Polacy znów zadziwili, acz tym razem zachodnich naukowców. Jak się okazuje nasze poczucie zupełnej bezużyteczności dla społeczeństwa, tego, co robimy w pracy, nie ma sobie równych. Dwaj profesorowie ekonomi Robert Dur z Erasmus University w Rotterdamie oraz Max van Lent z Leiden University w opracowaniu pt. „Socially Useless Jobs” („Społecznie bezużyteczne prace”) zaprezentowali rezultaty badań przeprowadzonych w 47 krajach na próbie ok. 100 tys. pracowników. Wynika z nich, że wskaźnik odczuwania przez ludzi zupełnej bezużyteczności ich pracy dla społeczeństwa jest w Polsce dwukrotnie wyższy niż w USA czy Czechach. Generalnie żadna inna z obserwowanych nacji nie jest tak mocno przekonana, iż na co dzień nie robi niczego sensownego dla swych współobywateli. Czy też, gdyby użyć modniejszego obecnie słowa - narodu.

Słysząc taką diagnozę, można z początku zapałać świętym oburzeniem. Przecież wystarczyć rzucić okiem na polskie media, by zobaczyć brylujące w nich tabuny osób, chcących się poświęcać dla narodu. Żądają wręcz one, by je wykorzystywać na wszelkie możliwe sposoby. Doszło do tego, że posłowie rządzącej partii wkrótce obniżą sobie zarobki o 20 proc., byle tylko dać od siebie narodowi jeszcze więcej. Czy to oznacza, iż holenderscy ekonomiści się pomylili lub co gorsza, ogarnięci antypolską fobią, sfałszowali wyniki badań? Niestety prawda może okazać się jeszcze bardziej wstrząsająca.

Profesorowie Dur i van Lent przewidzieli przyszłość. Do tej pory zwykli Polacy, zwłaszcza ci zatrudnieni w administracji państwowej lub samorządowej, nie mieli złudzeń. Robienie czegokolwiek w imię wspólnego dobra nie ma sensu. Powszechnie wiadomo, że gdy po kolejnych wyborach przyjdzie nowa władza, zacznie od zniszczenia wszystkiego, co zbudowali poprzednicy. Nikt też nie myśli o próbach poprawiania czy ulepszania zastanych rozwiązań. To akurat oznaczałoby przyznanie, iż poprzednicy mogli mieć dobre intencję, a nawet jakąś rację. W Polsce liderom każdego z ugrupowań politycznych taka postawa przyniosłaby większy ból, niż zrobienie sobie oburącz Hara-kiri przy użyciu służbowego smartfonu. Skoro więc rząd AWS wymyślił i stworzył Kasy Chory, to po przejęciu władzy SLD musiało je zdemontować, bez oglądania się na konsekwencje. Scentralizowany przez Sojusz Lewicy Demokratycznej system finansowania służby zdrowia PO postanowiło komercjalizować, po czym wybory wygrał PiS i zaczął go centralizować. Mijają dwie dekady nieustanych zmian i jedynie powszechny rozpirz w służbie zdrowia pozostaje niezmienny.

Taki model postępowania dotyczy tysięcy aktów prawnych i dziesiątków instytucji. Każdy człowiek, który w stopniu choć podstawowym posiadł umiejętność myślenia przyczynowo-skutkowego, wie jedno - po pierwsze, nie myśl o dobru publicznym! Jeśli nie daj Boże pomyślisz o korzyściach wspólnych, a co gorsza postanowisz coś zrobić w tym kierunku, politycy znajdą cię i wykończą. W Polsce to oni mają monopol na poświęcanie się dla narodu. Zazdrośnie też go strzegą.

Jednak syndrom poczucia bezużyteczności Dura i van Lenta może zaatakować wkrótce nawet ich. W tym tygodniu działacze dwóch kluczowych ugrupowań musieli przyjąć na szczękę wyjątkowo bolesne ciosy, wymierzone im przez własnych liderów. Najpierw załkali z bólu członkowie Platformy Obywatelskiej. Ni z tego, ni z owego Grzegorz Schetyna zdecydował, że kandydatem jego ugrupowania na prezydenta Wrocławia ma zostać Kazimierz Michał Ujazdowski. Po dwóch latach walki z „dobrą zmianą”, wigilijno-noworocznej okupacji sali sejmowej, marszach „czarnych” lub „kolorowych”, zarwanych weekendach i świętach kościelnych posłowie PO oraz lokalni działacze dowiedzieli się, iż ich poświęcenie nie miało sensu. O wiele lepiej załatwić sobie polityczny transfer do konkurencyjnej partii, bo od razu można zostać prezydentem. W tym momencie bardziej bystrzy z ideowców powinni się zastanowić, czy mamy w kraju wojnę polsko-polską, czy jednak narodową ligę piłkarską. Taką, w której prezesi zakulisowo ustawiają wyniki, a to, co dzieje się na boisku, to teatr dla oczadziałych pozorami widzów.

Przełykane po cichu łzy aktywistów PO, sprowadzonych Ujazdowskim na ziemię, są ledwie małym pikusiem przy cierpieniu ich kolegów z Prawa i Sprawiedliwości. Ktoś powinien policzyć, ilu nocy nie przespali posłowie PiS, kiedy prezes kazał im kolejny raz w dwa dni przepychać przez parlament jakąś szaloną ustawę. Co musieli przeżywać w komisjach sejmowych, wykłócając się z Joanną Scheuring-Wielgus, przy jednoczesnej konieczności zwracania się do niej za każdym razem po nazwisku. Ci ludzie stracili sporo zdrowia, a także życia osobistego. Niektórzy, jak poseł Stanisław Piotrowicz, musieli wziąć na klatę tzw. reformę sądownictwa, stając się obiektem powszechnej nienawiści ze strony obozu lewicowo-liberalnego. Posłanka Krystyna Pawłowicz przez dwa lata trwała w dwudziestoczterogodzinnej gotowości przegryzienia tętnicy szyjnej każdej „myszce agresorce”, chcącej zaatakować jej ukochanego naczelnika państwa. Po czym w nagrodę ich prezes nakazał, by własnoręcznie obniżyli swoje zarobki o 20 proc. Wszystko dlatego, że wcześniej premier Szydło wypłaciła premię ministrom. Ot, klasyczne "kowal zawinił, a Cygana powiesili".

Fakt, że ministrowie owe premie muszą teraz oddać Caritasowi, stanowi marne pocieszenie. Wprawdzie nieco bardziej może cieszyć, że i opozycja dostanie przy okazji po kieszeni. Jednak tak naprawdę w przypadku szeregowych posłów wszyscy oni stają się braćmi w cierpieniu. Takimi samymi ofiarami swoich prezesów, których nawet nie obchodzi, kto i jakie zaciągnął kredyty na poczet przyszłych zarobków. Może sobie Jacek Karnowski na łamach portalu wpolityce.pl ogłaszać, że Jarosław Kaczyński znów zaskoczył wroga swym „napoleońskim planem”, paraliżując PO. Twierdząc przy tym, iż: „Nawet więc jeśli dziś w wielu gabinetach pojawiło się przekonanie, że za pomocą kombinowanych operacji można osiągać swoje manipulacyjne cele, to jest to, nie mam wątpliwości, wyłącznie złudzenie”.

Niezależnie, co autor tej myśli miał na myśli (trudno to rozszyfrować, poza stałą konstatacją autora, że prezes genialny jest), proza życia może zaskoczyć naczelnika państwa. Jeśli bowiem posłowie partii rządzącej mieli jeszcze jakiekolwiek poczucie społecznej użyteczności swych poczynań, owo poczucie może teraz mocno osłabnąć. Dopasowując się do wyników badań Dura i van Lenta.

Tymczasem spadek morale miewa to do siebie, że gdy przychodzi konieczność poświęcenia nocy, by na sejmowej sali pokazać opozycji pazurki, a potem ją przegłosować, nachodzi człowieka nieprzeparta ochota na to, by spokojnie przespać się we własnym łóżku, aż do białego rana.