Każdy, kto miał okazję porozmawiać z profesorem Jerzym Vetulanim, do odwagi w wyrażaniu poglądów z pewnością doda również poczucie humoru i sporą dawkę dystansu do siebie przebijającą się z jego wypowiedzi. I taki właśnie jest Vetulani w książce „A w konopiach strach”, na której kartach rozmawia z Marią Mazurek, dziennikarką i prywatnie jego przyjaciółką.

Mniej niż 200 stron, jakie liczy sobie ta publikacja, wystarcza Mazurek i Vetulaniemu na rozprawienie się z największymi mitami obrastającymi marihuanę. Zresztą nie tylko marihuanę, bo często zbaczają również na obszary jeszcze słabiej znane przeciętnemu Polakowi, przybliżając zasady działania także innych narkotyków, ich historie, obecność i ślady pozostawione w kulturze i cywilizacji. Powoli, krok po kroku, posiłkując się argumentami naukowymi, obnażając stereotypy i prostując niedomówienia – ale jednocześnie tłumacząc źródła społecznych fobii i pozwalając odnieść się do nich nieobeznanemu w zagadnieniach medycznych czytelnikowi – dziennikarka i uczony bawią, ucząc i uczą, bawiąc. Zupełnie nie zwracają przy tym uwagi, że ich luźna rozmowa w wielu miejscach ociera się nawet o obrazoburczość, choć podawaną tu z przymrużeniem oka.

Dlatego z pewnością nie jest to książka przede wszystkim dla osób traktujących ze śmiertelną powagą wszystko co zapisano w Biblii. Zwłaszcza tych, których oburzyła rozmowa przeprowadzona przed laty w portalu dziennik.pl, w której piosenkarka Doda wyraziła się o biblistach jako o ludziach „naprutych winem i palących jakieś zioła”. Zresztą sam Vetulani bierze Dodę w obronę, a jej wypowiedź staje się dla niego okazją do przedstawienia naukowego, farmakologicznego spojrzenia na przekaz religijny.

„Jeśli wczytamy się w Biblię i zestawimy to z wiedzą na temat substancji psychotropowych, wnioski nasuwają się same” – przyznaje, dzieląc się swoimi przemyśleniami na temat obecności narkotyków w Starym i Nowym Testamencie. Jego podejrzenia budzi przede wszystkim manna spadająca z nieba, która miała być niczym innym jak grzybami halucynogennymi wyrastającymi na pustyni Sin, na szlaku wędrówki Izraelitów.

„Bóg obiecał więc Mojżeszowi zesłać chleb – i rzeczywiście, jak czytamy, następnego dnia pod warstwą rosy Izraelici znaleźli >>coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi<<. Pokarm >>był biały jak ziarno kolendra i miał smak placka z miodem<<. Nazywano go chlebem ucisku. (...) Mojżesz ostrzegał lud: >>Niechaj nikt nie pozostawia nic z tego do następnego dnia<<. Część Żydów jednak nie posłuchała proroka. Obawiali się, że następnego dnia znów będą musieli mierzyć się z głodem. Jak czytamy w księdze, >>tworzyły się robaki i nastąpiło gnicie<<. Tak szybki rozkład jest charakterystyczny dla grzybów, podobnie jak to, że wysuszone okazy wyglądają jak wafelki chleba w kolorze nasion kolendry. Taka była właśnie biblijna manna”.

Psilocybe cubensis. Ten halucynnogenny grzyb najpewniej zbierali Izraelici na pustyni – twierdzi prof. Vetulani. Co więcej, jego zdaniem na tym rola tych grzybków się nie zakończyła. Wysuszona manna trafiła najprawdopodobniej do złotego naczynia w świątyni w Jerozolimie, która z kolei została splądrowana i obrabowana przez króla Nabuchodonozora w 598 roku przed Chrystusem.

„Te naczynia przez laty stały nieużywane, do momentu, gdy król Nabonid po przegranej bitwie z Persami schronił się w Borsippie. Baltazar postanowił wydać ucztę, żeby podnieść na duchu siebie i mieszkańców Babilonu. To była uczta, jak czytamy w księdze Daniela, na tysiac osób. Baltazar nakazał przynieść naczynia zrabowane ze świątyni w Jerozolimie i biesiadnicy pili z nich wino, wychwalając przy tym różnych bożków. I wtedy zaczęły się dziać przerażające rzeczy... Biesiadnikom ukazały się >>palce ręki ludzkiej i pisały za świecznikiem na wapnie ściany królewskiego obrazu<<. Baltazar się przeraził, >>jego stawy biodrowe uległy rozluźnieniu, a jego kolana uderzały jedno o drugie<<.

Tak wyglądała słynna biblijna scena, w której tajemnicza ręka napisała na ścianie „mene, mene, tekel, ufarsin” i która zdaniem farmakologa sugeruje, iż biesiadnicy napili się wina wzmocnionego wysuszonymi grzybami halucynogennymi zebranymi przez ludzi Mojżesza.

Zresztą Jerzy Vetulani w rozmowie z Marią Mazurek wskazuje na jeszcze jeden epizod związany z historią mojżeszową, również dający do myślenia znawcom substancji psychoaktywnych. Powołuje się przy tym na opinię profesora psychologii Benny’ego Shanona, który uważa, że Żydzi na pustyni Sin spożywali ayahuaskę, silnie narkotyzujący napój sporządzony z występujących na Bliskim Wschodzie roślin – akacji i ruty stepowej. Właśnie wpływowi ayahuaski na Izraelitów Shanon przypisywał wizje w „najważniejszym obok zmartwychwstania Chrystusa momencie naszej wiary”, podczas objawienia na górze Synaj.

„Mojżesz i jego towarzysze, no cóż, byli naćpani” – uważa prof. Vetulani. – „Proszę się wczytać w opis zawarcia Przymierza w Księdze Wyjścia. Przed wpuszczeniem Izraelitów na górę Synaj Mojżesz nakazał im trzydniowe oczyszczenie. Przez ten czas nie mogli zbliżać się do swoich kobiet” – podkreśla psychofarmakolog, zaznaczając, że trzydniowy post połączony ze wstrzemięźliwością seksualną to typowy rytuał u Indiach Południowoamerykańskich zażywających ayahuaskę, stosowany celem „złagodzenia nieprzyjemnych skutków ubocznych wywołanych przez ten narkotyk”. Następnie „grzmoty i głos potężnej trąby”, które według oryginału, a nie późniejszych przekładów, lud Izraela „widział”, to typowe wrażenie po zażyciu tego narkotyku. Podobnie jak uczucie nadchodzącej śmierci i wizje pojawiającego się ognia, o czym również jest wzmianka w Starym Testamencie, we fragmencie dotyczącym objawienia na górze Synaj. Analogia do krzewu gorejącego, z którego dobiegał głos Boga nasuwa się sama, zresztą bardzo słusznie, bo jak wyjaśnia Vetulani, te dwa elementy sugerują, że „Mojżesz był pod wpływem ayahuaski: spotkanie z Bogiem i zaburzenie percepcji czasu. Prorokowi wydawało się, że krzew płonie i płonie, tymczasem w rzeczywistości mogło to trwać sekundę”.

„Trafimy do piekła za głoszenie takich herezji” – zauważa Maria Mazurek. „Jeśli już, to tylko ja, pani jest bezpieczna” – odpowiada Jerzy Vetulani. Zresztą jak zauważa dla równowagi, obecność narkotyków w obrzędach religijnych to nic nowego. Przyjmowanie psychotropów już w najstarszych kulturach wiązało się z rytuałami – od czasów najstarszego narkotyku znanego ludzkości, czyli opisywanej w starohinduskich księgach somy, która była prawdopodobnie muchomorem czerwonym, po opium, konopie i alkohol, najpopularniejsze w tej chwili enteogeny, czyli substancje dające po zażyciu poczucie transcendencji, wyjścia na spotkanie z absolutem.

Czy to coś złego, że w powstaniu niektórych przekazów religijnych miały swój udział środki, które dziś prawo uznaje za groźne i zakazane? Prof. Vetulani przekonuje, że nie ma się o co obrażać, poleca za to spojrzenie na historie biblijne z innej strony:

„Fakt, że bohaterowie świętych ksiąg zażywali narkotyki, a same księgi pisali >>palący jakieś zioła<<, nie znaczy jeszcze, że nie powinniśmy wierzyć w to, o czym tam czytamy. (...) Ludzkość zawsze szukała substancji zmieniających stan świadomości, ponieważ chciała przeniknąć w głąb nieznanego, odkrywać to, czego na co dzień nie widzimy. (...) Papież Leon XIII, twórca przełomowej encykliki Rerum novarum, był wielkim fanem wina Marianiego, mieszaniny wina i kokainy. Twórcę tego XIX-wiecznego red bulla papież odznaczył nawet orderem Pro Ecclesia et Pontifice”.

Jerzy Vetulani, Maria Mazurek, „A w konopiach strach”, Wydawnictwo Naukowe PWN SA, 2016