Nie ma ich prawa do adopcji, nie ma kwot genderowych, nie ma aborcji, nie ma Boga i nie ma jego osobistych nieprzyjaciół. Wojna kulturowa, która wybuchła w Ameryce pod koniec lat 60., umarła nagle, zupełnie niespodziewanie, w samym środku najżywszej od lat politycznej batalii.

Demokrata Barack Obama jest obyczajowym konserwatystą, co najwyżej centrystą koncentrującym się na kwestiach ekonomicznych i społecznych. Parokrotnie wygłosił pochwałę tradycyjnej, „kompletnej” rodziny i skrytykował sytuację, w której coraz więcej dzieci wychowuje się w Ameryce bez ojca. Swoje wyborcze obietnice kieruje do „ciężko pracujących amerykańskich rodzin”. Używa w kampanii mieszanki socjalnego populizmu i obyczajowego konserwatyzmu. Jako kolorowy polityk może sobie pozwolić na więcej obyczajowego konserwatyzmu, niż to przysługuje białym.

Demokraci pamiętają, że wojna kulturowa już dwa razy z rzędu pozbawiła ich zwycięstwa w prezydenckich wyborach. Amerykanie naprawdę nie chcieli Busha juniora, ale Demokraci nie dali im wyboru, pakując obu swoich kandydatów - Gore’a i Kerry’ego - w najbardziej radykalną obyczajówkę. W język radykalnych środowisk gejowskich i feministycznych, który dla białych robotników z Pensylwanii czy Ohio, stanów obyczajowo konserwatywnych, a może po prostu zwyczajnych, był prowokacją, praniem ich po pyskach i upokarzaniem. Na co mogli odpowiedzieć tylko w jeden sposób - głosując na republikanina.

Sarah Palin miała wprowadzić konserwatywne wątki obyczajowe do kampanii Republikanów, ale nie wprowadziła. Rzucono ją ostatecznie na główny front walki z „podatkowym socjalizmem Obamy”. Konserwatywna, ale jednocześnie mocno wyemancypowana matka nastolatki w ciąży stała się postacią zbyt nieoczywistą, żeby to na niej budować wojnę kulturową starego typu. Tę pomiędzy dawnym uporządkowanym światem ciężko pracujących facetów i siedzących w domu matek a obozem lewaków, gejów i feministek, który chce to wszystko zburzyć. Schwarzenegger też nie przyjechał do Ohio, żeby potępić kalifornijskie gejowskie małżeństwa, ale żeby walczyć z podatkowym socjalizmem, stać się antysocjalistycznym terminatorem ze swoim metalicznym germańskim akcentem.

Czy zresztą republikański gubernator Kalifornii byłby przekonujący jako bicz na gejów, skoro w latach 70. pomagał mu w robieniu kariery homoseksualista Andy Warhol, który nawet wystawił nagiego Schwarzennegera jako żywy nagi posąg na jednej ze swoich wystaw? Wreszcie McCain, wychowany w bazach wojskowych, a nie w fundamentalistycznych kościołach Południa, rozwodnik, polityk, którego romans z sekretarką był rozgrzebywany przez „New York Timesa”... On też nie nadawałby się na sztandar kulturowej wojny. Zatem nie tylko kryzys ekonomiczny i Irak przesądziły o śmierci wojny kulturowej w Ameryce. Cały model się wyczerpał, z jego złudnej prostoty uciekło całe realne amerykańskie życie.

Wojna kulturowa pozostawiła po sobie zgliszcza: gejów znienawidzonych przez moralną większość bardziej niż przed wybuchem tej wojny, Boga zaprzęgniętego do polityki, rodzinę atakowaną za konserwatyzm, zideologizowaną kulturę... Ponieważ wojna kulturowa zaczęła się w Ameryce, a stamtąd trafiła do Europy, jej nagła śmierć w samym środku tej prezydenckiej kampanii daje nadzieję, że także w Europie skończy się polityka prowadzona przy użyciu Boga, obyczajowych donosów, kobiecych brzuchów i gejowskich adopcji. Nie będę po niej płakał.