Wołodyjowski zaś zdjął hełm z głowy: chwilę spoglądał jeszcze na ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić” – opisywał Henryk Sienkiewicz. Na „małego rycerza” czekało jeszcze jego przeznaczenie. Musiał wysadzić się z twierdzą kamieniecką w powietrze. A przeznaczenia nie można uniknąć, zwłaszcza jeśli bohater całym swym intelektem i osobowością tak kreśli ścieżki losu, by na koniec musiało się ono zrealizować.

Nie Lech a Jarosław

Wołodyjowski, ilekroć miał wybór, dokonywał takiego, by wreszcie skończyć jako efektowny fajerwerk. Wprawdzie od strony politycznej czy militarnej zupełnie pozbawiony sensu, lecz za to przecudnej urody. Taki, że potomni z zachwytem wspominają go do dziś. Jerzy Michał Wołodyjowski to postać fikcyjna, którą Sienkiewicz ulepił z pierwowzoru, tak, by dobrze pasowała do koncepcji powieści, lecz na szczęście Polska dorobiła się innego „małego rycerza”. Michałowi Kamińskiemu Wołodyjowski kojarzył się z Lechem Kaczyńskim. Chciał nawet użyć porównania do "małego rycerza", przygotowując kampanię wyborczą prezydenta, kiedy ten miał się ubiegać o reelekcję. No, ale przedstawiciel licznego rodu Kamińskich, po tym jak zdążył już być fanem Pinocheta, gorącym wrogiem pisowskiej dyktatury, a w międzyczasie działaczem większości partii egzystujących w Polsce, co krok udowadnia, że spostrzegawczość nie jest jego największą zaletą. Łatwo bowiem dostrzec, że syndrom Wołodyjowskiego dotknął nie Lecha, lecz Jarosława, czego widocznym ostatnio efektem jest pobojowisko, na którym legły kolejne, wybebeszone instytucje państwa.

"Mały rycerz" może spokojnie rozejrzeć się po polu chwały, złożyć sobie gratulacje za skuteczność, następnie za nie podziękować, a nawet trochę tymi szczerymi podziękowaniami zawstydzić. A na podsumowanie rzec: „Nic to!”. W końcu nie takie rzeczy się robi ze szczerej miłości do ojczyzny. Przeznaczenie zaś czeka, a jest nim odpalenie takiego fajerwerku, żeby suweren długo popamiętał. Ścieżki losu już zaczęły się układać tak, by to widowisko stawało się nieuchronne. Przy czym sam bohater wcale nie musi jeszcze tego dostrzegać. Po prostu, czasem siedząc z boku, widać lepiej.

"Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała" – poinformował Michała Aleksandrowicza Berlioza Woland, na koniec bardzo ciekawej dysputy o istnieniu Boga. Zaś szef Massolitu nijak nie chciał uwierzyć, że wkrótce straci głowę, nie dostrzegając związku między Annuszką, olejem i dekapitacją. To jedynie potrafili zawczasu powiązać diabeł i Michaił Bułhakow, przewidując nieuchronność poślizgu Berlioza wprost pod nadjeżdżający tramwaj. Tyle mistrzowska literatura, choć w Polsce olej też już został rozlany.

Taktyczny błąd

A przecież na reformie systemu sprawiedliwości obecna władza wcale nie musiała się poślizgnąć. Ba! – dzięki niej mogła w końcu przebić "szklany sufit" 40 proc. poparcia wyborców. Jakie są sądy w Polsce, każdy widzi, a kto miał nieszczęście doświadczyć styczności z nimi, wie, że lepiej od razu dokonać rozległego samookaleczenia. Mniej boli. Szczegółowa lista grzechów wymiaru sprawiedliwości III RP pewnie byłaby obszerniejsza od "Trylogii" Sienkiewicza. Cóż zatem trudnego w tym, by stale przypominać te najbardziej szokujące, a jednocześnie zaprezentować suwerenowi szczegółowy program naprawy. Potem omówić go punkt po punkcie, przez pół roku wałkować niuanse, aż wreszcie spokojnie wcielić go w życie. W trybie zgodnym z konstytucją. Podporządkowanie zaś sędziów partii rządzącej po prostu sobie darować, bo czasami do władzy dochodzi też łaknąca zemsty opozycja. Na oczernianie pojedynczych sędziów w ogóle nie tracić czasu, bo wystarczyło im dać czas w telewizji, aby sami snuli opowieści typu – jak ciężko jest z 10 tys. wypłaty dociągnąć do kolejnej. Po takich występach rozdygotany suweren od razu ma ochotę chwycić za świeczki i gnać pod najbliższy budynek sądu, żeby go podpalić.

Ale taki scenariusz zdarzeń był od początku zupełnie niemożliwy, ponieważ zapobiegał przeznaczeniu. A jak wiadomo, przeznaczeniem „małego rycerza” jest najpierw zamknąć się w oblężonej twierdzy. Czasami samemu, a czasami w towarzystwie Ketlinga lub innego zdesperowanego asystenta. Dlatego ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym powstały w tajemnicy, uchwalano je w błyskawicznym trybie nocnym, robiąc wszystko, żeby udowodnić obywatelom, że władza dokonuje wielkiego przewału. Do tego złamano wszelkie obowiązujące reguły demokratycznej gry, łącznie z konstytucją. Tym sposobem pobudzając opór społeczny, z jakim do tej pory rząd się nie zetknął (poza jednorazowym „czarnym protestem”). Wcześniejsze manifestacje miały charakter zinstytucjonalizowany. Organizowały je partie opozycyjne lub KOD. Tym razem reakcja była oddolna i włączyli się do niej zupełnie nowi ludzie. Co więcej, w większości wiekowo jeszcze dalecy od zostania utrzymankami ZUS. Trudno o lepszą ścieżkę w stronę przeznaczenia.

Wołodyjowski musi mieć fajerwerki

Ku niemu Kaczyński parł już kilkukrotnie: wychodząc wraz z bratem z kancelarii prezydenta Wałęsy, odgrywając kluczową rolę w krótkiej historii rządu Jana Olszewskiego i dekadę temu przy upadku koalicji PiS z LPR i Samoobroną. Wszystkie te fajerwerki były jednak zdecydowanie zbyt mało efektowne. Acz recepta na ich skonstruowanie jest niezmiennie ta sama. Należy wprawić kogo się da w dygot, zrazić do siebie wszystkich sojuszników, zmaksymalizować liczbę wrogów, przerazić umiarkowanych wyborców, wreszcie okopać jedynie w towarzystwie radykałów. Na koniec lont od beczek z prochem podpali się już sam. Zabawne, że niemal wszyscy uwierzyli, że tym razem syndrom Wołodyjowskiego w prezesie się nie odezwie. Nawet dziś największy lęk w środowiskach liberalnych wzbudza to, że PiS zawłaszczy wszystkie instytucje państwowe, nałoży kaganiec mediom i wygra wybory za dwa lata. A potem "system się domknie". No, ale wtedy nie byłoby żadnego efektownego fajerwerku, więc jest to scenariusz dla "małego rycerza" nie do przyjęcia.

Dlatego od samego początku prezes PiS robił wiele, żeby jego podwładnym nijak się powyższego planu nie udało zrealizować. W polskim, bardzo ułomnym, systemie politycznym, gdy jedna partia zdobędzie większość głosów w parlamencie, jedynym skutecznym „bezpiecznikiem”, chroniącym przed jej totalną samowolą, jest prezydent. Od zwycięstwa PiS (odniesionego w dużej mierze dzięki fenomenalnemu sukcesowi Andrzeja Dudy) prezes zrobił, co tylko mógł, żeby poniżyć głowę państwa. Staranie unikając stwarzania pozorów, że Duda coś znaczy, o czymś decyduje, ma własne zdanie i tym podobne szczegóły budujące poczucie wartości człowieka. Sukcesywnie spychając go do narożnika, w którym pozostawanie oznaczało tracenie szansy na reelekcję. W perspektywie młody polityk miał więc powrót na uczelnię, w objęcia kolegów prawników. Ci już nieraz dawali wyraz temu, co mu zrobią, gdy spotkają go bez obecności ochroniarzy. Ostatecznie prezydent został dociśnięty do ściany ustawami wysadzającymi w powietrze KRS i Sąd Najwyższy. Po czym zaskoczone kierownictwo PiS szczerze się zdziwiło, że nie jest samobójcą. Najzabawniejsze jest to, że tak traktowano jedynego w Polsce człowieka mogącego dowolnie używać weta, którego rządząca partia nie ma w praktyce szansy odrzucić. Przeznaczenie?

Problem z wetem

Jeszcze bardziej symptomatyczna jest reakcja Jarosława Kaczyńskiego i jego najbliższych zauszników na powstałą sytuację. Istnieje cała gama możliwości, żeby prezydenckie weto przekuć w sukces partii. Dopieścić medialnie Dudę (w końcu rządowa telewizja jest nie tylko po to, żeby puszczać w niej paski z informacjami wskazującymi, że obsługa nadużywa środków halucynogennych), dać możność wpływania na decyzje rządu, oddać jeden z resortów człowiekowi prezydenta, np. Ministerstwo Spraw Zagranicznych lub Ministerstwo Sprawiedliwości. Jednak szukanie takiego kompromisu oznacza, że fajerwerku nie będzie. Syndrom Wołodyjowskiego wymusi działania zupełne odwrotne. Już spuszczeni na chwilę ze smyczy zausznicy prezesa przystąpili do ataku. Gwiazda komisji śledczej ds. Amber Gold Marek Suski, uzewnętrzniając partyjny przekaz dnia w internetowej telewizji wpolsce.pl, porównał Dudę do „wojsk rosyjskich podczas Powstania Warszawskiego”, oskarżając o czekanie aż PO i PiS się wykrwawią w walce. Z kolei marszałek Sejmu Ryszard Terlecki w prezydencie mniej widzi czerwonoarmistę, a bardziej członka układu „który tak histerycznie się broni”.

Natomiast ekspert od rodzinnych koligacji dr Jerzy Targalski podejrzewa raczej, że to "bezpieka" (Mariusz Błaszczak?) zawładnęła psychiką Dudy za pomocą „Ucha prezesa”. To, że dr Targalski nie znajduje się jeszcze w kręgu najbliższych współpracowników Kaczyńskiego, jest coraz mniej zrozumiałe. Jego moce umysłowe wskazują, że znakomicie by się tam wkomponował. Tak nieustannie dyskredytowany prezydent, nawet gdyby teraz odrzucał myśl o wyłuskaniu sobie własnej frakcji w PiS lub o zbudowaniu obozu politycznego poza macierzystą partią, w końcu będzie musiał o tym pomyśleć. Zwłaszcza że zemsty chce też minister Ziobro. O mały włos zostałby on najpotężniejszym człowiekiem w Polsce, zaraz po prezesie, i jego naturalnym spadkobiercą. A zły prezydent mu to zawetował. W tym zapętleniu obozu władzy realizacja przeznaczenia wydaje się już bliska. Założenie, że Jarosław Kaczyński będzie długo znosił prezydenta, co to ośmiela się mieć własne zdanie, i dawał mu czas na budowanie własnego obozu, to wręcz herezja. „Mały rycerz” jak zawsze poprowadzi szarżę na pohańca, a potem okopie w twierdzy. Wpuści do niej głównie zaufanych radykałów. Takich, których każdego ranka ze snu zrywa ich własny okrzyk „Zdrada!”. A potem, myjąc zęby przed lustrem, podejrzewają, że ten naprzeciw ze szczoteczką to na pewno coś knuje. Miejsce w twierdzy znajdzie się też dla stałego zestawu przybocznego. Ma on to do siebie, że swe myśli skupia na tym, co myśli prezes i czy się myśli tak samo, jak prezes myśli albo najlepiej nie myśli, bo przecież prezes myśli. Co w sumie jest imponujące, bo takie całodzienne skupianie myśli na jednym każdego zwyczajnego człowieka niechybnie doprowadziłoby do szaleństwa lub przynajmniej wąchania kleju.

Poza murami twierdzy pozostaną zaś wszyscy inni, co wprawdzie popierali prezesa, lecz na jakimś etapie życia zgrzeszyli objawem samodzielności. Nawet jeśli tylko o niej pomyśleli. Po takim rozstawieniu pionków pozostanie już tylko jedno – zrealizować przeznaczenie. Matkę wszystkich fajerwerków, jak lubił mawiać niezapomniany Saddam Husajn. Czyli wybory parlamentarne na jesieni o zdobycie większości konstytucyjnej, z taką kampanią, jakiej Polska nie doświadczyła. Ale nic to, bo fajerwerk będzie niezapomniany.