MARIUSZ JANIK: „Za chwilę wszyscy będziemy żyć po rządami szariatu” – straszą się Polacy na internetowych forach. Strach się bać, prawda?

PROF. JERZY ZDANOWSKI*: Cóż, widać w tym wielką niewiedzę: o samym prawie muzułmańskich, ale i o Bliskim Wschodzie, skąd przybywa teraz wielu imigrantów.

Szariat brzmi groźnie. A co to jest właściwie?

Sprawa podstawowa – prawo muzułmańskie, w porównaniu choćby do jakichś europejskich praw, ma zupełnie inny charakter. Nie jest ujęte w formie jednej czy kilku ksiąg, powiedzmy kodeksów. To prawo niepisane, zestaw norm czy zachowań, określających poprawność religijną, obyczajową, społeczną i polityczną…

Ach, więc jednak wiemy, co nam wolno, a czego nie…

Nie, nie istnieje zestaw jasnych norm i wytycznych. To, co jest dozwolone (halal) i zabronione (haram) definiują – na podstawie swojego zrozumienia religii i jej świętych ksiąg – ludzie znający te święte teksty.

Jacy ludzie?

Generalnie: sędziowie, ale i teolodzy. Szariat to interpretacje zapisów Koranu i hadisów, przypowieści o życiu Proroka Mahometa. Tych interpretacji dokonują ludzie przygotowani do ich interpretowania. I tu mamy pierwszy problem: skoro to interpretacje, a więc rozumienie świętych tekstów, to możemy sobie wyobrazić, że te interpretacje – w świecie muzułmańskim liczącym półtora miliarda ludzi, od Maroka po Filipiny – mogą być najrozmaitsze. Innymi słowy, nie ma jednego szariatu, nawet jeśli w niektórych kwestiach uniwersalnych – jak choćby zabójstwo, gdzie karą nieodmiennie będzie wyrok śmierci dla sprawcy – interpretacje będą podobne.

O ile dobrze pamiętam, zabójcy – bywało – potrafili się wykupić…

Bywało – ale to już praktyka nie opierająca się na szariacie, lecz na bazie prawa zwyczajowego. To kolejny problem z rozumieniem szariatu. Prawo muzułmańskie, interpretacje świętych tekstów w odniesieniu do konkretnych sytuacji społecznych, politycznych czy religijnych, na wielu obszarach nie występuje w czystej postaci. Na terytoriach plemiennych, wiejskich bywa, że szariat miesza się z prawem zwyczajowym, datującym się zwykle jeszcze sprzed narodzin islamu.

W tym świecie funkcjonują zarówno sądy, działające jak w Europie, w mniejszym lub większym stopniu nawiązujące do europejskiego prawa itd. Ale poza miastami funkcjonują też nieformalne struktury - na terenach koczowniczych, by rozstrzygnąć spór, idzie się do miejscowego szejka.

A szejk zagląda do Koranu i wyrokuje jak sędzia z miasta?

Tu dochodzimy do kolejnego problemu. Generalny stereotyp mówi, że szariat opiera się na Koranie. Eksperci oceniają jednak, że około 60 procent sytuacji, jakie reguluje prawo muzułmańskie, nie da się rozstrzygnąć w oparciu o Koran. O takich sytuacjach mówią zwykle hadisy – dosłownie „opowiadania”, o Mahomecie i jego czasach, o tym, jak Prorok komentował jakąś sytuację z życia. Islam wymagał stworzenia takiego źródła prawodawstwa dla rozmaitych dziedzin prawa – jeśli chrześcijaństwo rodziło się w otoczeniu, w którym funkcjonowały już prawa rzymskie, islam rodził się w prawnej pustce.

Słyszałem kiedyś, że można doliczyć się nawet dwustu tysięcy rozmaitych hadisów. Tylko że nie wszystkie są uznawane za „kanoniczne”.

Podobnie jak z ewangeliami, z których w końcu tylko cztery uznano za kanoniczne. Uśredniając, w rozmaitych krajach, w badaniach rozmaitych teologów za kanoniczne uznaje się około dziesięciu tysięcy hadisów.

Jest co zakuwać.

Owszem. Mam w szafie taki zbiór hadisów liczący około dziesięciu tysięcy opowiadań. To hadisy poklasyfikowane według różnych grup problemów: dotyczą spraw religijnych, małżeństw, spraw handlowych, kryminalnych. Kairski sędzia w odpowiedniej chwili sięgał do swojej szafy, wyjmował taki zbiór i interpretował któryś z hadisów. A gdy sytuacja była zbyt skomplikowana, mógł jeszcze naradzać się z innymi sędziami i podejmować decyzję kolektywnie. Popularne jest też wyrokowanie poprzez analogie, precedensy. Łatwo można sobie zatem wyobrazić, że wyroki wydawane w sądzie w dzielnicy wyższych sfer z Kairu, gdzie następuje szerokie zderzenie z innymi modelami życia, cywilizacją zachodnią, będą inne niż wyroki sędziego funkcjonującego na terytoriach plemiennych, w społecznościach koczowniczych.

Różnice występują również między poszczególnymi państwami.

Tak, po upadku Imperium Osmańskiego nowe państwa arabskie zaczęły szybko odchodzić od prawa muzułmańskiego. W całym świecie muzułmańskim są dziś jedynie dwa państwa, które w pełni opierają swój system prawny na szariacie: to Arabia Saudyjska i Katar. W pozostałych bywa różnie, ale nie ma tak, by wszystkie dziedziny życia społecznego, gospodarczego czy politycznego były regulowane prawem muzułmańskim. W Egipcie, Iraku, Syrii, w Turcji, a nawet w Iranie nastąpiła daleko posunięta sekularyzacja prawa, tamtejsze kodeksy są oparte na kodeksach europejskich. W kairskim sądzie, w którym byłem, na kilka wydziałów – cywilny, gospodarczy, karny, rodzinny – tylko ten ostatni był powiązany z prawem muzułmańskim. Ba, w Tunezji nawet prawo rodzinne do Arabskiej Wiosny funkcjonowało w oparciu o analogiczne prawo europejskie.

I jak sobie radził kairski sędzia?

Byłem świadkiem takiej sprawy: rodzina spierała się o majątek pozostawiony przez zmarłego męża i ojca. Na rozprawę przyszedł sędzia – to z reguły są ludzie wykształceni tak w zakresie prawa i filozofii prawa europejskiego, jak i biegli w prawie muzułmańskim. Wysłuchał stron, wyjął zbiór hadisów i przeczytał historię o Mahomecie: do Proroka przyszła rodzina, która nie potrafiła się porozumieć w sprawie podziału spadku. Mahomet porozmawiał z nimi i rzekł: wdowa ma prawo do połowy majątku, resztą dzielą się po równo dzieci zmarłego. I ja tak też rozstrzygam w tej sprawie. Koniec.

O, a nie dałoby się znaleźć jakiegoś hadisu, żeby zawalczyć w apelacji?

Jest tylko interpretacja sędziego. Może oczywiście istnieć hadis, w którym rozstrzygnięcie sporu jest inne, ale decyduje wybór i interpretacja tego właśnie sędziego.

Ale przy hadisach da się manipulować. Proszę spojrzeć na historię z Iranu: ajatollah Chomeini po obaleniu szacha jedną krótką frazą rozstrzygnął sporną wówczas kwestię wieku zamążpójścia. Powiedział: o tym ma decydować szariat. I sędziowie zrozumieli, że to „zachęta” do skrajnego rozumienia problemu – w hadisach dwukrotnie wskazano wiek dziewięciu lat. Najpierw Aisza, żona Mahometa: napisano, że „weszła do domu Mahometa, kiedy miała dziewięć lat”…

Niedopuszczalne dla nas, często się przytacza tę kwestię…

Co wcale nie znaczy, że została jego żoną, a nawet jeśli – że małżeństwo było konsumowane. Pod dachem Mahometa mieszkało wiele kobiet, nie harem, ale np. wdowy po poległych towarzyszach boju. Ale jest też i drugi hadis: Fatima – ukochana córka Mahometa – została żoną Alego, kiedy miała dziewięć lat. Te mało precyzyjne sformułowania stały się podstawą orzecznictwa – dziewczynki mogą wychodzić za mąż, gdy skończą dziewiąty rok życia.

Tyle że za czasów reformatorskiego prezydenta Mohameda Chatamiego (1997-2005) grupa teologów o proreformatorskich poglądach orzekła, że wiek zamążpójścia należy podnieść do osiemnastego roku życia. Również powołując się na szariat. I parlament przyjął odpowiednią ustawę.

Dajcie mi człowieka, a znajdę na niego hadis.

W tym konkretnym przypadku znalazł się hadis, w którym Mahomet mówił, że każda sytuacja i okoliczności są inne. A więc argumentowano, że współczesne kobiety nie są tak silne, jak te z czasów Proroka, nie dojrzewają tak szybko i nie są tak przygotowane do trudów małżeństwa – nie należy się więc kurczowo trzymać zasady dziewięciu lat.

Sprytnie? Sprytnie.

Bywa sprytniej. Wielki reformator prawa muzułmańskiego z początków XX wieku, szejk prestiżowej kairskiej uczelni Al-Azhar, wielki mufti Egiptu, Muhammad Abduh, stworzył metodę, którą potem powszechnie stosowali reformatorzy. Dążył do osłabienia wiarygodność danego hadisu. Bo są hadisy „mocne”, „słabe” i „jeszcze słabsze”. Ważne jest, kto był praźródłem opowieści, kto ją pierwszy zapisał, ale też – kto ją przez wieki przepisywał. Wiele hadisów ma tu luki – nie wiadomo, przykładowo, kto zapisywał dany hadis przez kilkadziesiąt lat XVII wieku. To osłabia ich wiarygodność.

Poza tym ocenia się, że praautorem około 40 procent hadisów był jeden z Towarzyszy (a nie towarzyszy) Mahometa – Abu Hurajra. Więc śledzono jego dzieje, by wykazać, że w danym momencie Abu Hurajra – w danym dniu, miesiącu, roku – nie mógł być u boku Mahometa, a więc nie mógł być naocznym świadkiem danej historii. Dzięki temu daną kwestię dałoby się interpretować w bardziej liberalny sposób.

Imigranci przywiozą do nas te wszystkie spory?

Można się spodziewać, że ludzie, którzy się tu osiedlą, będą oczekiwać, że przynajmniej sprawy rodzinne będą regulowane przez prawo muzułmańskie – dotyczy to nawet tych osób, które są bardzo zeświecczone. To taka tradycja jak w Polsce: przez dekady było nie do pomyślenia, że ktoś może żyć ze sobą bez ślubu kościelnego. O tych, którzy brali tylko cywilne, mawiano, że „żyją na kocią łapę”.

Czy to oznacza, że mamy się pogodzić z tym, że część społeczeństwa będzie żyła w oparciu o inne przepisy?

Ująłbym to inaczej: bierzmy przykład z Brytyjczyków. W latach 70. na Wyspach zaczęto szkolić urzędników miejskich w zakresie wiedzy o kulturze islamu – narodziny dziecka, pochówek, sprawy rozwodowe, podział majątku itp. Z pewnością ci ludzie będą chcieli, by ceremonie związane z narodzinami, pochówkiem, nawiązywały do ich tradycji, regulowanej prawem muzułmańskim.

To akurat naturalne – i w niczym nie narusza naszej kultury czy prawa. Ale już małżeństwa z dziewięciolatkami..?

To będzie poważny problem. Nawet nie małżeństwa, a przepisy w kwestiach rozwodowych, choćby opieka nad dzieckiem, tradycyjnie przyznawana tam mężczyznom. Sprawy, które generalnie wynikają z dominacji mężczyzny w życiu społecznym.

Dominacji – nie bójmy się tego słowa – uświęconej?

Pamiętajmy, że mówimy o interpretacjach. I tak – dominująca pozycja mężczyzny jest bardzo silnie uargumentowana w prawie muzułmańskim. W hadisach znajdziemy też bardzo wyraźne wytyczne: kobieta musi zachowywać skromność. Już samo pojęcie „skromność” można interpretować liberalnie, ale i radykalnie. Ale są i bardziej kontrowersyjne, intymne sprawy: choćby zasada, że kobieta nie może odmówić mężowi zaspokojenia jego popędu seksualnego. W tym przypadku kobieta musi być uległa, inaczej daje powód do rozwodu.

U nas mówi się na to: gwałt małżeński. I ściga prawnie.

A w oparciu o prawo muzułmańskie jedyna linia obrony kobiety, to zestaw technik seksualnych, które są dopuszczalne. Jeśli mąż sięga po technikę spoza tego zestawu, kobieta ma prawo wystąpić o rozwód.

No to już mamy zasadnicze pole konfliktów.

Niekoniecznie. Jest nadzieja, że jeśli ci ludzie znajdą się w środowisku, które będą oceniali jako przyjazne, uznają postępowanie ludzi z tego środowiska za właściwe – uznają je też za godne naśladowania. Wtedy rozpoczną się dyskusje o realnych sytuacjach w danych rodzinach. Bo też nie sprowadzajmy sprawy do stereotypu o dominacji męża: w świecie muzułmańskim są rodziny, w których mąż jest „fajtłapą”, a rządzą kobiety, jak to w życiu. Różnica jest taka, że muzułmanki potrafią rządzić w domach, a w sferze publicznej będą demonstrowały uległość wobec mężów. Zresztą i w tej sferze zachodzą wielkie zmiany – proszę spojrzeć, jak wiele kobiet w Algierii zostało merami miast, jak się zachowują kobiety w Maroku. Ta emancypacja to długotrwały proces, nie da się go regulować wyłącznie za pomocą przepisów, zakazów czy nakazów.

Czy to znaczy, że mamy patrzeć przez palce na coś, co jest wbrew naszym normom prawnym i obyczajowym? Jak reagować np. na obrzezanie kobiet w środowiskach imigrantów z Egiptu czy Somalii?

Generalnie uważam, że jeśli mamy rozwiązania prawne, które uważamy za właściwe, powinniśmy ich bronić. Nie unikając dyskusji, wymiany argumentów, w oparciu o konkretne przypadki.

Ale przynajmniej na początku będziemy musieli wymusić stosowanie się do norm gospodarzy.

Obawiam się, że tak. Przy czym – nie bałbym się na zapas. Nie mamy wiarygodnych danych, np. w sprawie tego, jak powszechne jest obrzezanie kobiet w europejskich środowiskach imigranckich. Na dodatek ten problem pojawi się w pewnych środowiskach, w innych – nie. W Syrii nikt nie praktykuje obrzezania kobiet, w Somalii – owszem. W Maroku być może praktykują to koczownicy z odludnych miejsc w górach, w miastach nikt. Musimy pamiętać o kwestii środowiska, z którego pochodzą muzułmanie – a ono zmienia się wbrew powszechnym stereotypom. W 2012 roku w Maroku przeprowadzono badania dotyczące poziomu religijności. Sensacyjne: około 50 proc. respondentów w ogóle nie chodzi do meczetu, pewien odsetek nie był w meczecie ani razu w życiu! W tym samym Maroku działa silne środowisko feministyczne, ze znaną również w Polsce socjolog Fatimą Mernissi. Zdaniem tych działaczy – a są wśród nich również mężczyźni – równouprawnienie można uzyskać również w oparciu o szariat. Uważają, że są w prawie muzułmańskim argumenty na rzecz demokratyzacji życia społecznego.

To szkoda, że imigranci w Europie nie podzielają takiego podejścia.

Tak, musimy wziąć pod uwagę, że na imigracji wielu muzułmanów – także tych, którzy nie byli zbyt wierzący w swojej ojczyźnie – zaczyna skrupulatnie przestrzegać wymogów wiary. Ale to w sporej mierze rezultat dyskryminacji i niechęci ze strony społeczeństw, które ich przyjmują.

*prof. dr hab. Jerzy Zdanowski – historyk i arabista; profesor zwyczajny Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych Polskiej Akademii Nauk; wykładowca m.in. Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrezwskiego; autor kilkunastu książek o historii Bliskiego Wschodu.