Kamila Wronowska: Jak pan rozumie decyzję Donalda Tuska, żeby nie kandydować w wyborach prezydenckich?

Jacek Raciborski*: To decyzja roztropna. Kampania byłaby bardzo wyczerpująca dla Tuska. Wprawdzie byłby on faworytem, ale nie byłaby to taka przewaga, jaką miał nad konkurentami Aleksander Kwaśniewski w 2000 r. Drugi powód to fakt, że w Polsce system rządów jest systemem parlamentarno-gabinetowym, a nie prezydenckim. Czyli centrum władzy wykonawczej jest Rada Ministrów na czele z premierem. Pozycja premiera jest silna, bardzo przypomina układ kanclerski. Trzecim powodem jest to, że ewentualne zdobycie fotela prezydenckiego nieuchronnie wiodłoby do wypromowania alternatywnego lidera Platformy. Konflikt między prezydentem Tuskiem a premierem z PO byłby nieuchronny. Byłby to podobny układ jak Kwaśniewski - Miller.

Gdy premierem będzie Tusk, a prezydentem ktoś inny z PO nie ma takiego ryzyka?

Jest. Taki układ też nie daje gwarancji bezkonfliktowej współpracy. Ale jeżeli prezydentem zostaje kandydat PO, który nie jest jednak historycznym przywódcą tej formacji, to przez pierwsze lata nie będzie w stanie aktywnie przeciwstawiać się premierowi - szefowi Platformy.

Kogo Platforma powinna wystawić w walce o Pałac Prezydencki?

Bardzo dobrym kandydatem będzie Bronisław Komorowski. To kandydat tylko o nieznacznie niższym potencjale wyborczym niż Tusk. Ma bardzo dobry życiorys, niewygodny dla Lecha Kaczyńskiego.

Dlaczego?

Z racji życiorysowych Komorowski jest taki "bardzo polski". Nie będzie go można atakować "dziadkiem z Wermachtu". Komorowski uosabia wręcz stereotyp polskości: rodowód szlachecko --inteligencki, ojciec w AK, on konspirował już w głębokim PRL (nawiasem mówiąc z Macierewiczem), później poniekąd uczeń Geremka. Poza tym był w licznych ugrupowaniach- Unia Demokratyczna, SKL. Ale nigdy nie był liberałem. Z tych wszystkich powodów byłby bardzo niewygodnym przeciwnikiem dla Lecha Kaczyńskiego i miałby szanse wygrać te wybory.

A dlaczego Donald Tusk tak długo zwlekał z ogłoszeniem decyzji?

Nie uważam, żeby zwlekał. Ogłosił ją w miarę wcześnie. Dla Tuska lepiej też było poczekać choćby dlatego, by w obrębie Platformy nie wyrosła zbyt szybko ta druga postać. Jeżeli Komorowski zastanie nominowany, to na pewno stanie się drugą osobą w PO. Tuskowi było wygodnie utrzymywać taką wewnętrzną równowagę personalną, by nikt inny nie był szczególnie wyróżniony. Ale przyszedł moment, że trzeba już wskazać zdecydowanie kandydata. Dalsze zwlekanie byłoby niebezpieczne, bo potencjalni wyborcy kandydata PO mogliby postawić na kogoś, kto już zadeklarował, że kandyduje. A w momencie, gdy już człowiek podejmie jakąś decyzję wyborczą, później niechętnie ją zmienia. Taka jest prawidłowość psychologiczna -- dążymy do utwierdzania się, że nasze decyzje były trafne.

O co dziś gra Tusk?

Gra toczy się o zwycięstwo PO w wyborach parlamentarnych. I to byłoby bezprecedensowe. A także o bardzo dobry wynik w wyborach samorządowych. W tej hierarchii wybory prezydenckie są dopiero na trzecim miejscu.

*prof. Jacek Raciborski, socjolog