Rzec by się chciało, że usta ministra Grasia przemawiają czystym i zdrowym rozsądkiem. Jego zdaniem polityka w sprawie przyjęcia euro ma odtąd być „wspólna i jednolita", a „obie strony i tak przecież skazane są na kompromis". A jednak roztropność nakazuje raczej ostrożny sceptycyzm. I są po temu przynajmniej trzy dobre powody.

Najpierw ten, że podobną sytuację obserwowaliśmy już z nadzieją w jesieni ubiegłego roku. Prezydent po konsultacjach z premierem i ekspertami deklarował, że euro jest „sprawdzoną walutą światową i jest to stan trwały". Lech Kaczyński miał wówczas tylko jedna obawę: że kurs euroizacji złotówki będzie zbyt wysoki, co doprowadziłoby do „utraty konkurencyjności Polski na całe pokolenie". Przyjęcie euro wartego mniej niż 4 złote Kaczyński określał nawet mianem „zdrady stanu". Nieprzewidywalnie, obawy prezydenta rozwiały się z naddatkiem. I co? Prezydent ma dzisiaj inne obawy. A rebours nie jest wcale zbytnio odmienna postawa premiera. Jeszcze w październiku Tusk z aprobatą mówił o projekcie referendum w tej sprawie wiosną 2009 roku. Gdy okazało się, że lider opozycji uznał to za konieczny i wystarczający zarazem warunek zgody PiS-u, premier wkrótce całkowicie wykluczył referendum, z dziecinnie przewrotną argumentacją, iż nie da się w nim postawić pytania. Po tych doświadczeniach z oboma politykami trudno dzisiaj zbyt łatwo uwierzyć, że chodzi im o to, o co mówią, że im chodzi.

Powód drugi można dostrzec, patrząc na zdarzenia ostatnich dni. We wtorek premier dołączył do licznego grona swoich współpracowników z satysfakcją używających argumentu, że „dziś bylibyśmy bezpieczni, gdybyśmy byli w strefie euro". Jest to argument oczywiście nieprawdziwy, jeśli miałby znaczyć, że zeuroizowana Polska nie byłaby dotknięta przez światowy kryzys. I jest on zarazem oczywiście zasadny w tym sensie, że gdyby rząd PIS-u postępował z większą wyobraźnią, nie wpadlibyśmy dzisiaj w pułapkę upadku waluty. Ale od takich niuansów wolna jest partyjna propaganda. Tak długo jak Kaczyńscy mówią źle o euro, można próbować obciążyć ich odpowiedzialnością za cały kryzys. Młody szef gabinetu premiera chętnie wzmocni tę linię propagandy, oskarżając Głowę Państwa o niekompetencję ekonomiczną. Walczyć o euro jak o zbawienie w kryzysie i polec pod ciosami PiS-owskiego ciemnogrodu, to przecież scenariusz wymarzony dla sztabu Tuska w przyszłym starciu wyborczym. Każde dziecko polskie dowie się wtedy, z czyjej winy tatuś stracił pracę.

>>> Paweł Śpiewak o sporze wokół euro: Teraz to Tusk dzieli Polaków

Ale w tym wszystkim jest jeszcze rzecz najważniejsza. PO i PiS mają istotnie odmienne recepty na kryzys. Premierowi zależy w pierwszej kolejności na zewnętrznym bezpieczeństwie polskiej gospodarki. Dla tego celu gotów jest podjąć podwójne ryzyko: zobowiązać się do ustabilizowania złotówki, co może przekroczyć jego możliwości, i odciąć sobie wszelką szansę przerzucenia się na politykę pobudzania gospodarki, gdyby recesja okazała się bardzo głęboka. Co tu dużo mówić, oba ryzyka są znaczne. Lecz z perspektywy Kaczyńskich - jest to nie tylko ścieżka nieprzewidywalnego ryzyka gospodarczego. To także konieczność nałożenia sztucznej z ich punktu widzenia i zapewne długotrwałej blokady na postulowaną przez PiS już od dziś politykę zwiększonego deficytu i realnego zwalczania recesji.

Tak więc zgoda na względnie szybką ścieżkę do euro zmusza PiS do wycofania się z wygodnej roli „obrońcy ludu" podczas kryzysu. A przynajmniej odbiera mu wiarygodność w tej roli. Owszem, skutek tego nie byłby zły dla kraju. Ale nie udawajmy, że w logice międzypartyjnej rywalizacji byłby to także świetny partyjny interes PiS-u. Dla obu stron są to więc decyzje wymagające odwagi. I właśnie dlatego nie należy pochopnie oskarżać żadnej ze stron o „frazesy, demagogię i pseudonaukowe rozważania". Nawet jeśli na odległość widać, że obie lawirują, zwodzą i kluczą.

>>> Grzegorz Miecugow: Rząd przespał kwestię euro