Takim czarnym łabędziem były upadek banku Lehman Brothers i konsekwencje tego bankructwa w postaci globalnej recesji w 2009 roku. W latach 2010–2013 banki centralne drukowały pieniądze jak szalone, żeby nie dopuścić do pojawienia się kolejnych czarnych łabędzi. Do tej pory się udawało: strefa euro się nie rozpadła, poza Grecją żaden inny kraj nie zbankrutował, a obligacje krajów południa Europy przyniosły spore zyski mimo szybko rosnącego zadłużenia, recesji i kryzysu politycznego w niektórych z nich.

CZYTAJ TAKŻE: Pięć pytań, pięciu ekonomistów. Gwiazdowski, Petru, Sadowski, Kuczyński, Orłowski prognozują 2014 rok w gospodarce >>>

Cztery lata to długi okres, wystarczająco długi, żeby w wyniku masowego druku pieniądza i zerowych stóp procentowych narosły nieprawdopodobne patologie na wielu rynkach. Bańki spekulacyjne na rynkach akcji, obligacji, kredytów czy nieruchomości mogą wkrótce wejść w fazę dojrzałą, gdy silnie wzrośnie prawdopodobieństwo ich pęknięcia. Wiele symptomów temu sprzyja, mali inwestorzy zaczęli lokować pieniądze w coraz bardziej ryzykowne aktywa, to sygnał dla banksterów, żeby zacząć się powoli wycofywać, zgarnąć zyski i zostawić zwykłych ludzi z abstrakcyjnie wycenionymi akcjami lub nieruchomościami. Nie pierwszy raz i nie ostatni tak potoczy się historia.

Problem z 2014 rokiem polega na tym, że może w tym okresie pojawić się nie jeden, ale wiele czarnych łabędzi. Jeżeli żaden się nie pojawi, będziemy mogli mówić o wyjątkowym szczęściu. Ale każdy rok druku pieniądza wprawdzie przesuwa w czasie to, co nieuniknione, czyli bardzo bolesną fazę globalnego oddłużania krajów, firm i ludności, również w postaci serii bankructw, lecz także zwiększa skalę krachu finansowego, który nastąpi. Oczywiście za każdym razem, gdy światowe finanse będą się walić, do gry wejdą banki centralne. Ale mają coraz mniej możliwości działania, stopy procentowe są zerowe, pieniądz drukuje się od lat, bańki cenowe narastają. Gdyby banki centralne chciały zwiększyć skalę interwencji albo wprowadzić ujemne stopy procentowe, to po kilku miesiącach mielibyśmy katastrofę finansową biblijnych rozmiarów. Po prostu w minionych 30 latach powstało tyle długów, że światowa gospodarka nie jest w stanie tego udźwignąć. A proces oddłużania będzie trwał przez dekadę. I będzie nieprzyjemny.

To oznacza, że w 2014 roku można spodziewać się takich wydarzeń jak: słaby wzrost w USA, nawrót recesji w strefie euro, kolejne bankructwo Grecji, interwencje EBC w celu ratowania krajów południa Europy czy kłopoty w Chinach w związku z olbrzymią skalą złych długów, które spowodują spadek tempa wzrostu w tym kraju po raz pierwszy od dekad poniżej 7 proc.

W Unii będą wybory do Parlamentu Europejskiego, okaże się, że partie sceptyczne wobec Unii otrzymają bardzo dużo mandatów. W takich warunkach znacznie trudniej będzie dalej forsować integrację, unia bankowa i fiskalna pozostanie tylko na papierze. To zwiększy ryzyko kłopotów na południu Europy.

Dla Polski oznacza to niższe tempo wzrostu niż prognozowane w budżecie 2,5 proc. Inflacja również pozostanie niska. Gdy wyląduje czarny łabędź – albo kilka – nastąpi silny odpływ kapitału, oprocentowanie obligacji polskiego rządu silnie wzrośnie, a złoty się osłabi. Demontaż OFE dobije i tak idącą na południe polską giełdę, na WIG20 i WIG30 z przodu zobaczymy jedynkę.

To tylko niektóre z moich prognoz na 2014 rok. Pełen zestaw znajduje się na moim blogu. Niestety to będzie bardzo nerwowy rok. Oczekiwania są optymistyczne, a prognozy konsensualne wskazują na ożywienie. Dlatego tak nieprzyjemnym zaskoczeniem będzie pojawienie się czarnego łabędzia. Lub kilku.