Ponad dwa miesiące temu, 1 kwietnia, polski Sejm podjął uchwałę upoważniającą prezydenta do ratyfikowania traktatu lizbońskiego. Irlandzkie "nie" w referendum dotyczącym przyjęcia europejskiej konstytucji nie powinno zmuszać nas do stawiania sobie pytania, czy polski prezydent powinien go ratyfikować, ale zapytania raczej po raz kolejny, dlaczego do tej pory Lech Kaczyński nie złożył swojego podpisu pod tym dokumentem.

Przy pełnym szacunku dla Irlandczyków i poszanowaniu prawa, które sobie wywalczyli, by w kwestiach tak istotnych jak przyjęcie europejskiej konstytucji decydować w referendum, musimy pamiętać, że w Irlandii traktat padł ofiarą wewnętrznej batalii politycznej między rządem a opozycją. To nie była merytoryczna, rzeczowa dyskusja na temat ustaleń zawartych w tym dokumencie. Górę wzięły emocje. Dyskutowano, czy ktoś będzie Irlandczykom zabierał ich suwerenność, czy nie. Jak powiedział jeden ze znanych komentatorów, był to popis nieudolności irlandzkiego rządu i tego, jak można położyć kampanię w tak ważnej sprawie.

Chociaż Irlandia powiedziała "nie", trzeba jak najszybciej zakończyć ratyfikację traktatu lizbońskiego w tych krajach, w których czeka on jeszcze na ratyfikację. Także w Polsce. Przypomnijmy sobie potężną awanturę i wielkie zamieszanie, liczne konsultacje i czas, gdy nie było wiadomo, o co chodzi Lechowi i Jarosławowi Kaczyńskim. W grudniu, po podpisaniu traktatu, politycy głosili sukces. Później nagle okazało się, że jednak coś jeszcze trzeba zmieniać. W końcu po dużym zamieszaniu nastąpiła zgoda i upoważniono prezydenta do ratyfikacji traktatu. Od tamtej pory mijają dwa miesiące i mamy ciszę.

Po wydarzeniach irlandzkich Europa tym bardziej powinna pokazać, że chce zmiany i reformy instytucji UE i uznaje, że model, który funkcjonował do tej pory, dziś jest już niesprawny. Demonstrowanie w pozostałych krajach Unii Europejskiej woli ratyfikacji zmiany biurokratycznego brukselskiego molocha jest niezwykle istotne.

Niemniej do podpisywania traktatu nie powinien prezydenta ani zniechęcać sprzeciw Irlandczyków, ani nie muszą go do tego zachęcać wyniki najnowszych badań, jakie przeprowadzono w naszym kraju. Pokazują one, że gdyby referendum odbywało się w Polsce, to 70 proc. Polaków, które brałoby w nim udział, oddałoby głos na "tak". Tak więc wszystkie ustalenia sejmowe i konstytucyjne, które doprowadziły do podjęcia uchwały upoważniającej prezydenta do ratyfikowania traktatu, powinny być podstawowym i wystarczającym wyznacznikiem. Ani decyzje Irlandczyków, ani sondażowe opinie Polaków nie zmieniają prawno-konstytucyjnych obowiązków głowy państwa. Tym bardziej gdy przypomnimy sobie, z jakim bólem ten traktat powstawał. Najpierw wykuwane były zręby reform, które w przyszłości miały objąć Unię. Po tym nastąpił 2-letni czas refleksji, a jeszcze później okazało się, że niektóre państwa członkowskie nie mogą dojść do porozumienia. Nic w tym dziwnego, gdy chodzi o pół miliarda obywateli, którzy mają sprzeczne interesy, a w grę wchodzą potężne unijne pieniądze, to wiadomo, że rozmowy będą raczej przypominały targ i ciągłe umawianie się.

70 proc. Polaków mówiących, że oddaliby głos na europejską konstytucję to bardzo dobry wynik. Mam tylko nadzieję, że jest to wynik rzeczywistego myślenia o Unii Europejskiej i reformie, a nie wewnętrznej gry sił politycznych, jak to miało miejsce w Irlandii i oddawania głosu w sprawach europejskich, a nie za lub przeciwko rządowi w Polsce.

W polskiej batalii o traktat była już uchwała, kompromis, trudne negocjacje i przerywanie negocjacji. Szanujmy te procesy. Bardzo łatwo jest niszczyć długo wypracowywane reguły, a bez nich budować coś sensownego byłoby znacznie trudniej. To powinno skłonić prezydenta, by jednak usiadł przy biurku i złożył cenny podpis na dokumencie ratyfikującym.