Jak wiemy, słabe demokracje europejskie w okresie międzywojennym z różnych względów nie potrafiły lub nie chciały dostrzec tego, co mówił Hitler i co w latach 30. po objęciu władzy robił. Wydawało się to nieprawdopodobne, on sam był początkowo lekceważony albo podziwiany, bo dokonał w Niemczech cudu gospodarczego. Miał też wielu umiarkowanych zwolenników w całej Europie, antysemitów czy tylko zwolenników silnej władzy, co nie było w okresie owej fatalnej demokracji tak bardzo dziwne. Niektórzy jednak doskonale, jak Churchill, od początku widzieli i słyszeli. Podobnie Piłsudski. Nie słuchano ich albo musiało minąć kilka dobrych lat i musiała rozpocząć się wojna z Polską, żeby Churchilla posłuchano. Europa wiedziała, o co chodzi Hitlerowi, wiedziała, czego chce, tylko nie wierzyła, że tego dokona. Nawet Mussolini nie wierzył, że Hitler zaatakuje Polskę, i mu to odradzał. Innymi słowy, mieliśmy do czynienia z sytuacją intelektualnie i politycznie jasną, zawiodła zdolność zrozumienia prostych słów i zawiodła stanowczość reakcji.

Obecnie mamy do czynienia z przywódcą politycznym, dla którego prawda i kłamstwo nie istnieją. To sprawia przywódcom Zachodu ogromny kłopot, bo nie potrafią tego pojąć. Jesteśmy bowiem nauczeni, że ludzie mówią do nas prawdę albo co najmniej część prawdy. Potem gotowi jesteśmy w rzadkich przypadkach, kiedy nas okłamali, im to wytknąć i albo zerwać z nimi stosunki, albo wystąpić na drogę sądową. A skoro już nas okłamali, to nie będziemy z nimi więcej rozmawiali, bo rozumiemy, że mija się to z celem.

ZOBACZ TEŻ: "Times" porównuje Putina do Stalina: Rosja to państwo gangsterskie>>>

Jak jednak zachować się wobec jawnych kłamstw przywódcy wielkiego państwa? Kultura europejska nie daje nam w tym zakresie żadnych wskazówek. O ile tych, którzy ulegali Hitlerowi, można uznać za podłych i – często – głupich, o tyle przywódcy zachodni tacy nie są. Już wiedzą, że Putin kłamie, ale nauczyli się dzięki zachodnim rządom prawa, że kłamstwo trzeba udowodnić. Kiedy więc jakiś polityk wyjdzie przed szereg i nazwie zachowanie Putina po imieniu, natychmiast pojawiają się głosy, że tak nie można, że lepiej rozmawiać, niż antagonizować przywódcę Rosji.

Rozumiem, skąd się bierze taka postawa, ale jeżeli nie zdołamy przezwyciężyć odruchowej logiki i dobrej woli, to będziemy musieli albo sami nauczyć się kłamać, albo poddać się temu, kto kłamie. Obie sytuacje byłyby wysoce niefortunne. Przecież mamy dowód w postaci aneksji Krymu. Czy czegoś więcej potrzeba? Czy nie jest to dostateczny argument, że Putin kłamie? Ale widocznie potrzebny jest następny dowód kłamstwa.

Jeżeli zatem, co można zrozumieć, Zachód nie chce wysyłać wojsk na Ukrainę, musi wysłać tam grupy specjalne, które zdołają przeprowadzić prawdziwy wywiad i poinformować, jak jest. Czy Rosja ingeruje na całego w tę wojnę, czy nie? Obserwatorzy OBWE i podobne kroki to tylko próby znalezienia alibi, a nie stwierdzenia prawdy. Żadne rozmowy z udziałem Putina nie doprowadzą do istotnych skutków, dopóki jego jawnym kłamstwom i kluczeniu nie przeciwstawi się prawdy o faktach.

Doskonale rozumiem, jakie to jest trudne, ale chyba mniej niebezpieczne niż zaangażowanie się w wojnę. Nie jesteśmy w takiej sytuacji jak w latach Monachium. Europa jest silna, Stany Zjednoczone są gotowe do działania. Wszyscy chcą obronić Ukrainę przed upadkiem. Nie ma jednak wyjścia. Trzeba zakończyć rozmowy i rozpocząć spór o fakty, o Krym i o zaangażowanie Rosji na Ukrainie. To jest polityczna wojna o prawdę. Minimalne ryzyko jest niezbędne po to, żeby potem rozmowy mogły być prowadzone z pozycji prawdy. Nie możemy ulec kłamstwu, nie możemy z nim toczyć dialogu.

Nie ma takiej sytuacji, jak w czasach Monachium. Europa jest silna, USA gotowe do działania