzi.

Już w pierwszych tygodniach po rozpoczęciu „operacji polskiej” Nikołaj Jeżow pisał o sukcesie w rozbijaniu siatki polskich szpiegów:

(…) w dniu 10 września bieżącego roku spośród polskich zbiegów, uchodźców politycznych, jeńców wojennych, osób utrzymujących stosunki z konsulatami i innych kontyngentów, podejrzanych o szpiegostwo na rzecz Polski, aresztowano 23.216 osób.

Co się działo z aresztowanymi? Iwanow przytacza w swojej książce tak zwane metody fizycznego oddziaływania, które stosowano w NKWD. Przesłuchanie taśmowe, trwające bez przerwy przez kilkadziesiąt godzin, przesłuchiwanie na stojąco przez kilka dni, określane w dokumentach jako „stójka”, torturowanie zakazywaniem snu, zakuwanie więźnia w kajdanki na całe miesiące.

Spowinowacony ze Stalinem komisarz Redens, który później zapłacił życiem za domniemane szpiegostwo, twierdził, że sądy w ciągu kilku godzin potrafiły rozpatrzyć od 500 do 1000 spraw i wydać w nich wyroki. „Z zasady w 95 proc. przypadków dawano najwyższy wymiar kary. Potem spisywano protokół i dawano do podpisu Jeżowowi. Jeżow, jak niejednokrotnie sam widziałem, nawet ich nie czytał, otwierał na ostatniej stronie i ze śmiechem pytał Cesarskiego (Władimir Cesarski, kierownik moskiewskiego oddziału NKWD – przyp. red.), ilu tu Polaczków... podpisywał, nie czytając, już był tam podpis Wyszyńskiego (Andriej Wyszyński, prokurator generalny ZSRR – przyp. red.).

Represjom poddawano nawet dzieci. Mówił o tym specjalny rozkaz 00486:

Niebezpieczne społecznie dzieci skazanych, w zależności od wieku, stopnia niebezpieczeństwa i możliwości poprawy, zostają uwięzione w obozach albo koloniach pracy NKWD lub w domach dziecka o specjalnym reżymie prowadzonych przez Ludowe Komisariaty oświaty republik… Oskarżone żony zdrajców ojczyzny, które nie zostały aresztowane z powodu choroby i chorych dzieci, po wyzdrowieniu należy aresztować i skierować do obozu. Żony zdrajców ojczyzny, które karmią piersią, po wydaniu wyroku bezzwłocznie należy aresztować i skierować bezpośrednio do obozu. Tak też należy postępować z żonami skazanych, które są w podeszłym wieku.

Spirala zbrodni nakręcała się bardzo szybko. Skala czystek przerosła oczekiwania samych autorów „operacji polskiej”. Sowiecka bezpieka zaczęła dostarczać najbardziej nieprawdopodobnych informacji, takich jak choćby ta, że w syberyjskiej wsi Białystok Polacy przygotowują zbrojne powstanie przeciwko władzy ludowej. Gorliwi funkcjonariusze nie sprawdzali, nie weryfikowali tych doniesień. Reagowali. „Wymagana przez centralę NKWD skala antypolskich represji była tak wielka, że miejsce oddziały sowieckiej bezpieki zmuszone były w wielu wypadkach korzystać po prostu z książek telefonicznych, wybierając z nich polskie i polsko brzmiące nazwiska rzekomych 'przestępców'. Zdumiewa również niezwykła surowość tych represji, gdyż około 80 proc. skazano na śmierć” – podkreśla Iwanow.

Choć na początku zakładano, że zostanie rozstrzelanych około 20 tysięcy Polaków, w rzeczywistości liczba ofiar sięgnęła – jak szacuje autor „Zapomnianego ludobójstwa” – liczby dziesięciokrotnie wyższej. Katowani na śmierć w czasie śledztwa, rozstrzeliwani bez przesłuchań, mordowani po błyskawicznie zapadających wyrokach, umierający w transportach – w ramach „operacji polskiej” życie mogło stracić nawet 200 tysięcy osób.

Nikołaj Iwanow, analizując przebieg „operacji polskiej” nie tylko w Sowieckiej Rosji, ale także na Białorusi i Ukrainie, wyciąga daleko idące wnioski. Jak zauważa, na tle stalinowskiego Wielkiego Terroru, który przed II wojną światową dotknął wszystkie narodowości zamieszkujące republiki należące do ZSRR, czystki przeprowadzone wśród Polaków charakteryzowały się największą intensywnością. Nie waha się użyć słowa „ludobójstwo”. „Zapomniane” dlatego, że jak dotąd w polskiej historiografii więcej miejsca poświęca się zbrodni katyńskiej niż „operacji polskiej”. Na tle nielicznych pozycji na ten temat wyróżniają się publikacje, których autorem jest dziennikarz Tomasz Sommer (między innymi książka „Rozstrzelać Polaków. Ludobójstwo Polaków w Związku Sowieckim”), jednak temat ten wciąż domaga się szeroko zakrojonych badań, prowadzonych nie tylko jak najdokładniej, ale do tego jak najszybciej, ponieważ świadkowie i ofiary „operacji polskiej” odchodzą.

Książka Nikołaja Iwanowa to duży krok we właściwym kierunku.

Nikołaj Iwanow, „Zapomniane ludobójstwo”, Wydawnictwo Znak, 2015