Robert Sowa latami ciężko pracował na swoją pozycję. Karierę gastronomiczną rozpoczął w rodzinnym Krakowie - najpierw jako kelner potem kucharz. Tuż przed 1989 roku wyjechał do Austrii, gdzie terminował u słynnej w branży hotelarsko-gastronomicznej rodziny Kammerlander w tyrolskim Gerlos i Rasthaus Muehle w Bad Ischl.

Po powrocie do Polski osiadł w hotelu "Jan III Sobieski" i szefował tamtejszej kuchni przez 17 lat.  W tym czasie nie tylko gotował, ale inwestował we własny wizerunek - mistrza kuchni i kreatora wykwintnych smaków. Przez lata był kucharzem polskiej reprezentacji, a od 2009 do 2012 skomponowane przez niego menu było serwowane w samolotach Polskich Linii Lotniczych LOT. Pisał książki, kręcił programy telewizyjne w największych stacjach i coraz mocniej "błyszczał". 

Jego medialna kariera jest imponująca. Robert Sowa gotował już z Polskim Radiem w ramach ich słynnej letniej trasy, współpracował z Radiem ZET, miał własny kącik kulinarny w śniadaniowym programie TVN, a potem w TVP, dowodził nawet kulinarnym reality show.

Jego życiorys aż kipi od kulinarnych laurów - w roku 2004 wspólnie z Maciejem Kuroniem i Marcinem Budynkiem, Sowa ustanowił rekord Guinnessa w kategorii największa grillowana ryba, a w roku 2008 z Maciejem Kuroniem i Jarosławem Uścińskim - w kategorii największy symbol euro z sushi. Ponadto właściciel najgłośniejszej dziś restauracji w Polsce ma tytuł honorowy Kulinarnego Instytutu Francuskiego, jest też laureatem prestiżowej nagrody „Oskar Kulinarny". Wszystkie jego sukcesy, odznaczenia i narody długo by wymieniać.

W 2010 roku - jak mawiał w wywiadach - spełniło się jego największe marzenie. Sowa otworzył autorską knajpę na warszawskim Dolnym Mokotowie. 

Restaurację "Sowa i Przyjaciele" natychmiast odwiedzać zaczęły VIP-y - rekomendacje słynnemu szefowi wystawiła nie tylko celebrycka śmietanka, ale i polityczne VIP-y.

-Zgadza się, bywały tutaj. W sumie to trochę tak, jakby spytać, czy Pani wicepremier miała u mnie urodziny – przecież wszyscy wiedzą, że miała - przyznał w wywiadzie z Onet.pl Robert Sowa już po wybuchu afery podsłuchowej.

Nie dziwi więc, że to właśnie w jego restauracji nagrano opublikowane przez "Wprost" rozmowy prominentnych polityków, w tym spotkanie szefa NBP, Marka Belki i ministra spraw wewnętrznych, Bartłomieja Sienkiewicza. CZYTAJ WIĘCEJ>>>

Sowa zarzeka się, że nie miał o tym zielonego pojęcia, a podsłuchową aferę przypłacił zdrowiem. W oświadczeniu Robert Sowa przekonywał, ze nie zajmuje się polityką, tylko "serwowaniem potraw w najlepszym wydaniu". W wywiadach zapewniał też, że swój personel zna od kilku lat i starannie ich sprawdzał - zwłaszcza menedżera VIP Roomów, gdzie zasiadali politycy.

Ale to właśnie ten człowiek został aresztowany przez ABW. Media szybko doniosły, że Łukasz N. wcześniej opiekował się VIP-roomami w innej warszawskiej knajpie i to on wysyłał politykom SMS-y z zaproszeniami do restauracji szefa.

Od wybuchu afery medialne zainteresowanie restauracją słynnego kucharza zmieniło swój charakter. Mało kogo interesuje dziś menu w knajpie, jej wystrój czy kuchenna filozofia właściciela. Większość dziś pyta, kim są tajemniczy "przyjaciele", którzy założyli z nim knajpiany biznes. Już nie jest kolorowo i miło jak w telewizji śniadaniowej.

Zaczęło się prześwietlanie. Dziennikarze zdążyli już opisać nie tylko szemraną historię samego miejsca, które wybrał Sowa, ale doszukać się rosyjskiego wątku w jego działalności.

Jak pisze portal tvp.info restauracja "Sowa i Przyjaciele" pojawiła się w miejscu kultowej knajpy Dolnego Mokotowa "Karczmy Słupskiej". Jej częstymi gośćmi byli przedstawiciele gangu mokotowskiego. Stołeczny gang urządził tam swego rodzaju punkt konsultacyjny, gdzie m.in. ustalano strefy wpływów. – Wtedy nikt nie bał się żadnych podsłuchów czy potajemnych nagrań. Poza tym, to były czasy, że zawsze można się było wyłgać ze swych słów lub zapłacić za spokój – opowiada tvp.info Jarosław Sokołowski ps. Masa, świadek koronny, który pogrążył gang pruszkowski.

Dopiero, gdy "Karczma Słupska" została sprzedana i przejął ją Robert Sowa, gangsterzy zmienili miejscówkę.

Portal wPolityce.pl napisał z kolei o zagadkowym adresie, z którego korzysta spółka - Studio Kulinarne Roberta Sowy - Otóż gdy w oficjalną rządową wyszukiwarkę wpisać odpowiedni numer REGON, okazuje się, że Robert Sowa wybrał bardzo ciekawe miejsce na lokalizację swojej firmy - czytamy w portalu.

Chodzi o budynek przy ul. Sobieskiego 100 w Warszawie, należący do Federacji Rosyjskiej i nazywany "szpiegowem", ze względu na mieszczący się tam Club 100, do którego dostęp mają jedynie posiadacze rosyjskiego paszportu.

Sam Sowa w wywiadach podkreśla, że jego restauracja jest najbezpieczniejsza w Polsce, bo "sprawdzana jest z każdej strony" i ma nadzieję że klientów nie straci. PR-owcy mają na ten temat różne zdania, Jedni wieszczą Sowie i jego knajpie sukces, twierdząc że dzięki aferze tylko zyska na popularności i przejdzie do historii, niczym "Pędzący królik", inni są bardziej sceptyczni.

-Nawet jeśli okaże się, że menedżer restauracji nie jest zamieszany w sprawę, to Sowa i Przyjaciele ma przed sobą trudny okres i ciężko będzie będzie wyjść z niego zupełnie obronną ręką. Co więcej, afera taśmowa może też zaszkodzić innym restauracjom, do których chętnie przychodzili politycy i biznesmeni - mówi Marta Biernacka - Miernik z Agencji Medialnej i dodaje, że przynajmniej przez jakiś będą oni zdecydowanie bardziej ostrożni w podejmowaniu kontrowersyjnych tematów w takich lokalach.

*autorka nie jest spokrewniona z Robertem Sową