Ekonomiczny mainstream bije na alarm: Trump to wariat, który nic nie rozumie z ekonomicznego abecadła. „Pięć powodów, dla których skupianie się na deficycie handlowym jest błędem” – tekst pod takim tytułem napisał niedawno Robert Z. Lawrence z Uniwersytetu Harvarda. Ekonomista wyłożył w nim, co następuje.

Punkt pierwszy. Deficyt handlowy nie musi być niczym złym. Choć notujący go kraj przegrał w globalnych zawodach na najbardziej konkurencyjne produkty i usługi, to jego mieszkańcy kupili produkty tańsze lub lepszej jakości, niż oferują to rodzimi wytwórcy.

Punkt drugi. Deficyt oznacza, że do kraju napłynął kapitał zagraniczny. Dzieje się tak, gdy import przewyższa eksport, więc kraj z deficytem znaleźć musi środki na wyrównanie różnicy. W gospodarce zamkniętej sytuacja byłaby zabójcza. Nie byłoby pieniędzy na nowe inwestycje albo fabryki. Ale w gospodarce otwartej problemu nie ma. Można pożyczyć pieniądze za granicą. Inwestorzy (z krajów, które mają nadwyżki) szukają miejsc, gdzie mogą zainwestować wolne środki. Bywa, że można w ten sposób pożyczyć tanio. Na warunkach lepszych niż mógłby zaproponować krajowy bank.

Punkt trzeci. Deficyt handlowy wcale nie musi prowadzić do odpływu miejsc pracy za granicę oraz do wolniejszego tempa wzrostu. Historia Ameryki akurat takiemu przekonaniu przeczy. Notowano tam fazy szybkiego wzrostu w latach 80. czy 90., a przecież były to już czasy, gdy deficyt handlowy bił kolejne rekordy. Nie ma bowiem reguły. Import może wszak rosnąć choćby z powodu zwiększenia się zarobków. Ludzie będą wtedy kupowali więcej towarów zagranicznych, ale i krajowych. W związku z tym zatrudnienie i tempo wzrostu nie spadnie. Co innego, gdy import zostanie wywołany dramatyczną obniżką cen towarów zagranicznych. Wtedy faktycznie zwiększony import gospodarce nie posłuży.

Punkt czwarty. Nieprawdą jest, jakoby jedynie deficyt handlowy wyjaśniał spadek zatrudnienia w przemyśle w krajach rozwiniętych. Za 80 proc. tego zjawiska – zdaniem Lawrence’a – odpowiadają inne czynniki. Głównie zwiększająca się produktywność amerykańskiej produkcji.

Punkt piąty. To mit, że handel między państwami powinien być zrównoważony. To znaczy powinny one od siebie kupować mniej więcej tyle samo, ile sobie sprzedają. Pomiędzy dwoma krajami dałoby się to jeszcze od biedy jakoś zorganizować. Ale już przy trzech graczach pojawi się problem. Na dodatek taka równowaga miałaby sens między gospodarkami na podobnym poziomie. W prawdziwym świecie poziom rozwoju bywa natomiast bardzo różny. I jeden kraj będzie potrzebował więcej kapitału (a więc i deficytu), a inny zaś zadowoli się nadwyżką, którą z konieczności zainwestuje za granicą.

Jak zapewne państwo się zorientowaliście, argumentacja Lawrence’a wskazuje, że nierównowagami handlowymi przejmować się nie należy. Bo to niebezpieczna naiwność sądzić, że świat byłby lepszy, gdyby wszyscy notowali nadwyżki. Tak naprawdę taka sytuacja jest niemożliwa. Zgodnie z tą argumentacją polityka Trumpa to ekonomiczna porażka. Jest w tym wszystkim jedna zagwozdka. Niesamowicie zastanawiające, że to, co dziś (słusznie!) zarzuca się Trumpowi, bywało przedstawiane jako rozsądna polityka ekonomiczna. Zwłaszcza przez komentatorów europejskich, którzy twierdzili, iż oparty na nadwyżkach handlowych model niemiecki powinien być wzorem do naśladowania dla innych. Pamiętacie europejski kryzys zadłużeniowy, gdy okazało się, że karty rozdaje ten, kto notuje nadwyżki? A zadłużeni nie znają dnia ani godziny? Trump, jak się zdaje, tamtą lekcję odrobił. I chce być jak Angela Merkel. Niestety.