„Melduję, że w dniach 19-22 października 1984 roku chorowałem, przebywając w swoim mieszkaniu. Dzień wcześniej po południu byłem u lekarza, który zlecił rozpocząć trzydniową kurację bez kontaktu z otoczeniem” – napisał Leszek Pękala, porucznik Służby Bezpieczeństwa i inspektor IV Departamentu MSW w służbowym raporcie datowanym na 22 października. – „W związku z tym w dniu 19 października br. około godz. 11.00 przyjechałem do pracy, aby poprosić naczelnika Piotrowskiego o okolicznościowe 3 dni zwolnienia, tj. na dni 19, 20 i 22 bm., podając jako przyczynę ważne sprawy osobiste. (...) Po drodze zrobiłem zakupy żywnościowe i w mieszkaniu swoim przebywałem samotnie przez 3 kolejne dni (piątek, sobota, niedziela), lecząc się” – wyjaśniał Pękala.

Śledczych z Prokuratury Wojewódzkiej z Torunia, którzy dołączyli ten dokument do akt sprawy porwania księdza Jerzego Popiełuszki zdziwić mógł także kolejny raport, również dotyczący wydarzeń w resorcie z 19 października. Dokument ten sporządził przełożony Leszka Pękali, kapitan SB Grzegorz Piotrowski. Wynika z niego, że nie tylko Pękala tego dnia źle się poczuł.

„W dniu 19 października br. w godzinach przedpołudniowych opuściłem miejsce pracy, udając się samochodem służbowym do domu” – napisał Piotrowski, wówczas naczelnik w IV Departamencie MSW zajmującym się walką z Kościołem. – „Ogólne zmęczenie postanowiłem zrekompensować sobie wyjazdem na grzyby. Po przeliczeniu możliwości paliwowych zdecydowałem się na wyjazd w okolice Torunia. Na miejscu okazało się, że lasy, tak zwane grzybne, rozciągają się w rejonie trasy Toruń-Bydgoszcz. Ostatecznie dzień spędziłem około 20 km od Torunia, licząc w kierunku Bydgoszczy”.

„Dokuczanie” Popiełuszce

Jednak tego dnia ani Piotrowski nie zbierał grzybów, ani Pękala nie leżał w łóżku. Dołączył do nich porucznik Waldemar Chmielewski. Wszyscy trzej ruszyli służbowym nieoznakowanym dużym fiatem do Bydgoszczy, gdzie ksiądz Jerzy Popiełuszko miał odprawiać mszę. Akcją dowodził Piotrowski, sprawdzony funkcjonariusz w walce z Kościołem, między innymi autor prowokacji, która miała dowieść, że Karol Wojtyła miał nieślubne dziecko. Rok wcześniej uczestniczył również w porwaniu działacza opozycji Janusza Krupskiego, któremu poparzył twarz żrącym płynem. Tym razem od jakiegoś czasu był przydzielony do inwigilacji księdza Popiełuszki, kapelana Solidarności, którego kazania na temat wolności przyciągały tłumy do warszawskiej parafii imienia Stanisława Kostki.

Czy Piotrowski tego dnia wyjechał z Warszawy z zamiarem zabicia duchownego? Wiele na to wskazuje. Zachowane w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej akta śledztwa prokuratorskiego pokazują, jak wszyscy trzej podejrzani o porwanie i zabójstwo księdza Popiełuszki próbowali najpierw zmylić tropy, a następnie odsunąć od siebie odpowiedzialność.

Grzegorz Piotrowski w czasie przesłuchania 25 października 1984 roku, gdy jeszcze odnaleziono ciała kapelana opozycji, nie chce mówić o zabójstwie. Twierdził, że chciał jedynie „dokuczyć” księdzu. „Decyzję w sprawie >dokuczenia< Popiełuszce podjąłem samodzielnie bez uzgodnienia i porozumienia z kimkolwiek. Nie miałem również w tym zakresie sugestii z jakiejkolwiek strony” – przekonywał. Dzień później Waldemar Chmielewski w swoich zeznaniach również przekonywał, że grupa Piotrowskiego nie planowała zabójstwa kapelana. – „Do Bydgoszczy przybyłem wraz z Grzegorzem Piotrowskim i Leszkiem Pękalą celem prowadzenia za nim obserwacji i kontroli, która zmierzała do zatrzymania księdza Popiełuszki, przewiezienia go w kierunku Warszawy i porzucenia go w bliżej nieokreślonym miejscu. Tym działaniem chcieliśmy zastraszyć księdza Popiełuszkę i wprowadzić dezorientację wśród osób z jego otoczenia” – twierdził.

Na czym dokładnie miałoby polegać to „dokuczanie”, o którym mówił Piotrowski? Odpowiedź może podsunąć spis wyposażenia, jakie trzej esbecy zabrali ze sobą.

„Zaopatrzyłem się w mundur milicyjny obszyty dystynkcjami sierżanta MO” – zeznawał Chmielewski. – „Jako funkcjonariusz MO miałem prawo noszenia takiego munduru, chociaż faktycznie jestem mianowany od 1983 roku na stopień porucznika MO. Mundur ten pobrałem na polecenie przełożonego Grzegorza Piotrowskiego z jednostki mundurowej. Pobrałem czapkę milicyjną oraz kurtkę milicyjną wraz z pokrowcem białym na czapkę i tak zwaną syrenką – identyfikatorem” – wyliczał. – „Poza tym zabraliśmy ze sobą dwie krótkofalówki celem porozumiewania się – to pobrał mój naczelnik Grzegorz Piotrowski. Ponadto zabraliśmy sznurki różnego rodzaju, szmaty, worek parciany, plaster aptekarski, gazę, kajdanki – moje prywatne. Broń służbową zabrał ze sobą Grzegorz Piotrowski. Ja również na jego polecenie miałem zabrać pistolet. Zabrałem go ze sobą, ale bez magazynków. Miałem go w teczce”.

Spalić auto księdza

Co mogło wskazywać na zamiar popełnienia zbrodni? Na przykład dwa worki wypełnione kamieniami, jakie kierowca – Leszek Pękala – wrzucił do bagażnika służbowego fiata. Część tych kamieni posłużyła później jako obciążenie ciała księdza Popiełuszki wrzuconego do Wisły. Choć Chmielewski upierał się, że brukowce zabrali ze sobą w zupełnie innym celu. Miały im posłużyć do zamaskowania miejsca przetrzymywania uprowadzonego duchownego. Mówił, że Piotrowski kazał im wcześniej poszukać takiego odosobnionego miejsca.

„Ja i Leszek Pękala znaleźliśmy takie miejsce w Puszczy Kampinoskiej w jednym z bunkrów, prawdopodobnie wojennych i powiadomiliśmy o tym Piotrowskiego. Razem z nim pojechaliśmy do tego bunkra i on to miejsce zaakceptował” – opowiadał Chmielewski przed prokuratorem. – „Wówczas z okolic tego bunkra zabraliśmy do samochodu kilka kamieni brukowych wielkości główki od sałaty. Miały one służyć do zamaskowania miejsca ukrycia Jerzego Popiełuszki w tym bunkrze. Kamienie te po ich przewiezieniu do Warszawy były przechowywane w szafie służbowej Leszka Pękali w dwóch parcianych workach” – dodawał.

To nie była pierwsza próba schwytania kapelana Solidarności. Kapitan Grzegorz Piotrowski już wcześniej obmyślił plan zatrzymania samochodu księdza i niecały tydzień przed zabójstwem próbował spowodować wypadek z udziałem auta Popiełuszki.

„13 października 1984 roku, działając z Pękalą i Chmielewskim, usiłowaliśmy obrzucić samochód, w którym znajdował się Popiełuszko, kamieniami. Działo się to w połowie trasy między Gdańskiem a Warszawą” – zeznał 3 listopada przed prokuratorem, pomijając jednak fakt, że gdyby zamach się udał, chcieli również spalić auto wiozące kapelana Solidarności.

19 października po południu grupa Piotrowskiego obserwowała, jak ksiądz Popiełuszko wychodzi z kościoła w Bydgoszczy i wsiada do zielonego volkswagena golfa, który rusza w kierunku Warszawy. Za kierownicą siedział Waldemar Chrostowski. Jak relacjonował dzień po porwaniu, w pewnym momencie na szosie wyprzedził ich jadący od jakiegoś czasu za nimi fiat 125p. Pasażer fiata zasygnalizował czerwonym światłem latarki, by się zatrzymali. „Ksiądz Popiełuszko powiedział mi wówczas, że jest tam mundurowy milicjant, i ja też go zauważyłem” – zeznawał później wstrząśnięty kierowca. Mężczyźni, którzy ich zatrzymali, kazali Chrostowskiemu podejść do ich auta. „Ja spodziewałem się, że będę dmuchał w balonik, tymczasem kierowca tego samochodu kazał mi wyciągnąć (najpierw jedną, a później drugą) ręce i założył na nie kajdanki. (...) W momencie, kiedy ci mężczyźni siedli z tyłu, nagle poczułem, że któryś z tych mężczyzn wpycha mi do ust jakąś – moim zdaniem – typową ścierkę, tylko że jasną. (...) Drzwi i okna samochodu były pozamykane i ja w pierwszym momencie usłyszałem z tyłu za samochodem taki odgłos, jakby ktoś pałką uderzył w worek mąki. (...) Słysząc poprzednio odgłos uderzenia, a następnie wkładania czegoś ciężkiego do bagażnika, odniosłem wrażenie, że ksiądz Popiełuszko został ogłuszony, a następnie wrzucony do bagażnika samochodu” – opowiadał Waldemar Chrostowski.

„Pierwszy raz uderzyłem człowieka”

Do zadania ciosu przyznał się Grzegorz Piotrowski. „Wysiadając ponownie z samochodu, wziąłem ze sobą jakiś kij – znajdujący się w samochodzie – po to, aby użyć go na przykład do podważenia szyby, gdyby Popiełuszko próbował zamknąć się w samochodzie” – tłumaczył. – „Gdy Popiełuszko zaczął się wyrywać, trzymanym w ręku kijem uderzyłem go w okolice głowy. Nie potrafię powiedzieć, gdzie dokładnie go uderzyłem, ani nawet określić, czy uderzyłem go z przodu, czy z tyłu, bowiem działo się to wszystko bardzo szybko. (...) Stanowczo stwierdzam, że uderzając Popiełuszkę, nie zamierzałem pozbawić go życia, a jedynie chciałem go ogłuszyć” – podkreślał Piotrowski, zdobywając się nawet na skruchę, którą dość dziwnie musiała zabrzmieć w ustach oficera sprawdzonego w niejednej prowokacji bezpieki: – Pierwszy raz uderzyłem człowieka. Obecnie odczuwam żal i jestem przekonany, że w przyszłości nigdy bym czegoś takiego drugi raz nie popełnił” – powiedział.

„Piotrowski trzymał Popiełuszkę za rękaw czy za rękę” – zeznawał 24 października Waldemar Chmielewski, wówczas jeszcze podejrzany o uprowadzenie księdza. Co może dziwić, to dziwne luki w pamięci przesłuchiwanego, którego uwadze umykały sytuacje, w których maltretowano duchownego. Za to dokładnie odtwarzał on prowadzone w tym czasie dialogi. „Piotrowski mówił: >On nie chce wsiąść do samochodu<. Ja powiedziałem do Popiełuszki: >Dlaczego ksiądz nie chce wsiąść do samochodu<, a on odpowiedział: >Bo mnie ten pan gdzieś prowadzi<. Ja powiedziałem: >No gdzie prowadzi, do samochodu<, i podjąłem księdza za łokieć” – mówił Chmielewski i kontynuował: – „W tym czasie ksiądz tak trochę poszedł do przodu i jakby oddalał się od nas. Ja w tym czasie usłyszałem uderzenie. Przypuszczam, że to Piotrowski uderzał Popiełuszkę, który po tym ciosie osunął się na ziemię za bagażnik samochodu. Nie wiem, czy Piotrowski miał coś w ręce. Ja szybkim krokiem obszedłem Piotrowskiego i zobaczyłem leżącego Popiełuszkę. Zgłupiałem wtedy i nie wiedziałem, co robić. Zobaczyłem, że Piotrowski podjął Popiełuszkę za ręce, i wtedy ja wziąłem Popiełuszkę za nogi. Przenieśliśmy księdza i złożyliśmy na poboczu. Miałem wrażenie, że ksiądz był w czasie tego przenoszenia usztywniony. Piotrowski powiedział, żebym przyniósł sznurek i szmatę. (...) W rezultacie ja związałem Popiełuszce nogi, a Piotrowski go zakneblował, po czym włożyliśmy Popiełuszkę do bagażnika i odjechaliśmy, pozostawiając otwarty volkswagen”.

„Nie mogłem tego słuchać, włączyłem radio”

Kierowca księdza Popiełuszki miał wiele szczęścia. Kajdanki zapięte z przodu pozwoliły mu w pewnym momencie w czasie jazdy szarpnąć palcem za klamkę i wyskoczyć na jezdnię. „Nie zatrzymaliśmy się, bo Piotrowski kazał jechać dalej, mówiąc: >Grzej rurę<. W czasie dalszej jazdy ksiądz Popiełuszko dawał znaki życia” – wyjaśniał Chmielewski, gładko przechodząc dalej. „Potem wjechaliśmy w las, gdzieś w okolicach Torunia. Prawdopodobnie byłbym w stanie pokazać to miejsce, gdzie wjechaliśmy w las. W tym lesie porzuciliśmy księdza Popiełuszkę. Moim zdaniem on był jeszcze żywy. Był skrępowany. Usta miał zaklejone plastrem. Chciałbym podjąć się wskazania miejsca, gdzie porzuciliśmy księdza Popiełuszkę” – podkreślał w czasie zeznań składanych 24 października.

Przesłuchiwany tego samego dnia Leszek Pękala również miał problemy z przypomnieniem sobie, co działo się pięć dni wcześniej.

„Dokładnie wydarzeń, które miały miejsce przed samochodem przez nas zatrzymanym, nie mogę podać, ponieważ kierowca siedzący obok mnie zaczął głośno oddychać, i miał trudności z oddychaniem, charczał, miał głowę odchyloną do tyłu. Nie mogłem tego słuchać, więc włączyłem głośno radio. Byłem przerażony – opowiadał Pękala. – „Obserwowałem siedzącego kierowcę. Zauważyłem jednakże, że obok mnie w kierunku tyłu samochodu przeszli ksiądz i jeden z moich kolegów, nie wiem który. Zniknęli z tyłu samochodu. Po chwili któryś z kolegów powiedział, abym otworzył bagażnik, i coś tam przesuwali, wkładali i wyjmowali. Ja w tym czasie wpadłem w panikę i bałem się odwrócić do tyłu. Po chwili usłyszałem zatrzaśnięcie klapy bagażnika. Piotrowski i Chmielewski wsiedli do samochodu i kazali mi odjechać. W czasie jazdy, prowadząc samochód, byłem w takim szoku, że pamiętam tylko ponaglenie do szybszej jazdy. Jechać szybciej nie mogłem, bo samochód był niesprawny” – twierdził, przekonując prokuratora, że skupiał się na usterce, a dokładnie – na niepokojąco zapalającej się w czasie przyspieszania kontrolce oleju.

„Łap go!”

Leszek Pękala opowiadał, że nie pamięta, czy w lesie, gdzie się zatrzymywali, wychodził z samochodu. Nie pamiętał, czy wychodzili jego koledzy. Również nie pamiętał, czy otwierał bagażnik. Twierdził, że utracił poczucie czasu. Zapamiętał, że w pewnym momencie ktoś podał mu butelkę wódki. „Wypiłem dwa łyki, koledzy też chyba wypili” – przyznał kierowca. – „Z rozmów prowadzonych w samochodzie wynikało, że w bagażniku był schowany ksiądz Popiełuszko. Nie jestem pewien, ale było słychać w samochodzie stuki dochodzące z bagażnika. W którymś momencie, na pewno przed piciem wódki, ciężaru z bagażnika pozbyliśmy się. Z dalszej rozmowy kolegów wynikało, że >krzyczał będzie, ale może oddychać<. Drogę powrotną za Toruniem pamiętam dopiero od Płocka. Wiem, że na pewno nie było już wówczas nikogo w bagażniku” – zeznawał 24 października.

Następnego dnia pamięć Pękali znacznie się poprawiła. „Wiem, że jeden raz wjechaliśmy do lasu, aby się zatrzymać. Stanęliśmy jak gdyby w rzadkim lesie czy też zaroślach, gdyż Popiełuszko głośno krzyczał i kopał w maskę– relacjonował 25 października przed prokuratorem. – „Po wyciągnięciu Popiełuszki z bagażnika dostał kilka razy pałką drewnianą w głowę od Grzegorza Piotrowskiego. Te uderzenia w moim przekonaniu były silne. Nadmieniam, że przy każdym postoju, kiedy tylko Popiełuszko się ruszał, zawsze był bity drewnianą pałką. Bił go głównie Piotrowski.

Kolejnego dnia Pękala zaczął przypominać sobie jeszcze więcej szczegółów. 26 października opowiedział, jak ksiądz Popiełuszko w czasie jednego z postojów próbował uciekać. Ale zapewniał, że nie pomagał w schwytaniu go. „Zdaje mi się, że w czasie otwierania pokrywy silnika usłyszałem odgłosy jakby bicia pałką. W kilka sekund później usłyszałem okrzyk Piotrowskiego: >Łap go!<. Uważałem, że słowa te są do mnie skierowane, bo zauważyłem przebiegającego koło mnie Popiełuszkę. Ja nie mogłem ruszyć się z miejsca i słyszałem, jak ksiądz Popiełuszko, biegnąc, krzyczał: >Ratunku!<. Księdza Popiełuszkę dogonił Piotrowski. Widziałem, jak bił on pałką drewnianą owiniętą szmatą księdza Popiełuszkę, który próbował osłaniać głowę rękoma. Ksiądz Popiełuszko przewrócił się i wówczas Piotrowski pochylił się nad nim i trzymał go. Następnie krzyknął: >Sznurek!<”.

Tortury w bunkrach?

Grzegorz Piotrowski, pytany o okoliczności przedstawiane śledczym przez Pękalę i Chmielewskiego nie chciał odnosić się do nich wprost. Przesłuchiwany 29 października odparł jedynie, że „w momencie, gdy miał ostatni kontakt z księdzem Popiełuszką, miał on szansę przeżycia”. Następnego dnia dodał: „Prawdą jest, że podczas zatrzymywania mnie w toku rozmowy oświadczyłem jednemu z oficerów śledczych, że ciało księdza Popiełuszki osobiście wrzuciłem do Wisły z mostu w Toruniu. Powyższe moje stwierdzenie jest kłamstwem i nie polega na prawdzie. Powiedziałem to po prostu >na odczepnego<. W rzeczywistości, zgodnie z prawdą stwierdzam, że w mojej obecności na pewno nie miał miejsca taki fakt w Toruniu, jak również w żadnym innym miejscu. (...) Na stosowne pytanie przesłuchującego stwierdzam kategorycznie, że Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski nie wrzucali księdza Popiełuszki do Wisły w Toruniu ani w żadnym innym miejscu” – podkreślał Piotrowski.

Co mogły oznaczać te słowa? Czy wskazują na słuszność hipotezy, że ksiądz Jerzy Popiełuszko został przekazany przez Piotrowskiego, Chmielewskiego i Pękalę innej grupie? Czy możliwe było, by uprowadzony duchowny żył jeszcze przez kilka dni, podczas których maltretowano go i przesłuchiwano? Dwaj prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej przedstawili inny, ich zdaniem możliwy, scenariusz, według którego kapelan Solidarności zginął nie 19, a 25 października, po trwających kilka dni torturach w bunkrach usytuowanych w Borze Kazuńskim. Wskazywać na to mogłyby również wcześniejsze zeznania Chmielewskiego i Pękali, mówiące o porzuceniu Popiełuszki gdzieś w lasach. Na pójście tym tropem zabrakło jednak dowodów. Sąd w procesie toruńskim zabójców księdza Popiełuszki przyjął jedną wersję wydarzeń. Tę, o której już 25 i 26 października opowiedzieli zgodnie towarzysze Grzegorza Piotrowskiego.

„Kamulki do nóg”

„Podszedłem, nachyliłem się nad bagażnikiem i stwierdziłem, że Popiełuszko jest nieprzytomny i nie porusza się. Poprawiliśmy mu wiązanie po wyciągnięciu go z bagażnika i założyliśmy plaster na usta” – zeznał Leszek Pękala. – „Zapytałem się Piotrowskiego, czy go tutaj tak zostawimy. Piotrowski odpowiedział, że nie – >Kamulki do nóg<. Wtedy wiedziałem, że brałem współudział w morderstwie. Nic dalej nie mówiłem, i po przywiązaniu kamieni do nóg wsadziliśmy w trójkę Popiełuszkę do bagażnika” – stwierdził, podkreślając jednak, że miał wątpliwości, czy na pewno słusznie postępują. Próbował również wybielić Chmielewskiego, obciążając jednocześnie dowódcę grupy. – „Zapytałem jeszcze Piotrowskiego: >A może jak go puścimy teraz, a wszystko da się zatuszować, to na tyle jest przestraszony, że w ogóle nigdy nie będzie publicznie występował<. I w tej koncepcji poparł mnie Waldek, mówiąc, że >no właśnie, zastanówmy się nad tą sprawą. Może jest jakieś wyjście<. Piotrowski odpowiedział: >Już teraz nie mamy wyjścia<. Powiedział w dalszej dyskusji, z czego można było zrozumieć, że jego >zleceniodawcom zależy na tym, aby Popiełuszko zginął raz na zawsze<”.

Chmielewski z kolei opowiadał, jak Piotrowski wybierał miejsce, gdzie wrzucili księdza do Wisły. Wybór padł na tamę we Włocławku, nad Zalewem Wiślanym.

„Minęliśmy zaporę i znowu Piotrowski polecił zatrzymanie wozu. Wysiadł po chwili, wrócił i powiedział, że tutaj musimy się go pozbyć. Pękala zawrócił na zaporę i po przejechaniu 30-40 metrów stanęliśmy kilka metrów za latarnią” – zeznawał w czasie przesłuchania. – „Wysiedliśmy. Piotrowski spojrzał w dół z zapory, a ja na obiekty na zaporze. Pękala otworzył bagażnik. Podeszliśmy i ja wziąłem za worek od strony nóg (pamiętam, że ks. Popiełuszko miał nietypowe buty), Pękala wziął ciało księdza Popiełuszki w środku, a Piotrowski od głowy. Przerzuciliśmy je przez barierę na stronę rzeki, a nie zalewu, czyli stojąc za zaporze twarzą w kierunku Włocławka, po prawej stronie zapory. Po obejrzeniu się na budynki zapory wsiadłem do samochodu. Od tego momentu niewiele już zapamiętałem” – przekonywał Chmielewski, choć jeszcze w czasie tego samego przesłuchania przypomniał sobie, co w czasie drogi powrotnej miał obiecywać im ich przełożony:

„Już po wrzuceniu księdza Popiełuszki do wody Grzegorz Piotrowski podczas jazdy w samochodzie do Warszawy dał do zrozumienia, że jeżeli ciało księdza nie zostanie nigdy odnalezione, to znaczy, że mimo popełnionych błędów zadanie wykonaliśmy i możemy w przyszłości być kiedyś za to wszystko wysoko służbowo wynagrodzeni”.

Łaskawa amnestia

Grzegorz Piotrowski, Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala zostali uznani winnymi uprowadzenia, torturowania i zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki. Wraz z nimi na ławie oskarżonych zasiadł pułkownik Adam Pietruszka, zastępca dyrektora IV Departamentu MSW, sądzony za sprawstwo kierownicze zbrodni. 7 lutego 1985 roku sąd wymierzył im wyroki. Piotrowski został skazany na 25 lat więzienia, podobnie jak Pietruszka. Pękala dostał 15 lat, Chmielewski – 14 lat.

Po interwencji szefa MSW generała Czesława Kiszczaka u prokuratora generalnego rok później kary te zostały zmniejszone – Pietruszce do 15 lat więzienia, Pękali do 10 lat, a Chmielewskiemu do 8. Amnestia z 1987 roku jeszcze mocniej ścięła ich wyroki. Pietruszka odsiedział tylko 10 lat z zasądzonych początkowo 25, Pękala 6 z 15, a Chmielewski spędził za kratami 4,5 roku zamiast 14. Piotrowski wyszedł na wolność w 2001 roku po odsiedzeniu 15-letniego wyroku.