Trzeba zacząć od tego, że Polska jest znaczącym elementem światowej sceny gospodarczej. I kryzys tego nie zmieni, kryzys też przecież w końcu kiedyś minie. Według różnych zestawień potencjał naszej gospodarki zasługuje na 25 - 30 miejsce na świecie. A rząd ma do zaoferowania sporo: procesy prywatyzacyjne, wielkie inwestycje infrastrukturalne, częściowo finansowane z Unii, czy też najróżniejsze operacje finansowe, emisje obligacji i tak dalej. Będąc partnerem Polski, w tego typu przedsięwzięciach można naprawdę nieźle zarobić.
I w związku z tym nasuwa się pytanie, czy instytucja, która teraz tak skutecznie, ale – trzeba to podkreślić – całkiem legalnie destabilizuje rynek złotego, powinna być
partnerem polskiego rządu?
Wiem, że zadawanie tego rodzaju pytań jest stąpaniem po cienkim lodzie, olbrzymia bowiem część kwestii związanych z partnerstwem dla przedsięwzięć rządu jest rostrzygana w ramach
przetargów. Żeby było więc jasne: nie chodzi tutaj ani o bojkot, ani o dyskryminację, ani o tym bardziej o wyrzucanie kogokolwiek z Polski. Widzimy, co się dzieje, patrzymy wam na ręce i wcale nie jesteśmy z tego zadowoleni.
W robieniu każdego rodzaju interesów oprócz rzeczy mierzalnych i policzalnych liczą się bowiem również rzeczy niepoliczalne i niemierzalne. Myślę tutaj o kwestii zaufania i reputacji. A Proszę sobie wyobrazić, co by się działo w mediach, gdyby w najbliższym czasie taki spekulant zdobył jakiś lukratywny kontrakt rządowy. Ale też mówiąc z innej strony: czy rząd może mieć zaufanie do instytucji, która jeszcze przed chwilą pogrążyła kraj w gigantycznych kłopotach?
Być może taka instytucja stanie do jakiegoś przetargu, przedstawi najlepszą ofertę i go wygra. Ale też być może przedtem pięć razy się zastanowi, z czego może mieć większe korzyści – z doraźnej gry na złotym czy z długiej i pewnie per saldo znacznie bardziej lukratywnej współpracy z polskim państwem. A to będzie utrudnione w sytuacji całkowicie zszarganej reputacji i nienawiści przynajmniej części społeczeństwa dotkniętej perturbacjami na złotym.