We współczesnej Polsce chodzi o to, aby zarówno bohater tego felietonu 25 lat młodszy, jak i dzisiejszy, czuli się równouprawnieni – po prostu u siebie. Aby taki stan rzeczy mógł zatriumfować, potrzebny jest system prawny neutralny wobec sprzecznych emocji światopoglądowych. Kiedy upadło cesarstwo rzymskie, resztki prawa rzymskiego działały, ale w ramach sposobu myślenia zwycięskich plemion, zatem każdego sądzono zgodnie z prawem jego ludu. W naszych warunkach oznaczałoby to sądzenie kibiców według prawa zwyczajowego kibiców, lekarzy według kodeksu lekarzy, a górali... i tak dalej

Alternatywą są sądy powszechne, realizujące prawo powszechne i sprawiedliwość w pewien sposób ślepą. Krytycy PiS wmawiają nam, że takie sądy właśnie mamy i jedyne, co niszczy ten dobrostan, to partia Kaczyńskiego. Bardziej zapalczywi posuwają się nawet do fantazji, że środowisko sędziowskie świetnie reformuje się samo, byle tylko mu nie przeszkadzać. W świecie rzeczywistym to środowisko wykorzystujące zachodnie normy praworządności w obronie własnego uprzywilejowanego statusu.

Nie ma innej drogi zmiany przyzwyczajeń jakiejś uprzywilejowanej i silnej grupy zawodowej niż poprzez konflikt z inną, podobną grupą albo silną instytucją – np. władzą ustawodawczą i wykonawczą. Niestety, PiS nie zabiega o to, aby Temida „po reformie” była równoodległa od, umownie mówiąc, III i IV Rzeczypospolitej. Gdyby nowe składy sędziowskie wybierano w głosowaniu na wiecu ulicznym, to pachniałoby to bolszewią na kilometr, za to przyniosłoby, prawdopodobnie, szalenie głębokie i niekontrolowane przez partię rządzącą zmiany.

Nominacje pichcone w gabinetach ministra sprawiedliwości i jego mocodawcy wprowadzają po prostu więcej sędziów z klucza partyjnego. W każdym środowisku znajdą się ludzie pomijani dotąd w awansach, niektórzy z powodów słusznych, inni z niesłusznych. Od mieszania w garnku jednak żadna zupa nie robi się strawniejsza. Mieliśmy mieć reformę i histerię, mamy reformę, histerię i straconą szansę.