Anna Wittenberg: Wyobraża pan sobie politykę bez Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego?

Adrian Zandberg: Oczywiście. To nie brak liderów jest największym problemem polskiej polityki. To, jak uzależniła się od kilku twarzy, pokazuje, jak jest społecznie niezakorzeniona. Życie polityczne jest tylko cieniutką warstewką, bierze w nim udział garstka ludzi. I w efekcie jest odklejone od życia społecznego.

I to był właśnie główny zarzut wobec Platformy w ostatnich wyborach: że „się odkleiła” od rzeczywistości.

Nie tylko Platforma, sposób, w jaki funkcjonują inne partie, także jest patologiczny. Myśmy się zbyt łatwo w latach 90. pogodzili z modelem, w którym politykę oglądamy tylko w telewizorze, a raz na cztery lata wybieramy odległych administratorów. Model życia politycznego, tak jak model gospodarki, który mamy dziś w Polsce, jest niewydolny i niezdolny do długiego trwania.

Przecież trwa od ponad 26 lat.

Nie do końca. Jeśli spojrzeć na gospodarkę, to czas po 1989 r. trzeba jednak podzielić na dwa okresy – dekadę transformacji i okres stabilizacji po wejściu do UE. Oba mają swoje grzechy. Grzechem pierwszego było wypchnięcie na margines znacznej części robotników, stworzenie zagłębi strukturalnego bezrobocia i ubóstwa. Grzechem drugiego – pogodzenie się z modelem wzrostu opartym na niskich kosztach pracy i śmieciowym zatrudnieniu. To różne rodzaje patologii, choć melodia w tej piosence jest dość podobna. Stąd wzięła się frustracja, której efekt widzieliśmy w dniu wyborów parlamentarnych. Liberalne elity idealizują Polskę przed 25 października, chciałyby dziś powrócić do tego, co było – ale to już jest niemożliwe.

To znaczy?

By ocalić to, co w Polsce było dobre – wolności polityczne, prawa obywatelskie, nadzieję na modernizację upodobniającą nas do państw Zachodu – musimy zmienić to, co było złe: przyzwolenie na nierówności, życiową niestabilność, brak bezpieczeństwa socjalnego, butę elit. A także sposób prowadzenia debaty, w której przez lata nie było miejsca dla ludzi niezgadzających się z jedynie słuszną narracją.

Obiecujecie, że inna polityka jest możliwa. A jak ona ma wyglądać?

Razem to eksperyment – tworzymy partię w pełni demokratyczną, która nie jest zbudowana wokół wodza. Ale to także polityka świadoma tego, że nie wszystkie ważne sprawy rozgrywają się w Warszawie. W naszej polityce wciąż dominuje myślenie, że to, co istotne, dzieje się na poziomie centralnym, więc jeśli chce się mieć wpływ, być skutecznym reprezentantem np. interesów pracowniczych – to można to robić tylko z pozycji władzy w kancelarii premiera. Dowcip polega na tym, że we współczesnym kapitalizmie władza jest mocno rozproszona. Nie jest tak, że można ją po prostu chwycić w dłoń jak Bismarck i powiedzieć „teraz kontrolujemy rzeczywistość”.

Ale przecież tak rządzi PiS.

Oni żyją złudzeniem, że tak się da. Że w późnym kapitalizmie to jest możliwe. A nie jest. Władza jest zdecentralizowana, często nie znajduje się pod kontrolą instytucji publicznych, tylko w prywatnym biznesie albo na jego styku z samorządem. Widać to w specjalnych strefach ekonomicznych. To nie rząd kształtuje tam stosunki pracy, tylko właściciele, którzy nieformalnie umawiają się, że nie płacą zatrudnionym powyżej pewnej stawki godzinowej. To są przestrzenie realnej władzy i to są miejsca, gdzie trzeba interweniować, upominać się o prawa.

Widzicie swoją misję w pracy u podstaw?

Ostatnio udało nam się doprowadzić do tego, że Uniwersytet Łódzki renegocjuje umowy z ochroniarzami. Zebraliśmy świadectwa ludzi, którzy pracują za 5 zł za godzinę, i z ich sprawy zrobiliśmy jeden z głównych tematów trwającej na uczelni kampanii rektorskiej. To nie są rzeczy, które trafią do głównego wydania „Faktów” TVN. Ale Razem nie działa jak typowa partia polityczna, która aktywizuje się tylko w okresie wyborów. My staramy się budować elementarną wiarygodność.

CAŁY WYWIAD CZYTAJ W ELEKTRONICZNYM WYDANIU DGP >>>