Dziennikarze często narzekają, że władza ich nie słucha. Nie tylko władza, ale cała klasa polityczna solidarnie przestała reagować na nasze śledcze teksty, na nasze krytyki. Całe nasze środowisko ma coraz wyraźniejsze wrażenie, że politycy nas ogrywają.

Reklama

Strategia jest dziecinnie prosta i zawsze ta sama. Kiedy jakaś gazeta czy stacja ujawnia informacje kompromitujące ważnego polityka, najpierw ze strony partii, do której ten polityk należy, pojawiają się obietnice. Przedstawiane na najwyższym szczeblu, obojętnie, partii rządzącej czy opozycyjnej: sprawa będzie jak najszybciej wyjaśniona, bohater afery złoży wyczerpujące wyjaśnienia, standardy zostaną obronione, winni ukarani.

Potem jednak ci sami politycy, którzy jeszcze przed chwilą udawali powagę i skruchę, zaczynają manipulować mediami i dziennikarzami. Jednymi przeciwko drugim. Jeśli jakaś gazeta opublikowała kompromitujący "kogoś z naszych" materiał, wpuszcza się do innej przecieki, że ten materiał to tylko walka frakcyjna, porachunki w rodzinie, nic istotnego albo wręcz podpucha. Także bohaterowie afer nie składają żadnych wyjaśnień. Za to pojawiają się w innych mediach, gdzie chętnie opowiadają, że dziennikarze, którzy natrafili na kompromitujące ich materiały, są tylko narzędziem w rękach politycznych wrogów. Chętnie opowiadają i chętnie są przez innych dziennikarzy słuchani.

>>> Michalski: "Wyborcza" osłania Palikota

W tym czasie partia osłaniająca swego nadwerężonego wizerunkowo działacza gra na przeczekanie, szuka jakichś tematów, które wpuszczone do konkurencyjnych mediów "zakryłyby" niewygodną aferę. A po paru dniach jej liderzy całą sprawę zwyczajnie "zlewają". Wycofują się z wcześniejszych obietnic, udają, że wyjaśnienia, jakie otrzymali od bohatera afery, są wiarygodne. A w końcu przestają odpowiadać na pytania dziennikarzy, którzy - zajęci jakąś nową sprawą - przestają te pytania powtarzać.

Tak dzieje się w sprawie Palikota i w każdej innej sprawie. W ten sposób żadna afera nie zostaje wyjaśniona, niczyja odpowiedzialność wyegzekwowana. A politycy ogrywają dziennikarzy z coraz większą łatwością.

Ale warto zapytać, czy także dziennikarze nie są temu winni. Przez swój brak solidarności w sprawie dla naszego zawodu podstawowej - dociekania prawdy i skutecznego kontrolowania rządzących.
To nie jest wezwanie do łatwowierności, do jakiejś ślepej korporacyjnej lojalności skierowanej przeciw politykom. Przeciwnie, nasza konkurencyjna drapieżność powinna się wyrażać tym, że chodzimy po swoich śladach, wzajemnie się sprawdzamy i uzupełniamy. Ale nie może być tak, że pierwszą reakcją na dobrze udokumentowany materiał dziennikarstwa śledczego w jednej gazecie czy stacji jest formułowanie w innych głośnych insynuacji skierowanych nie przeciwko skorumpowanym politykom, ale przeciwko dziennikarzom. Podważających ich zawodową wiarygodność.

Polskie dziennikarstwo miało po roku 1989 swoje lepsze chwile. Po aferze Rywina, po Starachowicach... zdołaliśmy doprowadzić do zmiany klimatu w Polsce. Potrafiliśmy skutecznie rozliczyć władzę. Od paru lat mamy jednak do czynienia z nieznośną lekkością dziennikarzy i mediów. Klasa polityczna wymknęła się daleko poza zasięg wypowiadanych przez nas czy wypisywanych słów. Ale to nie tylko wynik sprytu polityków. To także konsekwencja naszych własnych błędów.