Groźba zwolnień może dotyczyć w najbliższym czasie nawet 100 tysięcy osób. Wszystko przez wadliwe rozwiązania, które miały pomóc firmom i zatrudnionym w nich ludziom przetrwać czasy kryzysu. Pozwoliły one pracodawcom na podpisywanie nawet kilkunastu z rzędu umów na czas określony, a nie, jak dotychczas, najwyżej dwóch. Autorzy przepisów obarczyli je jednak pewnym rygorem – umowy terminowe można podpisywać nie dłużej niż przez dwa lata. Efekt jest taki, że przed upływem 24 miesięcy od uchwalenia przepisów antykryzysowych (termin ten minie 22 sierpnia 2011 r.) firmy mogą rozwiązywać umowy na czas określony, aby nie przekształciły się one w stałe kontrakty. I tak normy, które miały chronić przed zwolnieniami, mogą teraz doprowadzić do masowych redukcji etatów. O tym mówią nam sami przedsiębiorcy.

Lista porażek związanych z funkcjonowaniem ustawy antykryzysowej jest jednak dłuższa. Ustawa była spóźniona, bo poprzedzały ją półroczne negocjacje, i weszła w życie już po okresie największego spowolnienia gospodarczego. Po drugie, wymagania, jakie stawiała firmom, były tak ostre (np. 25-proc. spadek obrotów przez trzy kolejne miesiące, brak zaległości podatkowych i ubezpieczeniowych, uzyskanie zaświadczenia o przejściowych trudnościach finansowych, gwarancje zatrudnienia dla pracowników), że te decydowały się na samodzielną walkę z kryzysem.

W rezultacie na pomoc pracodawcom zagrożonym upadłością przez blisko dwa lata wydano zaledwie 17,7 mln z 950 mln zł zarezerwowanych na ten cel. Twórcy ustawy mogą oczywiście tłumaczyć to tym, że firmy po prostu nie potrzebowały pomocy, więc o nią nie wnioskowały. Problem jednak leży raczej gdzie indziej.

Odmienne zdanie niż ustawodawcy mogą mieć właściciele zakładów z branży meblarskiej czy motoryzacyjnej, które w początkach 2009 r. najbardziej dotknął kryzys i które na własny koszt musiały wprowadzać przestoje w produkcji.

O tym, że przepisy regulujące umowy na czas określony, są nieczytelne i że w ciągu dwóch lat mogą wywołać falę zwolnień, było już wiadomo w momencie przyjmowania ustawy. Od tamtej pory do dziś nie powstał jednak projekt, który naprawiłby błędy.

Co więcej, wobec sprzeciwu związków zawodowych i biernej postawy rządu minimalne szanse na wprowadzenie bezterminowe mają te rozwiązania antykryzysowe, które się sprawdziły (np. wydłużanie za zgodą pracowników okresów rozliczeniowych czasu pracy).

W rezultacie gdy w przyszłości znów przeżyjemy spowolnienie gospodarcze, ponownie może się okazać, że polskie firmy z kryzysem muszą sobie radzić same. A pracownicy powinni się bać o swoje etaty.