Mira Suchodolska: Słyszał już pan określenie „opona smoleńska”?

Maciej Gurtowski*: Nie, ale oczywiście domyślam się, o co chodzi. To zręczne i złośliwe połączenie skojarzeń: katastrofy w Smoleńsku i wypadku prezydenta Andrzeja Dudy. Ma ośmieszyć i zdyskredytować, pomniejszyć rangę obu wydarzeń, do których to określenie się odwołuje.

Wie pan co, ja mam wrażenie, że na jednym kawałku ziemi żyją dwie Polski, które nie są w stanie się ze sobą dogadać. Po jednej stronie niewybredne żarty, życzenia śmierci, ostra szydera. Po drugiej histeria, zdrajcy narodu i zamach. Zresztą na żaden temat nie ma rozmowy: 500 zł na dziecko? Głupi pomysł, rozwali budżet. Dopiero na drugie? Świństwo, powinno być na każde. Zwariowaliśmy?

Niekoniecznie. Raczej pewne grupy interesów prowadzą grę o wpływy. Robią wszystko, aby zintegrować wokół siebie wybrane grupy ludzi, przekonać ich, że działają w ich interesie. A jest to łatwe dzięki starej, skutecznej zasadzie „dziel i rządź”. Divide et impera – Rzymianie opracowali ją teoretycznie i stosowali z sukcesem już dwa tysiące lat temu. Trzeba postawić granicę, aby obejmowała ona możliwie jak największą grupę ludzi, znaleźć im wspólnego wroga. I paść jak najsilniejszymi emocjami, aby przełożyło się to na wysoki wynik wyborczy.

To prawdziwy czy sztuczny podział?

A jakie to ma znaczenie? Teraz już rzeczywisty, przypieczętowany poprzez wrzucenie kartki wyborczej. Różnica wyników pomiędzy Andrzejem Dudą a Bronisławem Komorowskim wynosiła tylko 3,1 proc. Jest o co grać.

Wykorzystywanie tragedii po to, aby podzielić ludzi, jest obrzydliwe.

Tragedie narodowe znakomicie się do tego celu nadają. Tkwią głęboko w społecznej podświadomości. PiS ma tę przewagę nad innymi partiami, że dzięki temu, co się stało w Smoleńsku – a było to szczególnie emocjonujące wydarzenie, więc tym silniej integrujące elektorat – dysponuje mitem politycznym. Można go wykorzystać marketingowo do stworzenia legendy politycznej.

I druga strona stara się ją ośmieszyć. Anegdota mówi, że kiedy prezydenta Ronalda Reagana po postrzeleniu przez zamachowca zawieźli do szpitala, ten rzucił żartem do lekarza: „Mam nadzieję, że jest pan republikaninem”. „Dziś wszyscy jesteśmy republikanami” – usłyszał od niego. Dlaczego nas tragedia dzieli, a nie łączy?

Bo jej wspomnienie jest niczym palec wyciągnięty oskarżycielsko w stronę środowisk, które odegrały w tamtym okresie przynajmniej dwuznaczną rolę. Gdyby przed 10 kwietnia 2010 r. nie było ostro prowadzonych zabiegów mających na celu wyznaczenie linii społecznego podziału, być może nie doszłoby do katastrofy. Ówczesna strona rządowa winna jest intencjonalnego rozdzielenia uroczystości. Gdyby nie to, wizyta prezydenta byłaby lepiej zabezpieczona, procedury bezpieczeństwa troskliwiej potraktowane, oficerów BOR byłoby więcej. Z punktu widzenia zarządzania społecznymi podziałami najważniejsza jest podświadomość zbiorowa, czyli to, jak wspólnota pamięta o jakichś wydarzeniach, ludziach – ten się zachował godnie, ten nie. To nie musi być odwzorowanie historycznej prawdy, gdyż pamięć zbiorowa operuje mitami. Fakty to tylko surowiec, który można w pewnym stopniu kształtować. Tak jak w przypadku Lecha Wałęsy. Obecny spór o jego przeszłość wynika z tego, że był to niezły, lecz nie doskonały kandydat na bohatera narodowego. Mitu nie można kształtować zupełnie dowolnie.

Dla jednych bohater, dla innych zdrajca. Ci od Wałęsy bohatera rzucają zaś w stronę adwersarzy kapusiem Piłsudskim.

Bo marszałek także miał na koncie epizod współpracy, w dodatku z wywiadem obcego mocarstwa. Można mnożyć zarzuty wobec niego – zamach majowy, Bereza Kartuska czy rządy sanacji. Ale jego zasługi zostały uznane za wystarczające usprawiedliwienie, tłumaczą się same. Jeśli już znaleźliśmy się w dwudziestoleciu międzywojennym: jeśli porównamy ówczesną atmosferę polityczną do obecnej, okaże się, że teraz jest bardzo spokojnie. Nie dochodzi do bójek na tle politycznym, które wówczas były normą. I to nie jakieś szarpaniny, ale wojny na pałki. Tadeusz Dołęga-Mostowicz, dziennikarz i pisarz, autor m.in. „Kariery Nikodema Dyzmy”, za to, że krytykował rządy sanacji, został w 1927 r. porwany z domu i ciężko pobity, prawdopodobnie przez oficerów Wojska Polskiego. Którzy, jak podejrzewam, kierowali się pobudkami w ich przekonaniu – patriotycznymi, byli przekonani, że robią to dla ratowania honoru przywódców ojczyzny. Więc Polska A.D. 2016 jest względnie spokojnym krajem, wyżywamy się na forach w internecie. Oczywiście nie można zapominać o mordzie politycznym w październiku 2010 r., kiedy w łódzkim biurze PiS zamordowany został Marek Rosiak. Na szczęście to wyjątek. Na co dzień orężem są epitety.

Czytaj więcej

Powiedział pan, że ci, którzy pobili Dołęgę-Mostowicza, mogli kierować się pobudkami patriotycznymi. Dziś przedstawiciele obu obozów – nazwijmy je dla uproszczenia konserwatywnym i liberalnym – także są przekonani, że to oni właśnie są po właściwej stronie. Że w przeciwieństwie do antagonistów chcą dobra Polski. Jedni podnoszą szacunek do tradycji, rodziny i religii. Drudzy otwartość na świat, nowoczesność.

Jeśli chcemy zintegrować jakąś grupę wokół siebie, to musimy zaoferować jej atrakcyjną tożsamość. Podsunąć jej pozytywne wartości, które chętnie przyjmą jako swoje. Nie da się przyciągnąć ludzi, jeśli nie zaoferuje się im tożsamości ludzi w jakimś sensie dobrych. Stosunek do przeszłości jest kluczowy w przypadku rozgrywania społecznego podziału. Niektórzy mówią: jaki wpływ ma zachowanie w przeszłości na współczesność. Trzeba iść do przodu. I o to właśnie chodzi: czy wybaczamy i zapominamy, czy rozliczamy. Strona liberalna w kontekście pamięci oczekuje łatwego wybaczania. I to jest atrakcyjne dla części elektoratu, ponieważ sami chcielibyśmy sobie łatwo wybaczać, by zachować psychiczny komfort. Natomiast z punktu widzenia strony konserwatywnej przebaczenie i pojednanie w ramach wspólnoty obarczone jest pewnymi warunkami. Społeczeństwo nie może się zintegrować bez wyjaśnienia tego, kto zachował się w przeszłości godnie, a kto niegodnie. Dopiero po tym można przejść do zorganizowania wspólnotowego rytuału pojednania, któremu towarzyszyć będzie przyznanie się do winy i deklaracja zadośćuczynienia. A tego nie było ani nie ma. Zaufanie, podobnie jak dziewictwo, raz utracone trudno odzyskać. Budowanie zaufania to skomplikowany proces psychospołeczny. W Polsce instytucją, która została powołana do zarządzania pamięcią o krzywdach, jest Instytut Pamięci Narodowej. Miał odpowiadać za prowadzenie polityki historycznej, gromadzić dokumenty i fakty. Ale ten mandat jest mu wciąż odbierany poprzez zaprzeczenia, odbieranie rangi jego ustaleniom. Jak ostatnio wybuchła sprawa „Bolka”, syn Lecha Wałęsy oznajmił publicznie, że te dokumenty są bez znaczenia. Nie, że są nieprawdziwe.

Wiele osób tak myśli. Mają dość wzajemnych oskarżeń, wyciągania nowych teczek i kwitów. Mówią: nie udało się przeprowadzić lustracji po Okrągłym Stole, może i szkoda. Ale jak długo można sobie wyciągać jakieś grzechy z prehistorii. Zostawmy to i idźmy dalej, do przodu.

Niezależnie od naszych poglądów historia ma znaczenie, bo wpływa na nasze decyzje i działania. Jeśli nie nastąpi rozliczenie krzywd, zawsze, po każdej stronie, znajdą się tacy, którzy będą chcieli wykorzystać ten historyczny konflikt do swoich celów, tu i teraz. Do tego dochodzą sprawy emocjonalne: jeśli ktoś mnie kiedyś oszukał, nie zawierzę mu, trudno będzie nam współpracować. Dlatego przeszłość oddziałuje też na obecną sytuację – choćby gospodarczą, na to, jak się żyje w kraju, jak prowadzi się biznes. Weźmy przykład transakcji z odroczoną płatnością: przedsiębiorca ma dylemat, czy zaufać kontrahentowi. Proszę teraz mi odpowiedzieć na pytanie: jeśli ma pani zdecydować, czy komuś zaufać, czy nie, na czym się pani opiera?

Wiem, że mnie pan wkręca, ale to chyba jasne: na tym, jak przebiegała historia naszych kontaktów biznesowych. A jeśli spotykamy się pierwszy raz, staram się czegoś o nim dowiedzieć. No i jest jeszcze coś takiego jak intuicja...

No dobrze, to jeszcze jedno pytanie: co jeśli podejrzewa pani, że on pani nie ufa? Zrobienie z nim jakiegokolwiek interesu będzie bardzo trudne, jeśli w ogóle możliwe. Aby zmienić jego nastawienie, będzie musiała pani włożyć mnóstwo wysiłku. Tymczasem w biznesie sprawy toczą się szybko, dlatego trzeba podejmować uproszczone decyzje. W codziennych sprawach, zwłaszcza w niewielkich firmach, trudno za każdym razem wynajmować grupę detektywów, jeśli chce się zrobić jakiś interes. Dlatego opieramy się np. na informacjach krążących we wspólnocie: ten jest kontrahentem uczciwym, a od tego lepiej się trzymać z daleka. Gorzej, jeśli spółki są powoływane i likwidowane po miesiącu – wtedy nie ma się na czym oprzeć. Tak samo w polityce: zanim zaufamy jakiemuś jej przedstawicielowi, także na czymś musimy się oprzeć. Jest to zwykle nasze wyobrażenie o nim, budowane także na tym, jak zachowywał się w przeszłości. Ale o tym decyduje pamięć zbiorowa, o której już mówiłem, czyli mity. Ludzie nie mają dostępu bezpośredniego do faktów, do dokumentów. Muszą oprzeć się na specjalistach, którzy je im podadzą i zinterpretują. Tutaj jawi się kapitalna rola instytucji publicznych, które wykrywają i karzą, choćby symbolicznie, nieuczciwych. Takich jak policja, sądy, ale także IPN.

Jeszcze musielibyśmy mieć do nich zaufanie. Proszę porozmawiać z ludźmi. Nie wierzą w bezstronność instytutu. Ani w policję, która postrzegana jest jako karzące ramię nie społeczeństwa, ale tych, którzy właśnie znaleźli się przy władzy.

Ech, posługuje się pani kalkami poznawczymi. Akurat policja jest bardzo dobrze oceniana przez Polaków. W badaniu CBOS z września 2015 r. jej pracę dobrze oceniło 69 proc. ankietowanych. Gdyby Polska była niebezpiecznym krajem, ta ocena byłaby z pewnością gorsza. Zaraz pewnie usłyszę od pani o fałszowanych statystykach policyjnych, więc spójrzmy na inny wskaźnik. Behawioralną manifestacją nienawiści jest agresja. A pod tym względem wypadamy w statystykach porównawczych znakomicie, wśród krajów OECD plasujemy się na drugim miejscu zaraz po Japonii. Wprawdzie pod względem innych wskaźników jakości życia większość miar dla naszego kraju jest średnia albo słaba, za wyjątkiem dwóch: bezpieczeństwa i edukacji. W tym drugim przypadku wyprzedza nas tylko Finlandia. Podobnie jest w badaniach porównawczych Eurostatu: w całej UE bezpieczniej od nas czują się tylko Chorwaci. Więc skąd to przekonanie, że toczy się u nas wojna polsko-polska? Że są dwa plemiona, które nie mogą i nie chcą się dogadać? To rzeczywistość wirtualna kreowana przez polityków. Im taka sytuacja bardzo odpowiada, gdyż dzięki temu mobilizują grupy poparcia. Trudno jest zmobilizować kogoś do działania, nie odwołując się do silnych emocji.

Sugeruje pan, że rządzą nami od lat cyniczne gnojki, które w perfidny sposób oszukują i wykorzystują durny naród?

Po pierwsze, wcale nie muszą być cyniczne. Po drugie, nie tylko durny, powiedzmy sobie uczciwie, na wykształconych ludzi także to działa. Na panią i na mnie też. I nie zapominajmy o jeszcze jednej rzeczy: o realnym wymiarze polityki, który przejawia się podczas tworzenia prawa. To się dzieje na komisjach sejmowych, ale kto czyta sprawozdania z ich prac? A podczas obrad tych komisji dzieją się interesujące rzeczy. Na przykład w styczniu podczas posiedzenia komisji ds. europejskich rozważano, co zrobić z unijną dyrektywą, która wprowadzała jeszcze większe utrudnienia w posiadaniu broni palnej przez obywateli. Wprowadzać ją czy nie. I posłowie różnych opcji zdecydowali zgodnie, że dyrektywa jest szkodliwa, więc trzeba ją odrzucić. Takich zdarzeń jest dużo więcej i biorą w nich udział ci sami ludzie, którzy potem w telewizji obrzucają się wyzwiskami. To jest zresztą także ich praca: ważnym działaniem politycznym jest podsycanie konfliktu. Tak jeszcze a propos broni, publiczny stosunek do niej jest także wyrazem sympatii politycznych. Był taki rzecznik policji Mariusz Sokołowski. W połowie minionego roku, gdy dyskutowano publicznie na temat dostępu obywateli do broni, rzecznik powiedział, że „jesteśmy dość nerwowym społeczeństwem. Ludzie mogą chcieć używać broni jako straszaka w sytuacjach spornych pomiędzy sobą”. A to akurat bzdura, co już uzasadniłem, przytaczając dane o przestępczości i poczuciu bezpieczeństwa. Jesteśmy wyjątkowo spokojnym społeczeństwem i przejawem złej woli jest twierdzenie, że nie mordujemy się nawzajem tylko z powodu braku narzędzi. W każdym razie ważne jest to, że politycy, którzy publicznie ze sobą walczą, często lubią się i współpracują. Na przykład u Lecha Kaczyńskiego częstym gościem był Ryszard Kalisz. Mieli wspólne tematy, które omawiali przy kieliszku wina. Ale dyskretnie, nie afiszując się z tym. Eksponowanie takiej współpracy obu panom było nie na rękę. Trzeba umieć zarządzać zasobami ludzkimi i emocjami. Dlatego informowanie opinii publicznej o kuchni politycznej zazwyczaj nie jest wskazane.

Nie wydaje mi się, żeby wszystko było teatrem: toczy się dziś ostra wojna o realną władzę tu i teraz, a nie tylko w przyszłości. Spór o Trybunał Konstytucyjny nie jest moim zdaniem tylko „ogarnianiem elektoratu”. Ale poza tym jestem skłonna się z panem zgodzić: obywatele traktowani są jak nierozgarnięte dzieci.

Dlatego jak dzieciom nie mówimy o pewnych rzeczach, np. związanych ze sferą seksualności, bo uważamy, że jeszcze ta wiedza im się nie należy, tak samo wobec obywateli niektórzy politycy mają podobne podejście – traktują ich jak dzieci. Czy społeczeństwo dorosło na tyle, że ma już prawo do prawdy? I bywa, że niektórzy dochodzą do wniosku, że nie. Że w interesie społecznym jest, aby nie wiedziało. Ten argument jest używany w różnych sytuacjach, niekoniecznie odnoszących się wprost do bezpieczeństwa publicznego, jak np. obronność. Ale aby usprawiedliwić poczynania chroniące interesy jakiejś grupy. Choćby przy lustracji: nie należy niszczyć bohaterów. Nie wolno deprecjonować - mówiąc prawdę - Polski na arenie międzynarodowej. Wracając do kwestii sporu o Trybunał Konstytucyjny, to ten ostatni gra z rządem w, z amerykańska mówiąc, chickena, czyli tchórza. Zabawa ta polega na tym, że dwóch młodzieńców jedzie na siebie rozpędzonymi samochodami i przegrywa ten, który wymięknie i skręci z kolizyjnego kursu. Grę w chickena spośród innych zabaw wyróżnia to, że najgorszym dla obu stron wynikiem jest remis. Podobnie w sporze o trybunał, lepiej dla obu stron, żeby któraś wymiękła, dalszy kurs kolizyjny jest szkodliwy wizerunkowo dla wszystkich.

Można mieć też na to inne spojrzenie: jak trzeba wywołać jakąś awanturę, umocnić spójność grupy, to się wyjmuje z szafy „Bolka” i go glanuje publicznie.

O, przepraszam, ostatnio to „Bolek” sam się wyciągnął. Przypomnijmy fakty: jakiś czas temu Lech Wałęsa wystąpił do IPN-u z prośbą o zorganizowanie debaty na temat „Bolka”. Dziwne było to, że IPN się na takie kuriozum zgodził. Potem Wałęsa się z tego wycofał i wyjechał za granicę. I nagle pojawia się femme fatale, która detonuje bombę, bo teczka „Bolka” to przecież bomba. Żeby za chwilę dać do zrozumienia: „Ojeju, głupstwo zrobiłam”. To zadziwiająca sekwencja wydarzeń. Oczywiście nikomu nie bronię, żeby wierzył w zbieg okoliczności, jeśli ma na to ochotę.

Ja bym też chciała wiedzieć, jak naprawdę było, mam jednak świadomość, że serial o „Bolku” będzie trwał jeszcze długo: śledztwo, kwit na kwit, prawdziwy, fałszywy, nowe okoliczności. I nigdy możemy się nie dowiedzieć, co i w jaki sposób się wydarzyło. Poza tym żaden argument nie przekona przekonanych. Za to temperatura sporu będzie podgrzewana. Jak długo? Aż do końca świata? Czy jest szansa, żeby się te dwie Polski ze sobą dogadały? A jeśli tak, to jakie warunki musiałyby zostać spełnione?

Tak długo, jak będzie trwała demokracja, bo ona zakłada walkę o władzę i głosy obywateli. Nie wiem, czy panią ucieszę, czy zmartwię, ale i ona nie jest wieczna. Powiedziałbym, że jest tylko epizodem w historii naszej cywilizacji. Ale mówiąc serio – jeśli założyć, a ja tak zakładam, że ważną osią sporu jest stosunek do historii, to warunkiem oczyszczenia atmosfery jest wyjaśnienie roli stron tego konfliktu w przeszłości. Już to mówiłem: musi zostać sporządzony rachunek krzywd, za nim musi iść zadośćuczynienie. I konserwatystom nie chodzi o zemstę, które to określenie w języku polskim ma zdecydowanie pejoratywny wydźwięk. Anglicy mają na nią więcej określeń, jednym z nich jest „retribution” – to coś pomiędzy karą a rozliczeniem krzywd właśnie. Nie chodzi o wendetę, ale o oddanie sprawiedliwości.

Ja tego nie kupuję. Nawet gdyby tzw. liberałowie przyznali: tak, Okrągły Stół był umową z komunistami, trzeba było dać czerwonym coś więcej niż sejm kontraktowy, tak, Wałęsa współpracował, tak, śledztwo smoleńskie było parodią, to – jestem przekonana – byłoby to nowym otwarciem do kolejnych polowań na czarownice. Rytuał pojednania i przebaczenia, mówi pan... Tutsi i Hutu go przeszli po krwawej rzezi. I co? Nadal się mordują.

Były minister sportu Mirosław Drzewiecki ocenił kiedyś, że Polska to dziki kraj. I jest w tym sporo racji. Ale nie jesteśmy dzicy aż tak. Cywilizujemy się coraz bardziej. To może wydać się sprzeczne z tym, co mówiłem przed chwilą o zaufaniu społecznym, ale to są fakty poparte konkretami. Wprawdzie jeśli chodzi o zaufanie społeczne, to plasujemy się wciąż nie za wysoko w Unii Europejskiej – bo na piątym dopiero miejscu od końca, ale jest zauważalna tendencja wzrostowa. Widać ją także w raporcie CBOS z początku tego roku „Potencjał społecznikowski Polaków i zaangażowanie w pracę społeczną”. Są w nim kapitalne dane z ostatnich 14 lat. Co dwa lata pytano respondentów, czy „Ludzie tacy jak ja, działając wspólnie z innymi, mogą pomóc innym potrzebującym lub rozwiązać niektóre problemy swojego środowiska, osiedla, wsi lub miasta”. W 2002 r. „tak” odpowiedziała połowa. Ale za każdym badaniem ich liczba rosła, aby w styczniu 2016 r. znaleźć się na poziomie 75 proc. To daje nadzieję na przyszłość. Bo nawet jeśli nie wszyscy biorący udział w ankiecie byli szczerzy, to przynajmniej wiedzą, że lepiej tak mówić. A to ma wielkie znaczenie dla tworzenia społeczeństwa obywatelskiego, a więc przyszłości Polski. To taki mechanizm psychologiczny: szansa na to, że będę altruistą, zależy wprost od tego, czy spodziewam się, że inni też będą. Nie ma sensu być jedyną osobą, która segreguje śmieci. Przesuwanie się opinii publicznej, nawet tylko na poziomie deklaracji, w stronę postaw altruistycznych to świetny sygnał.

Optymista. Jest pan naprawdę pewien, że ta wojna polsko-polska nie przeniesie się z mediów na ulice? W grudniu podczas marszu KOD w Warszawie doszło do bójki. Kontrmanifestant dzierżący transparent z napisem: „Kwiczenie świń oderwanych od koryta” dostałby niezłe wciry, gdyby szybko nie zainterweniowali policjanci.

To incydent, choć takie, nie wykluczam, będą się zdarzały. Nie tylko dlatego, że jesteśmy takim spokojnym narodem. Także z powodów konsekwencji prawnych angażowanie się w bójki jest ryzykowne, może zaważyć na całym życiu, całej karierze zawodowej uczestników. Są sytuacje, gdzie ludzie dają sobie po twarzach – na tradycyjnych weselach, choć coraz rzadziej, podczas ustawek kibicowskich. I tego nie da się całkiem wyeliminować. Ale upieram się, że przemoc z powodów politycznych pozostaje w naszym kraju marginalnym problemem. Ja nie jestem specjalistą od spraw międzynarodowych, powinna pani porozmawiać na ten temat z kimś innym, bardziej kompetentnym, ale zauważę tylko, że kiedy śledzę sceny polityczne w innych krajach, wzdycham z ulgą. Biją się, nie tylko na słowa, posłowie ukraińscy. W Izraelu spór polityczny ma taką temperaturę, że kiedy jeden polityk chce zdyskredytować drugiego, wyrzuca mu od nazistów. A Słowacja? A Węgry? Tam to się dopiero dzieje.

To zakończymy naszą rozmowę wnioskiem, że jesteśmy społeczeństwem aniołów, walka polsko-polska jest pozorna i rozgrywa się tylko na poziomie słów, w dodatku wirtualnie? A politycy odgrywają swoje role? Posłanka Krystyna Pawłowicz i poseł Stefan Niesiołowski to tylko aktorzy wypowiadający kwestie ze scenariusza, w realu mogliby zostać najlepszymi przyjaciółmi?

Tak. Politycy, jak aktorzy w filmach, obsadzani są w pewnych rolach. Co jest przydatne zarówno w podgrzewaniu nastrojów, eskalowaniu konfliktu, jak i przy różnych negocjacjach koalicyjnych. Wiele osób napełnia to niesmakiem, wydaje się im, że pewne komunikaty kierowane do elektoratu – nieważne, z której strony – są nieeleganckie, wręcz chamskie. Że pewne rzeczy można powiedzieć w sposób bardziej wysublimowany. Ale należy pamiętać o tym, do kogo dany przekaz jest kierowany. Więc jeśli jakiś komunikat pani nie pasuje, to znaczy, że włączyła pani nieskierowany do siebie kanał.

*Maciej Gurtowski, doktor nauk humanistycznych, pracownik Instytutu Socjologii UMK w Toruniu. Naukowo zainteresowany głównie ciemną stroną relacji międzyludzkich: korupcją, przestępczością, szpiegostwem, propagandą. Ekspert ds. bezpieczeństwa Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Ostatnio ukazały się dwie książki jego współautorstwa: „Samobójstwo Oświecenia? Jak neuronauka i nowe technologie pustoszą ludzki świat” oraz „Państwo Platformy. Bilans zamknięcia”