Andrzej Szpilman (ur. 1956) – kompozytor, producent muzyczny i lekarz stomatolog. W 1998 roku wydał książkę swojego ojca, Władysława Szpilmana pt. „Pianista”. Później doprowadził do ekranizacji filmowej „Pianisty” w reżyserii Romana Polańskiego, filmu nagrodzonego m.in. trzema Oscarami i Złotą Palmą w Cannes. Na zdjęciu: Andrzej Szpilman na planie filmu Polańskiego

Mira Suchodolska: Niedawno przyszła do mnie śliczna, ruda kotka. Nazwałam ją Ryfka. I wie pan co, niektórzy znajomi mają mi za złe. Że nieodpowiednie imię, żydowskie. A ja tego nie pojmuję. Drugi kot nazywa się Killer, większa suka, dog, to Sasza, mniejsza, labrador, to Amba. Miałam wcześniej psa Kubę, potem tak nazwałam swojego syna. Pan widzi problem?

Andrzej Szpilman: Był taki ksiądz Jankowski, który nazwał swojego psa Mosiek. A u pani w stadzie może Killer zeżre Ryfkę i będzie po kłopocie. Koniec dylematu. A tak serio mówiąc, to imię Ryfka ma bardzo konkretne skojarzenie. Bo jakieś dwadzieścia tysięcy żydowskich dziewczynek o tym imieniu zostało zamordowanych na ziemiach polskich podczas II wojny światowej. To jest tak blisko nas, tak nieodległe w przestrzeni czasowej. Także dziś, kiedy ogląda się filmy o martyrologii Żydów, imię Ryfka pojawia się bardzo często, jest niemal symbolem. Ale odpowiem pani anegdotą. Kiedy kręciliśmy dokument o moim ojcu, jedno z ujęć miało miejsce na Miłej 18, nieopodal pomnika Bohaterów Getta. Tam był taki bunkier, w którym w maju 1943 roku żołnierze Żydowskiej Organizacji Bojowej bronili się przed Niemcami. Kiedy już było wiadomo, że nie mają szans, ci pozostali jeszcze przy życiu popełnili zbiorowe samobójstwo. Więc my tam kręcimy, a w tłumie gapiów jest człowiek z psem. I ten pies strasznie ujada. Mówimy właścicielowi, żeby przeszedł kawałek dalej, bo przeszkadza. A on na to: „A wiecie, dlaczego on tak szczeka? Bo nie lubi Żydów”. Operator to nagrał. Przecież gdybym ja to puścił w jakimś filmie dokumentalnym, to na Polskę znów by spadł grad oskarżeń o antysemityzm. Bo nie jesteśmy krajem antysemitów, choć i tacy się zdarzają. Dlatego myślę sobie, że wiele rzeczy jest kwestią wrażliwości. Ja nie nazwałbym psa imieniem Jezus.

No, zachowajmy proporcje. Mówimy o zwyczajnym imieniu, takim samym jak Kuba czy Zosia. Nie nazwałabym żadnego zwierzaka imieniem Jahwe. Ani Allah. Zresztą ja kocham swoje zwierzaki, więc może to nie antysemityzm, ale filosemityzm? A z pana strony może to kwestia przewrażliwienia?

Być może. Wie pani co, ja także mam psa, yorka, tak malutkiego, że kiedy Niemcy go widzą, wołają: Oh, Gott, albo: Jezusmaryja. Ale to nie to samo, co nazwać kota Ryfka, proszę mi wierzyć. Jakby to wyglądało, gdyby kota nazwać Jezus, a przecież jest to popularne w wielu regionach świata imię. Ale w Polsce Jezus Kowalski – to chyba niestosowne. A jeśli chodzi o antysemityzm i filosemityzm, to oba zjawiska są równie fatalne. Nie ma powodu, żeby kogoś traktować gorzej ani lepiej niż innych. Na przykład ludzie upośledzeni chcą być traktowani tak samo jak inni. Normalnie.

Hm, chce pan powiedzieć, że Żydzi są upośledzeni? Ryzykowne twierdzenie.

To ja jestem Żydem i dobrze wiem, jak to jest być prześladowanym. A prześladować można na różne sposoby. Człowiek ma potrzebę, aby go traktować na równi z innymi. Jeśli jest postrzegany inaczej, inaczej traktowany, to jest to naznaczenie. I w następstwie oznacza odrzucenie. W świecie ludzkim jest podobnie jak w świecie zwierzęcym, w stadzie. Pewnie czytała pani książkę Jerzego Kosińskiego „Malowany ptak”. W niej dzieci malują ptaszkowi skrzydełka na różne kolory, a kiedy go wypuszczają, inne ptaki zadziobują na śmierć odmieńca. A bycie Żydem to wciąż bycie odmieńcem.

Ja mam czasem wrażenie, że wszyscy zwariowali. Nie tylko ja. Mój przyjaciel Mladen, który jest bułgarskim Żydem, skarżył mi się kiedyś, że w Polsce panuje jakaś paranoja. Mili ludzie, z którymi stykał się w oficjalnych, medialnych sytuacjach, stawali na rzęsach, żeby tylko nie powiedzieć o nim per Żyd. Wymyślali różne konstrukcje typu Izraelczyk (którym nie był) czy starszy brat w wierze (nie wierzy). Jakby żydostwo było jakimś przekleństwem. „A ja, k...a, jestem Żydem i chciałbym, żeby to zostało powiedziane” – wściekał się. Nie miał z tym problemu w przeciwieństwie do jego nader poprawnych politycznie rozmówców.

To się bierze stąd, że słowo „Żyd” było w Polsce używane w zły sposób, aby obrażać. Taki rusycyzm. Wynika to z perfidii Niemców, którzy wkraczając do Polski, wyjęli Żydów spod prawa i rzucili na pastwę rzezimieszków. Hitlerowcy wiedzieli, że ci Żydzi, rabowani, gwałceni, poniżani przez szumowiny, na oczach ludzi, którzy nie reagowali, odczują w końcu ulgę, kiedy trafią do gett. Żydzi zaczęli się bronić, tworzyli swoją milicję, co zresztą przyśpieszyło budowanie gett, gdyż okupanci zdawali sobie sprawę, że łatwiej będzie zamknąć w nich przerażone ofiary niż bojowników. Natomiast hołota przyzwyczaiła się, że Żyd to ktoś gorszy, kim można bezkarnie pomiatać. I tak w Polsce zostało. W Niemczech, gdzie gminy żydowskie, z ich odrębnością kulturową, odbudowały się, nastąpiła restytucja sposobu postrzegania ludzi narodowości żydowskiej przez społeczeństwo, ale nie nad Wisłą. Bo co się działo po wyzwoleniu? Były pogromy. Kraków, Kielce... o Jedwabnem nie wspomnę. Można tłumaczyć, że to wynikało z szerszych, geopolitycznych powodów. Moskwa przejmowała kontrolę nad Polską i nie było możliwości, aby jakaś nacja żyła w swojej kulturze. Jeden naród, żadnej religii, wszystko wymuszane siłą. To się przenosiło na naszą rzeczywistość. I powiem, że tak długo, jak mieszkałem w Polsce, czyli trzydzieści lat, stosunek prymitywów do Żydów był właśnie taki, a nie inny.

Ja nie do końca rozumiem, co chce mi pan powiedzieć. Że mamy Żydów traktować tak samo jak innych czy że zasługują na szczególne prawa.

To, że Polska była świadkiem mordu na Żydach, rodzi szczególne zobowiązania. Dam taki przykład: gdyby w pani kuchni jakieś dziecko bardzo się poparzyło, może z powodu pani nieuwagi, to następnym razem bardzo by pani się starała, uważała, żeby nie doszło ponownie do nieszczęścia. Niestety, w Polsce fakt, że na jej terenie zostały wymordowane trzy miliony polskich obywateli pochodzenia żydowskiego, nie skłania niektórych do uwagi ani do współczucia.

To ja się panu zrewanżuję swoją osobistą historią. Bo kiedy ta ruda, chuda kotka do mnie przyszła, zastanawiałam się też, czy nie nazwać jej Jetka. Na cześć pewnego żydowskiego dziecka. Dziadkowie okupację przeżyli w Oświęcimiu, tuż obok torów, niedaleko rampy, bo dziadek był zawiadowcą stacji. Mieli przyjaciół, Maksa i Adelę Mandelbaumów, którym pomagali, jak mogli, ukrywali. Max i Adela mieli córeczkę Jetkę. Mandelbaumowie nie przeżyli wojny, ale co się stało z Jetką, nie wiadomo. Nieoczekiwanie u moich dziadków, Jana i Janiny Pogródków, w lutym 1944 roku pojawiło się dziecko. Rodzinna legenda mówi, że to była właśnie Jetka. Dziadkowie zaprzeczali, ale ja lubiłam myśleć, że ta Jetka to moja matka. Opowiadałam o tym na prawo i lewo. Dlaczego o tym panu mówię? Bo w moim długim życiu nikt, nigdy, w żaden sposób nie dał mi odczuć, że bycie córką Jetki to coś złego. Spotykałam się co najwyżej z niedowierzaniem: Weź się nie wygłupiaj, co ty.

Myślę, że mając pewien ładunek inteligencji i wykształcenia, porusza się pani w określonych kręgach.

Mam bardzo różnych znajomych, od skrajnej lewicy po skrajną prawicę. I jeszcze są wśród nich osoby mające kłopoty z prawem. Ale ja z tą swoją niby-żydowskością rosłam od małego, a pan się dowiedział, kim jest, w wieku 12 lat.

I miałem bardzo niedobre doświadczenia. Ale pewnie to wynika z czasów – był 1968 rok, kiedy z Polski się wyganiało Żydów. Gomułka udawał, że o niczym nie wie, ale Mieczysław Rakowski, redaktor naczelny „Polityki”, który poznał przez sąsiadów historię mojej rodziny, opisał ją pierwszemu sekretarzowi w liście. Zresztą znalazła się ona w jego pamiętnikach. Zajmuje kilka stron. Ale z kolei dlaczego ja o tym mówię. Bo moja rodzina to zawsze byli wielcy polscy patrioci. Na przykład dziadek ze strony matki, Józef Grzecznarowski, współzałożyciel PPS-u, 11 lat spędził w obozach carskich za zamachy na rosyjskich, okupacyjnych urzędników, a pięć lat w obozach niemieckich. W okresie międzywojennym był dwukrotnie posłem na Sejm, dwa razy był prezydentem Radomia. A ja wyrastałem w dzielnicy, gdzie było mnóstwo dzieci ubeckich, milicyjnych, taka hołota. One z domów brały złe nastawienie do Żydów, pewnie przejęły je od rodziców, którzy pili. A już S.J. Lec napisał, że „ludzkie ciało nie może pomieścić w sobie alkoholu i antysemity; jak się weń wleje alkohol, to wyłazi antysemita”. Więc miałem mnóstwo konfliktów.

Bił się pan czy nadstawiał policzek?

Czasem się prałem. Przyznam, że raz nawet dałem w mordę koleżance, która syczała mi do ucha: ty parszywy żydzino. To co miałem zrobić, jak się zachować? Potem ta koleżanka, gdy dorosła, chciała mi osobiście wynagrodzić swoje obelgi. Ale choć była atrakcyjna, nie skorzystałem. Jeśli pani wejdzie na mój profil na Facebooku, to zobaczy tam filmik, jaki ostatnio udostępniłem. Na nim luksemburska policja pacyfikuje zgromadzenie kilkudziesięciu nazioli pod ambasadą niemiecką. Po prostu wpie...lili im, aż miło. Ja wiem, że to zabrzmi strasznie, ale pomyślałem sobie, że gdyby odpowiednio wcześnie zabito Hitlera i to całe towarzystwo, nie doszłoby do wojny i Holokaustu. Kiedy ten film pokazałem swojej znajomej, dziewiętnastolatce, dziewczyna przeraziła się. Ojej, dlaczego, przecież ci mężczyźni nikogo nie zaatakowali, po prostu sobie demonstrowali, takie ich traktowanie nie ma podstaw prawnych. Naiwna. Policji w Luksemburgu wystarczyło, że było to nielegalne zgromadzenie. I bardzo przyklaskuję tym glinom. Natomiast strasznie mnie wkurza postawa polskiego rządu, który nie tylko toleruje, ale próbuje sobie zjednać nazistów. Tych typów z ONR-u.

Tyle tylko, że w tej strasznej Polsce jakoś nikt nie bije Żydów. OK, jest ich niewielu, ale nie ma polowań z nagonkami. Ja już mówiłam, że nigdy nie ukrywałam, kim jestem albo mogę być. Natomiast we Francji czy w Niemczech gminy żydowskie zalecają, aby ludzie nie afiszowali się ze swoimi poglądami, nie wychodzili w jarmułkach.

Ale przecież we Francji czy w Niemczech robią to islamiści! I jak oni przyjadą do Polski, będzie w końcu to samo. Tyle że nie będą tłuc Żydów, bo ich nie znajdą, ale katolików. I gwałcić kobiety. Proszę sobie wyobrazić, że moją córkę, w wieku maturalnym, taki jeden Afgańczyk chciał zgwałcić. Rzucił się na nią w biały dzień na dworcu kolejowym! Dla wielu z nich kobieta nie jest człowiekiem, ma mieć wycięte genitalia, żeby nie miała przyjemności w życiu seksualnym. Spotyka to każdego roku jakieś 25 tys. kobiet w Niemczech. W Egipcie 90 proc. kobiet jest w ten sposób okaleczonych. Mentalność, której nie zmienimy, bo nie mamy na to siły. W ogóle jest fatalna sytuacja, nie wiadomo, jak się zachować. Bo uciekinierów powinno się przyjmować, to dla mnie jasne. Te kobiety z dziećmi, które się wyrwały z piekła, z wojny, z łap gwałcicieli. Ale nie bandytów. Tymczasem przyjmuje się wszystkich i pakuje do tego samego obozu: ofiary i bandytów. I to samo się dzieje dalej: gwałty, zmuszanie do prostytucji, przemoc. Niemcy przyjęli milion ludzi, to akt wielkiego humanizmu, na który innych państw nie stać, ale z powodów technicznych, organizacyjnych, zupełnie sobie z tym nie radzą. Inna sprawa, że Polacy nie chcieli przyjmować nikogo. Tak prawdę mówiąc, ja też bym nie chciał, żeby w moim kraju było mnóstwo Arabów, którzy mnie, Żyda, nienawidzą. Ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że jest pośród nich wielu przyzwoitych, potrzebujących pomocy ludzi. Wie pani, że to my, świat zachodni, doprowadziliśmy do tego bałaganu, z którym nie wiemy teraz, co zrobić? Przecież w krajach arabskich było chyba lepiej za Kaddafiego, za Husajna, za Pahlawiego. Dziś w tych wszystkich krajach u władzy są bandyci, więc nic dziwnego, że ludzie stamtąd uciekają. Ale brakuje pomysłu, w jaki sposób oddzielić ofiary od katów. Jak prześwietlić ich już na granicy.

Pan miałby pomysł?

Tak, ja wysyłałbym kobiety z dziećmi do odrębnych jednostek, a tych facetów, których tożsamości żadne służby nie są w stanie ustalić, do innych. Ale Niemcy tego nie zrobią, bo się boją o bezpieczeństwo swoich obywateli. O to, że tzw. uciekinierzy wypłyną na ulice, pozbawieni swoich kobiet w roli ofiary, rzucą się na niemieckie i zacznie się przemoc na masową skalę. Świat zachodni nie potrafi sobie na razie poradzić z tym problemem.

Już jakiś czas temu zadeklarowałam, że przyjęłabym do domu kobietę z dziećmi, uciekinierkę.

A ja robię wszystko, żeby żadnej kobiety nie wziąć do domu. Jestem szczęśliwie rozwiedziony, sam wychowałem dwójkę dzieci, staram się nie przenosić wojny do domu. Na szczęście dziś nikt mi nie mówi, co mam robić ani co myśleć. Wie pani, która żona jest najlepsza? Następna. Zresztą, po co się żenić. Można być ze sobą bez tych wszystkich formalnych zobowiązań, bez papierów.

Także jestem tego zdania, ale ludziom się wydaje, że jak podpiszą jakiś papierek, to będzie na całe życie. A potem wyrastają z siebie. Ale mniejsza o to. Co robią pana dzieci?

A co pani robiła w życiu?

Oj, różne rzeczy. Skończyłam technikum hotelarskie, potem studiowałam dziennikarstwo. Na studiach, żeby się utrzymać, myłam autobusy i tramwaje. Potem sprzedawałam na targu, miałam hurtownię z używaną odzieżą, sklep rybny. Robiłam reportaże dla radia, pisałam dla gazet. A dlaczego pan o to pyta?

Bo byłem ciekawy. Tak samo, jak pani mnie i mojej rodziny. A jeśli chodzi o mojego syna, to studiuje prawo, będzie w Zurychu robił doktorat. Pracuje w banku jako lobbysta, od trzech lat jest dziennikarzem w „Basler Zeitung”. Angażuje się politycznie, startuje w wyborach do władz miejskich Bazylei. Córka dopiero będzie zdawała maturę, marzy o studiach filmowych, może w Warszawie, może w Łodzi, zobaczymy jeszcze.

Wyśle pan córkę do Polski?

Wyślę. Ale ze świadomością, że jak przyjdzie ONR, to ona wcześniej dostanie w mordę niż pani. Bo się nazywa Szpilman. A pani ma takie ładne polskie nazwisko: Suchodolska. Więc pani może sobie opowiadać o swoich korzeniach, ale polskie nazwisko jest pani tarczą. Jak u pani Agaty Tuszyńskiej, która ze swojej „żydowskości” zrobiła sposób na zarobek i życie. Ta jej książka „Rodzinna historia lęku”... Jej ojciec był, jak sądzę, antysemitą, gdyż jak czytam u Tuszyńskiej: „W domu słowo »Żyd« słyszałam rzadko. Tylko z ust ojca i zawsze szyderczym tonem. (...) Było nie do pomyślenia, aby mogli się znaleźć nie tylko w naszym domu, ale nawet w kręgu znajomych”. A matka Żydówka milczała. A teraz Tuszyńska, która o swoim pochodzeniu dowiedziała się, gdy była już dorosła, obnosi się z tym, jaka ona biedna i prześladowana. Co ona tam wie. Dla mnie jej książki nie dość, że słabe i są grafomanią na poziomie II klasy liceum, to jeszcze są antypolskie. Jak dobrze zrozumiałem, na Tuszyńską dookoła czyhają sami Polacy antysemici, więc nie wolno się przyznać, że się jest Żydem.

To jasne, że nie lubi pan Tuszyńskiej, sądził się pan z nią długie sześć lat za to, co napisała o pana ojcu w swojej innej książce, „Oskarżona Wiera Gran”. Dopiero pod koniec lipca zapadł korzystny dla pana rodziny wyrok. Autorka ma przeprosić i usunąć fragmenty, w których zarzuca legendarnemu pianiście, że pomagał hitlerowcom odprowadzać ludzi na Umschlagplatz.

Nie lubię to za mało powiedziane. Zrobię wszystko, aby uprzykrzyć jej resztę życia. Zwłaszcza że jej chodziło tylko o rozgłos, o to, żeby pojechać na nazwisku mojego ojca. Jak można napisać brednie, nie mając najmniejszych dowodów, jakoby Władysław Szpilman pomagał nazistom mordować Żydów? Kim trzeba być, jakim człowiekiem? Ja nie szanuję takich ludzi. A jeśli chodzi o sądy i proces, to fakt, niezrozumiałe jest, dlaczego musiało to trwać tak długo. Owszem, demokracja i praworządność wymagają, aby istniały mechanizmy odwoławcze, żeby ktoś, kto jest niezadowolony z wyroku, mógł się poskarżyć wyższej instancji. Jednak to nie tłumaczy niekompetencji sędziów, zachowań typu: „oj, jaka jestem zmęczona, już nie rozumiem, co się do mnie mówi”, bo i takie sytuacje się zdarzały. Sądowi w Niemczech rozpatrzenie tej sprawy zajęło jeden dzień. W Polsce trwało to, ile trwało. W końcu Sąd Najwyższy nie przyjął apelacji i zawyrokowano, że jeśli Agata Tuszyńska nie znalazła żadnych dokumentów potwierdzających słowa Wiery Gran o moim ojcu, to nie miała prawa napisać tego, co napisała. Ale co tam dokumentów, ona nie była w stanie nawet przedstawić nagrań ze swojej podobno długiej – jak zeznawała – rozmowy z tą kobietą. Tak nawiasem mówiąc, do dziś nie wypełniła tego, co nakazał sąd w wyroku. Nie przeprosiła. Ja jej nie odpuszczę.

Wiera Gran nagadała jej jednak na pana tatę. Tylko dlaczego to zrobiła? Przecież znali się, pracowali razem. Czyżby byli skonfliktowani?

Nie. Sądzę, że Gran do Tuszyńskiej nic obraźliwego o moim ojcu nie mówiła. A jej wcześniejsze wypowiedzi? To historia bardziej skomplikowana z psychologicznego punktu widzenia. W żydowskiej kulturze jest takie straszne przekleństwo: oby już nikt więcej o tobie nie wspomniał. Bycie zapomnianym po śmierci to najgorsze, co się może człowiekowi przydarzyć. A Gran została zapomniana już za życia. Kiedy o moim ojcu wciąż pisano, ona była już osobą nieczynną zawodowo. Nie występowała. Mało kto o niej pamiętał. Żyła w biedzie z pomocy socjalnej. Zapewne nie bez powodu odmówiono jej obywatelstwa francuskiego. A jeśli się o niej mówiło, to w nieprzyjemnym kontekście, kolaboracji z hitlerowcami. I nie chodzi tylko o to, że występowała dla Niemców podczas okupacji, już po likwidacji getta. Mój sąsiad mówił mi, że sam widział plakat w 1943 roku zapowiadający jej występy w kawiarni Mokka na Marszałkowskiej. Albo że prowadziła się w getcie niezbyt moralnie. Niektórzy z tych Niemców to byli pewnie przystojni faceci. Ja rozumiem, że ludzie, aby przeżyć, mieli prawo zrobić wiele. Gorszym zarzutem jest to, jak stwierdzają ludzie z AK, że ona wyciągała Żydów z kryjówek w Warszawie, żeby wpadli w ręce Niemców. Przed poniesieniem odpowiedzialności po wojnie uratował ją mąż, oficer UB, który w końcu załatwił jej paszport, żeby mogła uciec z Polski. I tak miała wiele szczęścia, że podziemie nie zdążyło wykonać na niej wyroku śmierci. Od razu po wojnie przecież siedziała.

Ale żaden proces o kolaborację, jaki jej wytoczono – i w Polsce, i w Izraelu – nie zakończył się wyrokiem skazującym. U nas została uniewinniona, w Izraelu nie doszedł do skutku z powodów proceduralnych.

A ci wszyscy, którzy ją oskarżali, to kretyni? Już to słyszałem. Na przykład Marek Edelman. Albo Irena Sendlerowa, która wyraźnie napisała w swoim oświadczeniu, że Gran była na usługach gestapo, że sprzedawała swoich rodaków. A to, że się jej pozbyto z Izraela, że sławni, zasłużeni ludzie ją stamtąd wyrzucili, też chyba o czymś świadczy. Ale dajmy spokój, mój ojciec mówił, że w tym piekle nikt nie musiał się zachowywać nieprzyzwoicie. Gorzej, że dziś ludzie nie zachowują się przyzwoicie. To, że Tuszyńska oskarżyła mojego ojca, to jedno świństwo. Ale to, że gazeta Michnika to wspierała, i to, że jej były mąż był jego przyjacielem, to już w mojej opinii świństwo do sześcianu. Nigdy nie podam mu ręki.

Osoba Wiery Gran była obecna w rozmowach w pańskim domu, zanim jeszcze wybuchła ta afera z książką?

Ależ skąd. Wiedziałem, że odwiedziła moich rodziców w 1965 roku, pamiętam zresztą tę wizytę. Gran była po pięćdziesiątce, ale wciąż była piękną kobietą. Trochę za bardzo krzykliwą, za bardzo wyzywającą, ale atrakcyjną. Siedziała na sofie u nas w mieszkaniu, rozmawiali. Coś tam razem z ojcem nagrywali, miało wejść do jakiegoś filmu, ale nie weszło. Więc pewnie nie była zadowolona. Ale ona nie była tematem naszych rozmów. Potem na jej nazwisko zwrócił mi uwagę nasz sąsiad, mecenas Ratman. To było od razu po emisji w TVP programu „Wina Ikara”. On wiedział sporo o Wierze Gran i skrytykował to, że ojciec w tym programie zbyt dobrze o niej mówił. Niezbyt lubiliśmy tego mecenasa i ja to odpuściłem, a teraz żałuję. Mogłem zrobić z nim wywiad. Wówczas myślałem, że to może jakiś antysemita, chce oczernić Żydów. Szkoda, ale i Wiera Gran mnie wcale nie interesowała. Wówczas zapytałem o to ojca, ale nic złego o niej nie mówił. Powiedział, że w getcie z różnymi typami się zadawała i tyle. Później dowiedziałem sie, że po wojnie tata ją do radia chciał wciągnąć, ale mu zakazano. A ludzie go przed nią ostrzegali. A on mimo wszystko chciał tę powszechną niechęć przewalczyć i udało mu się to dopiero później, gdy zdołał doprowadzić do jej występu w koncercie radiowym.

To była bardzo utalentowana osoba.

Ja osobiście nie lubię jej głosu. Ale po wojnie nie było nikogo, wszystkich żydowskich artystów wymordowali, a Gran znała teksty, potrafiła śpiewać, miała pewną rutynę. Talent? Jak porównać Bogucką, która śpiewała piosenki ojca, z tą Gran, to śmiać się chce. Bogucka była naprawdę utalentowana. Choć ojciec nie zawsze miał dobre zdanie o piosenkarkach. Jest takie powiedzenie: głupi jak tenor. A niektóre z nich były jeszcze głupsze. Jak Wiera Gran mieszkała w Paryżu, nie występowała już, to biegała pomiędzy Polakami a Żydami, opowiadała bajki, jątrzyła. Z jej opowieści wynikało, że jest takim Korczakiem w damskim wydaniu! Że prowadziła ochronkę na sto sierot, ale zabrano je do gazu, jak dodała – na szczęście! Jak zresztą stwierdził w liście do Instytutu Historycznego z 1983 roku jeden z szefów policji w getcie, szanowany w Warszawie mecenas Lewiński, taka ochronka nie istniała i była osobistym wymysłem Gran. Wie pani, w pewnym momencie nikt nie chciał już jej słuchać, ludzie przed nią uciekali. Zazdrościła ojcu, że jest poważany, że koncertuje, wciąż o nim piszą, że jeszcze ten film. I jeszcze, że ma rodzinę, ludzi, którzy go kochają. Ona była sama. Od lat w ciężkiej psychozie. Jak wielu Żydów straciła całą swoją rodzinę, matkę, którą bardzo kochała. Mój ojciec miał ten sam problem: z jego rodziny nikt nie przeżył. Ale potrafił zbudować swoje życie od nowa. A Gran miała obsesję Szpilmana. Bo jak to? Jego chcą, a jej nie? Problem zaczął rosnąć. Bardzo chciała wystąpić w filmie Polańskiego, w „Pianiście”. Podobno się z nim spotkała, ale on jej najwyraźniej nie potraktował zbyt poważnie.

Tragiczna postać.

Tragiczna. Ale to nie oznacza, że wykorzystując jej szaleństwo, można jeździć po moim ojcu. Pani Tuszyńska ich obydwoje wykorzystała. Gran, żeby za pomocą jej obsesji opluskwić mojego tatę. I jego nazwisko, szum, jaki się zrobił, żeby zarobić kasę. To amerykańskie wydanie książki Tuszyńskiej, opatrzone nagłówkiem w stylu: Wiera Gran i Pianista! Szmatławe, w USA nikt tego nie kupuje. A „Pianista” wciąż się tam sprzedaje, 20–30 tys. egzemplarzy rocznie. Żeby jeszcze Tuszyńska się podzieliła z Wierą Gran odniesionymi korzyściami. Żeby choć postawiła jej nagrobek. Ale nie. Grobu Gran już nie ma, zniknął. Widzi pani, że działa to przekleństwo: żeby nikt o tobie nawet nie wspomniał.

To chyba kiepsko żyć nienawiścią. Nie boi się pan, że złe uczucia zdominują pańskie życie? Hindusi mówią o karmie.

Ja mówię o sprawiedliwości. I powtórzę: zrobię wszystko, żeby Agacie Tuszyńskiej się odpłacić za to, co zrobiła. Będę ją pozywał do sądu do końca życia, mój syn także. Mój ojciec był wspaniałym człowiekiem. Dobrym. Uczciwym.

Nie ma pan wrażenia, że wciąż żyje życiem swojego ojca, a nie swoim? Ja rozumiem, że nosić nazwisko Szpilman to ciężkie doświadczenie, dzieci sławnych rodziców zawsze mają ten problem. Że tata, mama byli lepsi, bardziej uzdolnieni. Można się w tym wszystkim pogubić. Gdzie jest pan, a gdzie on? I jeszcze proszę mi powiedzieć, jakim był człowiekiem, jakim ojcem. Chodzi mi o życie, a nie film.

Chyba pani żartuje z tymi pytaniami. Ojciec to był ojciec. Ja długo nie wiedziałem, kim naprawdę był. Nie było tematów wojny, Holokaustu, jego kariery. Fajny facet, wszyscy go lubili. Dawał mi mnóstwo wolności, nie kontrolował. Moje dziewczyny nocowały w naszym domu, mnie było wolno wszystko. Tylko musiał wiedzieć, gdzie jestem, o której wrócę. To dobra zasada, także się jej trzymam w moim życiu. Był świetnym rozmówcą, zmuszał mnie do określenia się, podejmowania decyzji. Mówił, że trzeba mieć cywilną odwagę, żeby powiedzieć drugiemu człowiekowi, o co nam tak naprawdę chodzi. Nie tak: „rozstańmy się na chwilę, przemyślmy, muszę mieć więcej czasu”, ale „ja nie chcę z tobą już być”. Nasze dyskusje były bardzo emocjonalne, ale nie żarliśmy się, przyjaźniliśmy się. Był cierpliwy, jak kocia matka, która pozwala swoim młodym włazić jej na głowę, ale kiedy podniesie łapkę, to je ustawia. Te rozmowy miały głęboki sens. Mówi pani, że żyję życiem swojego ojca. Ale przecież skończyłem studia medyczne, wykładałem na uniwersytecie, prowadzę od 30 lat praktykę dentystyczną, skomponowałem parę piosenek, napisałem jakieś teksty. OK, w porównaniu z moim ojcem jestem amatorem. On robił piosenkę za piosenką, a ja może jedną rocznie. Śmiał się ze mnie, że z każdą piosenką obnoszę się, jak kura z jajkiem. Ale tak, zawsze był ode mnie lepszy. I dał mi wiele. Nawet wówczas, kiedy nie zdawałem sobie sprawy, kim on tak naprawdę jest. W naszym domu wciąż było mnóstwo ludzi. Gadali, grali. Ja wolałem spędzać czas ze znajomymi ojca niż ze swoimi przyjaciółmi. Kiedy wiedziałem, że przyjdzie ktoś ciekawy – Bardini, Lutosławski, Starski, Sępoliński, Boguccy – to zostawałem w domu. A potem, bywało, szliśmy w miasto. Do Literatów na przykład. Tam były kolejne wielkie osobowości. Ma pani rację, było mi o tyle łatwiej, że wszystkich znałem. Także wtedy, kiedy wyjechałem z Polski na Zachód, w stanie wojennym. A wie pani, że jestem jedynym człowiekiem w Polsce, któremu się udało legalnie zarobić na marihuanie? Gandzia to był wielki przebój.

Był, ale pod tytułem „Andzia”. Grał ją Oddział Zamknięty. Sama śpiewałam: „Przyszła do mnie, nie wiem skąd, zawróciła w głowie tak dokładnie; teraz rozumiem, to jest to. Jedna z nią noc i już przepadłem...”.

Wiadomo było, o co chodzi. Natomiast prawdą jest, że te znajomości w świecie kultury ułatwiły mi życie. I jeszcze to, że dzięki wtedy zdobytej wiedzy doskonale się orientowałem w pewnych mechanizmach, na przykład jak działa radio, jego struktury, jak rozmawiać z mediami. I podobnie działało to w Niemczech, dokąd wyjechałem w 1983 roku. Miałem tam wielu znajomych. I na pewnym spotkaniu urodzinowym u mojego przyjaciela spotkałem panią z dużego niemieckiego wydawnictwa. Opowiedziałem jej o książce biograficznej mojego ojca, tej, która wpadła mi w ręce, kiedy byłem dwunastoletnim chłopcem. Na drugi dzień była u mnie z kontraktem. Kosztowało mnie to jeszcze wiele pracy – musiałem ją na nowo zredagować, uzyskałem przyzwolenie jej pierwszego redaktora Jerzego Waldorffa. „Pianista” został wydany. A potem była inna impreza, na której spotkałem kolejnego człowieka, zrobił z pięćdziesiąt filmów, m.in. „Ostatniego cesarza”. Dzięki niemu poznałem agenta literackiego, który miał pod opieką Joan Rowling, tę od „Harry’ego Pottera”. I tak to się potoczyło, mnóstwo szczęścia w życiu miałem.

Tak samo jak pański ojciec. Gdyby miał pan wymienić pięć utworów taty, które miały największy wpływ na pana życie, tych, które najbardziej pan lubi...

W tych dniach ukaże sie w Polskim Radiu płyta z Wendy Lands, którą nagrałem w Los Angeles. Tam posłucha pani moich ulubionych piosenek ojca po angielsku. Ale jest jeszcze przynajmniej z dwadzieścia pięć innych kawałków. Materiał na następne dwie płyty. Niech się zastanowię: „Czerwony autobus”, „W małym kinie”, „Tych lat nie odda nikt”...

Szkoda, że tych piosenek nie powstało więcej.

Wszystko stało się nagle. Poprzedniego wieczoru siedzieliśmy z ojcem, gadaliśmy, piliśmy piwo. Kilka dni później mieliśmy jechać do Göteborga na targi książki. Już tam nie dotarliśmy. A potem była ta awantura z Tuszyńską. Moja mama jest starszą osobą, wszystko bardzo przeżywa. Ja mam twardą skórę. Tuszyńską zaprocesuję na śmierć. A ile jeszcze pani ma tych psów i kotów, dla których szuka imienia?

Na razie wszystkie są nazwane. Ale jeśli można, to ciekawa jestem pańskiego zdania w sprawie, którą poruszyliśmy na początku tej rozmowy. Nie śmiem zapytać, w jakiego Boga pan wierzy, ale – podążając za Józefem Hellerem i jego kultową książką „Paragraf 22” – spytam, w jakiego pan nie wierzy. W miłosiernego, przebaczającego czy tego zawziętego, mściwego?

W żadnego. Gdyby był, nie pozwoliłby na to wszystko. Nie byłoby Umschlagplatzu, tej całej niesprawiedliwości, morderstw. Więc ja się go wyrzekam, będę żył tu i teraz. A pani niech nazywa swoje zwierzaki, jak chce. Mając na uwadze, że Ryfka komuś się źle skojarzy. Bo chuda i ruda.

Ja też bym nie chciał, żeby w moim kraju było mnóstwo Arabów, którzy mnie, Żyda, nienawidzą. Ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że jest pośród nich wielu przyzwoitych, potrzebujących pomocy ludzi. Wie pani, że to my, świat zachodni, doprowadziliśmy do tego bałaganu, z którym nie wiemy teraz, co zrobić?