DOMINIKA ĆOSIĆ: Czy jest pytanie, którego Pana najbardziej frapuje, na które nie zna Pan odpowiedzi?

PROF. JAN MIODEK: Tak. Skąd pochodzi słowo „cymbergaj”. Tysiącom ludzi stawiałem to pytanie. Cymbergaj był grą mojego dzieciństwa, w której byłem bardzo dobry. Wygrywałem w klasie z kolegami, tworzyłem drużynę cymbergaja. To coś porównywalnego do gry w piłkę nożną na stole. W artykułach pytałem czytelników, czy wiecie może skąd pochodzi to słowo. Do dziś nie znalazłem odpowiedzi. Nie wiem skąd pochodzi.

To może powinien Pan zadać to pytanie na Twitterze? Twitterianie…

Twitterianie? Piękne słowo!

… prosili mnie, by Pana zapytała, czemu Pan nie ma konta na Twitterze?

Bo bym zwariował. Ja już i tak mam urwanie głowy. Przychodzę do pracy rano, a moja współpracownica pyta, ile z maili przesłać na mój prywatny adres. Odpowiadam, że wszystko, bo nie mam sumienia pozostawić ludzi bez odpowiedzi. I proszę pani przychodzę z pracy i czasem jeszcze przed obiadem mam 20-30 maili z pytaniami. I staram się na nie od razu odpowiadać. Gdybym miał w dodatku jeszcze konto na Twitterze, to nie miałbym już na nic czasu.

A o czym ludzie do Pana piszą? Jakie najczęściej stawiają pytania?

Bardzo różne, czasami tak banalne, by nie powiedzieć głupie, jak „Jak się piszę który?”. Staram się odpisywać grzecznie, w przypadku takich pytań odsyłając do słownika ortograficznego, ale czasem irytacja moja rośnie. Ostatnio jedna z pań, której w ten sposób odpisałem, zarzuciła mi, że ją obraziłem. Bo odesłałem do słownika. Ale te listy są ważne też dlatego, że pokazują ogólniejsze zjawiska. Jestem coraz bardziej przerażony, bo ludzie nie umieją odmieniać nazwisk. Rozumiem jeszcze, że można mieć problemy z odmianą nazwiska Pietraszko załóżmy, ale z prostszymi? Tu kobiety są lepsze. Piszą do mnie ze skargą, że one chcą zaprosić państwa Nowaków, Miodków, czy pana Nowaka na obiad, a mąż każe im zaprosić państwa Nowak, Miodek i pana Nowak. Pytają, kto ma rację. No oczywiście, że to one mają rację!

Ale czy zawsze? Przyznam się Panu przyznam do błędu. W mojej poprzedniej redakcji pracował redaktor Kozioł. I kiedy przyszłam po raz pierwszy, zapytałam czy zastałam redaktora Kozła. Na co usłyszałam „Kozła nie, ale Kozioła tak”.

Nie popełniła pani najmniejszego błędu. można odmienić Kozioła, ale i Kozła. Tak jak Gołębia. Te nazwiska pochodzące od nazw zwierząt można odmieniać na dwa sposoby: tak jak zwierzęta, ale też według specjalnego paradygmatu. Czyli pana Gołąba, ale i pana Gołębia. Aczkolwiek trzeba być powściągliwym z tym, bo za chwilę byśmy mówili Boreka czy Miodeka.

A nie drażni Pana jakże częsta fraza na chwilę obecną, na dzień dzisiejszy?

Pewnie, że mnie razi. Poza sytuacją, gdy słyszę komunikat „stan Twojego konta na dzień dzisiejszy”. Ale drażni mnie szczególnie, gdy słyszę, że ktoś „na dzień dzisiejszy” czegoś nie zrobił. On po prostu „do dziś” czegoś nie zrobił.

A jak wyjazdy zagranicę wpływają na naszą polszczyznę? Myślę o polszczyźnie ludzi, mieszkających przez jakiś czas za granicą.

Myślę, że silną osobowością nic nie zachwieje, także jeśli chodzi o piękno języka. Poznałem w Stanach Zjednoczonych panią, która wyjechała tam, jako kilkuletnia dziewczynka wraz z ojcem dyplomatą, w 1935 roku. I do tej pory pięknie mówiła nie tylko ładną, ale wręcz wzorową polszczyzną. Mówiąc inaczej, ludzie o osobowościach słabszych, w dodatku z ciągotkami snobistycznymi już po miesiącu pobytu za granicą będą, pokazując na przykład na lampę, pytać: „Jak to się u was nazywa”. Bo będą udawać, że zapomnieli słowa.

Ale czy to się przenosi do Polski? Czy ci ludzie zmieniają polszczyznę, wracając z zagranicy i włączając do polskiego słowa anglojęzyczne? Bo zauważył Pan pewnie, że teraz ludzie chodzą na lunche, eventy, briefingi, a wieczorami na recepcje. Choć są przecież polskie odpowiedniki tych określeń…

To raczej wina korporacji. Jeśli można mówić o zaśmieceniu polszczyzny, to właśnie to zjawisko. Co gorsza, tworzone są hybrydy: bo podstawa słowotwórcza jest angielska, a przedrostek polski, swojski. Tego jest teraz najwięcej. Oczywiście najczęściej wśród tych korpoludków. O języku korporacyjnym się coraz częściej pisze, bywam zapraszany na spotkania poświęcone językowi, a organizowane właśnie dla tych środowisk. Odpisuję sobie kolejne słowa. I powiem otwarcie, nie ma w Polsce środowiska, które by tak gwałciło język polski. Bo te hybrydy to jest po prostu gwałt na polszczyźnie. Ona oczywiście świadczy o zakorzenieniu tych zwrotów w języku. Nie lubimy jednak hybryd. Każdy językoznawca powie, że wymiennie z termometrem można używać słowa ciepłomierz. Ale ciepłometr lub termomierz w żadnym wypadku.

Osobnym przypadkiem jest w tym kontekście eurożargon, który słyszę, a i sama się nim czasem posługuję, w Brukseli. Jak się Panu podoba zdanie wypowiedziane na konferencji prasowej przez jednego z naszych dyplomatów „w transpozycji i implementacji acquis communautaire mamy mixed rekord”?

Okropnie to brzmi. Ten żargon to faktycznie odrębny problem, zresztą też mówi się o tym coraz częściej i są też organizowane specjalne konferencje.

A jaka jest nasza codzienna polszczyzna? Splugawiona?

Niestety tak. To nad czym ubolewam i podkreślam to język tramwajów, pociągów, Internetu, boisk, ale też mediów i polityki. Wulgarny, agresywny i nienawistny. Inwektywy weszły do języka publicznego i zadomowiły się w nim. Podobnie jak żargon młodzieżowy. Już nikogo nie gorszy jak gwiazdka mówi na koncercie czy w czasie programu telewizyjnego „kochani, jesteście zajebiści!”. Jak to okropnie brzmi, nie znoszę tego przymiotnika, bo fonetycznie jest dla mnie odrażający. Dawniej się mówiło „Polak Polakowi bratem”. Dożyliśmy czasów, kiedy zapomniano o sensie tego powiedzenia. Nie można powiedzieć czegoś krytycznego, bo od razu człowiek staje się wrogiem, którego trzeba zbluzgać błotem, zniszczyć. Obrzucić tym tak zwanym hejtem. I w porównaniu z tym błędy typu „przyszłem” stają się błahostką.

To także język polityki i mediów.

I to jest najgorsze. Bo jeśli można jeszcze wybaczyć zwykłym ludziom obelgi, o tyle od polityków i dziennikarzy ma się wyższe wymagania.

A feminizowanie w stylu zamiast pani minister ministra podoba się Panu?

Jeszcze w latach 70. mieliśmy dyrektorki, reżyserki, tłumaczki, reporterki. Potem pojawiły się panie dyrektor, reżyser, tłumacz, reporter. W przypadku tych wyższych stanowisk typu dyrektor/ka, profesor używanie formy męskiej jakoś nobilitowało, sprawiało poważniejsze wrażenie. Forma ministra razi mnie, ja tego nie czuję. Ale jeżeli popatrzymy na Czechów, którzy mają ministerki i Niemców, którzy mają kanzlerin to widać, że tam języki idą w stronę feminizacji. Osobiście bardziej by mi pasowała forma ministerka.

Panie Profesorze, a zna Pan memy z Panem w roli głównej w stylu „Stary Sącz”?

Znam i powiem szczerze, że mnie bawią. Bo świadczą o tym, że są ludzie umiejący sprawnie posługiwać się polszczyzną i podchodzący do niej w nowatorski sposób. To jest coś, co cenię.