Sylwia Czubkowska: Gdzie są nastolatki, dwudziestolatkowie czy nawet trzydziestolatkowie? Czemu nie widać ich na protestach?

Mateusz Kijowski: To nie jest tak, że ich w ogóle nie ma. Pojawia się w strukturach KOD coraz więcej młodych ludzi, a na pewno więcej niż na początku. 

Ale jednak znaczna większość protestujących to ludzie dojrzali, a nawet bardzo dojrzali. 

Bo w nich, pamiętających komunizm i to, jak może wyglądać ograniczanie praw człowieka, obudziły się wspomnienia. Jak to się mówi: jak ktoś się sparzył, to dmucha na zimne, dlatego oni, widząc pierwsze objawy takich działań, zaczęli się po prostu obawiać powrotu do dawnych praktyk. 

Ale pan ma czterdzieści parę lat…

Tak, 47. 

Czyli te 25 lat temu był pan ledwie dwudziestolatkiem. 

Tak, karty opozycyjnej nie mam co sobie dopisywać. Ale wie pani, nie zapomnę, jak generał Jaruzelski popsuł mi 13 urodziny. Urodziłem się 12 grudnia, a że wtedy nie było wolnych sobót, miałem mieć imprezę w niedzielę, właśnie 13 grudnia. I przez wybuch stanu wojennego nie tylko nikt na nią nie przyszedł, to jeszcze nikt nie mógł nawet zadzwonić. Oczywiście to jakaś drobnostka, ale ja też doskonale pamiętam, jak wyglądały tamte czasy - to że niewątpliwie żyliśmy w kraju bez demokracji i wolności. I obawa przed powrotem takich praktyk mobilizuje ludzi, którzy to już widzieli. Młodzi, dla których wolność jest oczywista jak powietrze, którym oddychają, mogą nie obawiać się zagrożenia. Ale proszę zauważyć, że cztery lata temu w protestach przeciwko ACTA wyszli na ulice, bo wolność w internecie jest dla nich bardzo realna, jest niezwykle ważnym elementem życia. 

Tym razem jednak w protestach przeciwko ustawie o policji jakoś ich nie widać.

To się jednak może zmienić. Coraz więcej ludzi dowiaduje się o planach wprowadzenia inwigilacji, na weekend mamy zaplanowanych sporo protestów. Tak naprawdę to rząd, poprzez kroki takie jak uchwalenie tego prawa, pomaga nam aktywizować młodych. Jedno z haseł w czasie protestu we Wrocławiu brzmi zresztą "ACTA bis robi nam PiS". 

Ale mimo wszystko aktywni wśród młodych wciąż są mało widoczni.

Życie polityczne w Polsce od dłuższego czasu było stabloidyzowane, nie było w nim za wielu treści, nie było wskazywanych jasnych idei, do których dążymy, brakowało rozmowy o tym, co dalej. Po 1989 roku było to jasne: planem było wejście do NATO, do Unii Europejskiej. Ale po 2004 roku, gdy już do UE weszliśmy, zabrakło takich długotrwałych projektów. Jedyne co funkcjonowało, to polaryzacja PO - PiS, walka o to, kto ma trzymać pilota, a nie co leci w telewizji. A to zniechęciło młodych do polityki. Teraz wracają, bo starsi, dojrzalsi pokazują im kierunek. Sami widzą, że to, przed czym ostrzegaliśmy, niestety się sprawdza. Kiedy startowały protesty, mieliśmy tylko pierwsze sygnały ostrzegawcze: ministra Glińskiego próbującego wprowadzać cenzurę w teatrze, awanturę z Karoliną Lewicką w TVP Info, ułaskawienie Mariusza Kamińskiego. A potem były kolejne ustawy - o Trybunale Konstytucyjnym, medialna, inwigilacyjna - potwierdzające, że ostrzeżenia były uzasadnione.

Profesor Kazimierz Kik mówi nam jednak o "rewolucji dojrzałych". 

Słowo "rewolucja" nie jest tu najlepsze. Myślę, że lepsze byłoby znane u nas historycznie określenie "konfederacja". Masowy zryw, by naprawić zastany porządek. Rewolucje to raczej urządza PiS.