Nie dziwi więc też opór rodziców przeciwko reformie, która posłała do szkół sześciolatki. Nie czas tu rozstrzygać, która ze stron miała rację, bo sensowne argumenty znajdziemy zarówno wśród jej zwolenników, jak i przeciwników. Ale jest jak jest, mleko już się rozlało. Możemy za to zastanowić się nad skutkami obywatelskiego oporu. A są one takie, że w nadchodzącym roku szkolnym będziemy mieć do czynienia z megakumulacją. Inaczej jednak niż w totku, szczęśliwego zakończenia tu nie będzie.

Do szkół trafią obowiązkowo wszystkie dzieci z 2009 r., połowa z 2008 i spora grupa tych, którym rodzice załatwili w zeszłym roku odroczenie. To dużo za dużo. Szkoły nie są z gumy i system dwu-, a w ekstremalnych sytuacjach nawet trzyzmianowy, dla najmłodszych stanie się w wielu z nich obowiązkowy. Nie wyobrażam sobie, by sześciolatek, przyprowadzony o ósmej rano, a zaczynający lekcje np. o 14, po wielu godzinach na przepełnionej świetlicy był w stanie cokolwiek przyswoić. I strasznie mi ich żal.

Pewnie gdyby część z nich zagościła w murach szkolnych rok temu, sytuacja byłaby trochę lepsza, choć oczywiście nieidealna. Ale nic to. Najważniejsze, że znów byliśmy mądrzejsi od władzy. Szkoda, że kosztem dzieciaków.