Przez Europę przetoczyły się masowe manifestacje w związku z nową falą przemocy na Bliskim Wschodzie. Nie były politycznie bezstronne, były po prostu antyżydowskie. Antysemityzm w Europie znalazł sobie politycznie poprawny język - stał się antysyjonizmem. Jest dozwolony, jeśli potępia imperialistyczne państwo Izrael.

Z ostatnimi manifestacjami jest jeszcze jeden problem, choć odbywają się w Paryżu, Londynie, Amsterdamie czy Brukseli, przypominają protesty na ulicach Teheranu albo Dżakarty. To nie zachodnia lewica nadaje im ton - w kwestii konfliktu bliskowschodniego podzielona i politycznie sparaliżowana. Na ulice europejskich stolic wychodzą tłumy muzułmanów zachwyconych Hamasem. Patrząc na to, zaczynamy zrozumieć, że pokój na Bliskim Wschodzie to także pokój w Europie, ale kapitulacja przed islamskim fundamentalizmem na Bliskim Wschodzie będzie także kapitulacją przed nim w Europie.

Również Żydzi przez pół wieku na Bliskim Wschodzie co nieco zdziczeli. Obecna "chirurgiczna operacja" izraelskiej armii nie jest dokonywana skalpelem, ale raczej toporem i to bez znieczulenia. Wielu Żydów, i to nie tylko pacyfistów, ma co do akcji w Strefie Gazy spore wątpliwości. Ale jeśli chcemy uczciwie ocenić, kto ponosi odpowiedzialność za eskalację konfliktu, musimy odpowiedzieć na pytanie: co Palestyńczycy zrobili ze swoją autonomią? To przecież miał być zalążek własnego państwa i cywilnego społeczeństwa palestyńskiego. Gdyby eksperyment się powiódł, Izrael nie miałby żadnego argumentu, aby nie zgadzać się na utworzenie w pełni suwerennego palestyńskiego państwa na terytoriach okupowanych. Wszyscy rozsądni Żydzi już się z tym pogodzili.

Jednak autonomia okazała się fiaskiem. Pierwszym dowodem był skierowany przeciwko Fatahowi pucz Hamasu w Strefie Gazy. To był przykład walki partyjnej – prowadzonej za pomocą kałasznikowów o władzę nad państwem, które jeszcze nawet nie powstało. Równie kompromitujące było wykorzystywanie terytorium autonomii jako wyrzutni rakiet wystrzeliwanych na Izrael pod osłoną żywej tarczy cywilnych Palestyńczyków.

Pusty śmiech mnie chwyta, kiedy wysłuchuję pochwał, jak to islamski Hamas troszczy się o zwykłych ludzi, jak buduje szpitale, finansuje islamskie szkolnictwo, a przede wszystkim jest mniej skorumpowany niż świecki Fatah. Dla Hamasu każdy zabity w izraelskich nalotach zwykły Palestyńczyk to polityczny sukces. Właśnie dlatego ostrzeliwano od wielu dni izraelskie terytorium, żeby sprowokować militarną odpowiedź, żeby „męczenników”, których tak łatwo jest zastąpić, było jak najwięcej.

Świecki palestyński Fatah po wielu dekadach terroryzmu wybrał jednak życie, także życie cywilnych Palestyńczyków na administrowanych przez siebie terenach, dlatego stara się podtrzymywać dialog z Izraelem. Zakochani w idei męczeńskiej śmierci fanatycy z Hamasu może nie przekręcają pieniędzy na własne potrzeby – choć nie bardzo wierzę w ten idealizm terrorystów, za dobrze pamiętam innych rewolucyjnych przywódców – ale oni pieniądze z międzynarodowej pomocy dla narodu palestyńskiego przeznaczą na nowe rakiety, na przygotowanie nowej samobójczej akcji albo co najwyżej na wychowanie kolejnego pokolenia męczenników.

Dlatego jedyna sensowna manifestacja przeciwko przemocy w Gazie to dzisiaj dyplomacja: amerykańska, europejska, rosyjska, arabska... każda, której się powiedzie. Jak najszybszy rozejm, który zmieni się w trwały pokój, będzie zwycięstwem zarówno Żydów, jak i Palestyńczyków. Ale klęską Hamasu, który właśnie dlatego – jeszcze przed izraelską interwencją – nie chciał rozejmu przedłużyć.