Ta wojna wprowadza w przyjemne duchowe wibracje zideologizowanych „obrońców życia”, od Ameryki aż po redakcję „Rzeczpospolitej”. I od Berlusconiego, aż po Tomasza Terlikowskiego. Znowu mogą nawyzywać od „morderców” i „zwolenników cywilizacji śmierci” wszystkich ludzi, którzy nie podzielają ich metafizycznych założeń. Znowu mogą z religijnego piedestału potępić ludzi, dla których dwie komórki, choćby i ludzkie, to nie to samo co dorosły, myślący i czujący człowiek. I dla których nowoczesna aparatura medyczna, mogąca przez całe dekady podtrzymywać przy życiu ciała, których mózg dawno umarł, to nie narzędzie życia wiecznego i można ją kiedyś wyłączyć, szczególnie kiedy zdecydują o tym zarówno lekarze, jak i najbliżsi krewni.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo przestałem już widzieć symetrię pomiędzy liberałami a „obrońcami życia”. Otóż żaden liberał nie zmusza zideologizowanych „obrońców życia” do dokonywania aborcji - choćby i w paru pierwszych dniach życia zygoty. Nikt nie zmusza ich do stosowania środków antykoncepcyjnych czy wczesnoporonnych. Żaden liberał nie nakaże „obrońcy życia” wyłączenia aparatury medycznej swojego krewnego, choćby „obrońca życia” zdecydował się na używanie tej aparatury choćby i przez tysiąc lat. Tymczasem ludziom takim jak Marek Jurek, takim jak chłopcy od Berlusconiego, takim ja nasi młodociani lefebryści, nie wystarcza tolerancja liberalnego społeczeństwa wobec nich, nie wystarcza im ich własna wolność, nie wystarcza im ich własna bezgrzeszność. Oni chcą metodami prawnymi zmuszać do bezgrzeszności ludzi, którzy nie podzielają ich przekonań na temat pełnego człowieczeństwa dwóch komórek czy sakralnej roli urządzeń medycznych.

Najbardziej ponuro-groteskowy kształt ta wojna przybrała we Włoszech. W roli czołowego „obrońcy życia”, sojusznika Kościoła i strażnika moralności wystąpiło tam ugrupowania Sylwio Berlusconiego. Można się zatem świnić po uszy, można całować po butach Putina, można trzepać kasę na emitowaniu dziesiątków półpornograficznych programów telewizyjnych, można z użyciem własnych pieniędzy i mediów zdobywać władzę nad państwem, żeby potem użyć tej władzy do zduszenia korupcyjnych śledztw przeciwko samemu sobie i do uchwalenia dla samego siebie amnestii. Tak przecież zrobił Berlusconi, ta farsowa reinkarnacja Mussoliniego w epoce globalnego kapitalizmu. Ale wystarczy potem pokrzyczeć na „liberalną cywilizację śmierci”, wystarczy nazwać mordercą ojca, który odłączył własną córkę od aparatury w siedemnaście lat po jej śmierci klinicznej, a otrzyma się polityczne poparcie papieża, a miliony milczących owiec będą Berlusconiego uważały za zbawcę.

Łatwość tej obleśnej zabawy ciągle mnie zdumiewa. Choć widziałem oczywiście także zarządzanych w tak samo łatwy i prosty sposób antyklerykałów. Byle polityczny bandzior, byle skorumpowany lewicowy autorytarny watażka stawał się ich idolem, wystarczyło, że nabluzgał coś na „czarnych” i wystąpił, choćby symbolicznie, przeciwko „władzy kleru”.

Ale dzisiaj, nie tylko nad Tybrem, ale także w Polsce, to „obrońcy życia” lubią mówić głośniej. Od czasu nieudanej krucjaty Marka Jurka przeciwko naszej niekonsekwentnej liberalnej konstytucji, wciąż domagają się, aby w katolickim społeczeństwie świeckie prawo było zgodne z nauczaniem Kościoła. Kościół podpisał co prawda konkordat, w którym sam akceptuje oddzielenie własnej instytucji od państwa i prawa świeckiego od własnego nauczania. Ale nasi „bardziej papiescy” uważają konkordat za przejaw ponowoczesnego mięczactwa, podobnie jak Sobór Watykański Drugi czy mszę w narodowych językach.

Gdyby Marek Jurek i jego globalni koledzy od Berlusconiego nie dostali od nowoczesnej świeckiej nauki mikroskopu elektronowego, nie wiedzieliby nawet, skąd bierze się życie i gdzie się zaczyna. Nie mogliby nawet spojrzeć na zygotę, co najwyżej wywodziliby jej istnienie, za pomocą ryzykownych sylogizmów, z pism Arystotelesa. Gdyby nie dostali od nowoczesnej świeckiej nauki medycznych urządzeń do podtrzymywania życia, nie mogliby urządzać swoich pikiet pod szpitalami, w których lekarze i tak walczą o ludzkie życie tak długo, jak to tylko możliwe. Ci ludzie pasożytują na nowoczesności, udając przed lustrem, że żyją w jakiejś innej epoce. Np. w średniowieczu, kiedy państwo co prawda było katolickie, ale błogosławieni, a czasami nawet uświęcani przez Kościół monarchowie mieli całe haremy kochanek, a swoich konkurentów do władzy, często najbliższych krewnych, likwidowali za pomocą trucizny i miecza.

Liberalny świat nauczył się nieporównanie większej wrażliwości. Zwykle nauczył się tej wrażliwości od Chrystusa, do czego współcześni liberałowie nie zawsze lubią się przyznawać, ale przyswoił ją lepiej niż Święci Ludwikowie, święci Burbonowie czy święci królowie hiszpańscy. Nawet Unia Europejska, niepotrzebnie wstydząca się Boskiego imienia, jest pod względem stosowanych standardów, prawa i norm bardziej chrześcijańska niż wszystkie katolickie monarchie średniowiecza i absolutyzmu razem wzięte.

Nie lubię pasożytów, którzy okłamują ludzi - na temat historii, na temat teraźniejszości i na temat przyszłości. Dlatego nie lubię naszych dzisiejszych zideologizowanych „obrońców życia”. Dawni ojcowie Kościoła, wielcy chrześcijańscy filozofowie pracowali na rzecz epok, w których przyszło im żyć. Św. Augustyn bronił swego miasta - zamieszkanego także przez „pogan” – przed barbarzyńcami. Tymczasem Terlikowski, Jurek, Lisicki czy wszyscy włoscy święci od Berlusconiego, nie dołożyli się niczym, ale to dosłownie niczym, do wspólnego liberalnego skarbca wolności i norm, z którego pragnęliby czerpać. Interesuje ich wyłącznie ich własne życie po śmierci, podczas gdy życie przed śmiercią, wspólna liberalna ojczyzna katolików i niewierzących, jest przez nich traktowana z pogardą, jako miejsce zepsucia, jako teren prawno-politycznej krucjaty.