BARBARA KASPRZYCKA: "Cudu gospodarczego nie będzie" - tak można podsumować raport Business Center Club, którego jest pan ekspertem, na temat pierwszego roku rządu PO-PSL. Kiedy 10 miesięcy temu decydował się pan na stanowisko wiceministra finansów, wierzył pan, że cud jest w naszym zasięgu?

PROF. STANISŁAW GOMUŁKA: Miałem przekonanie, że odpowiednie reformy mogą stworzyć warunki do tego, żeby wzrost gospodarczy w Polsce przyśpieszył. Ale na pewno nie myślałem o perspektywie roku czy dwóch, lecz co najmniej dwóch kadencji parlamentarnych. Obecna kadencja miała być kadencją reform, które mogłyby w przyszłości doprowadzić do owego "cudu" w wysokości 6-7 procent wzrostu gospodarczego rocznie.

Co się nie udało zrobić przez ten rok?
Już na wiosnę przekonałem się, że w kwestiach takich jak reforma emerytalna Ministerstwo Finansów ma mocno ograniczone możliwości działania. Opór polityczny był bardzo silny. W szczególności szybkie podniesienie wieku emerytalnego kobiet do 65 lat, które miało poparcie chociażby rzecznika praw obywatelskich, nie znalazło się w programie rządowym. Podobnie nie było entuzjazmu dla ograniczenia przywilejów emerytalnych służb mundurowych i pracowników wymiaru sprawiedliwości, znaczącej reformy KRUS, bardziej elastycznych reguł indeksacji rent i emerytur, przeglądu wszystkich wydatków rentowych, reformy Karty nauczyciela i zmniejszenia zatrudnienia w szkolnictwie. Zrozumiałem, że skoro koalicja nie ma dostatecznych sił do odrzucenia prezydenckiego weta i skoro koalicjant - PSL - wykazuje mocno wstrzemięźliwe poparcie dla reformy finansów publicznych, to nie mam możliwości działania. A chodziło o ograniczenie wydatków sztywnych budżetu i zasadniczą reformę podatkową.

No właśnie, podatki. Platforma obiecywała ich obniżenie. Nic takiego się nie stało.
Zarówno Zbigniew Chlebowski, jak i Donald Tusk przed wyborami zapowiadali jednoczesne zmniejszenie obciążeń podatkowych i deficytu budżetowego. To budziło mój entuzjazm. W realizacji okazało się jednak niewykonalne, bo wymagałoby albo niezwykłego tempa rozwoju gospodarki, albo radykalnego obcięcia wydatków budżetowych. Pierwsze nie było możliwe, a na drugie nie było zgody.

Kto się nie zgadzał?
Po części chodziło o opór PSL, ale w dużym stopniu zrezygnował z tych kroków sam premier Tusk. Spodziewał się bowiem, że obcinanie wydatków oznaczać musi konfrontację z prezydentem i opozycją. Ku mojemu zdziwieniu opór dotyczył również prywatyzacji, której przyśpieszenie obiecywano. Ze strony ministra skarbu Aleksandra Grada widziałem niezwykłą opieszałość w tym względzie. Praktycznie więc w mijającym roku nie zaczęła się żadna z najważniejszych zapowiadanych prywatyzacji: ani PKO BP, ani PZU, ani KGHM czy Orlenu. Najwyraźniej w obawie, że pod obstrzałem opozycji koszty polityczne mogły by się okazać zbyt wysokie.

Ale kosztami obarczona jest też przegłosowana kilka dni temu ustawa o emeryturach pomostowych.
To prawda, w tym przypadku rząd się nie ugiął. Chyba dlatego że wcześniej kolejne rządy wysuwały już tego typu propozycje ograniczenia przywilejów emerytalnych. Premier Tusk mógł więc liczyć, że koszty polityczne będą znośne. Zresztą dziś chyba większość Polaków zdaje już sobie sprawę, że utrzymanie tych przywilejów odbyłoby się ich kosztem. Drugą ryzykowną, ale pozytywną inicjatywą jest pakiet ustaw o reformie systemu ochrony zdrowia. To są dwa przypadki, w których rząd Tuska wykazał się odwagą, bo należało przypuszczać, że oba mogą prowokować opór społeczny. Ale to wciąż za mało, żeby mówić o poważnych reformach pozwalających na szybki marsz do euro czy na obniżenie podatków. Zyski finansowe z tych dwóch przedsięwzięć są bowiem rozłożone w czasie, w dwóch latach najbliższych niewielkie.

Jest pan dziś rozczarowany tym rządem?
Jeżeli jestem rozczarowany, to nie od dziś. Pół roku temu, odchodząc z Ministerstwa Finansów, doszedłem do wniosku, że rząd, realnie rzecz biorąc, stawia sobie bardzo ograniczone cele w tej kadencji. W gruncie rzeczy chodzi mu o przetrwanie do następnych wyborów parlamentarnych. Przetrwanie w możliwie dobrej kondycji: nie tracąc zbyt dużo, a może nawet wiele zyskując. Na tym, przypuszczam, polega strategia polityczna premiera Tuska. I być może jest to znakomita strategia, taka, która rzeczywiście za trzy lata przyniesie Platformie Obywatelskiej miażdżące zwycięstwo, które z kolei pozwoli później przeprowadzić wszystkie czy niemal wszystkie zamierzone reformy. W takim przypadku będę pierwszym, który Donaldowi Tuskowi pogratuluje. Bo rzeczywiście w obecnej sytuacji politycznej jest niezwykle trudno wprowadzać znaczące reformy. Premier wybrał więc strategię "kochajmy się" i przeprowadzanie stosunkowo niewielkich korekt. Byłaby to w zasadzie, przynajmniej w sferze gospodarczej, kontynuacja strategii poprzednich kilku rządów.

Jak rząd zdał test największego od dziesięcioleci kryzysu finansowego?
Wydaje się, że zbyt długo opierał się w działaniu na przekonaniu, że te potężne światowe zawirowania dotrą do Polski tylko w niewielkim stopniu. Test jest dopiero przed ministrem Rostowskim i premierem Tuskiem: czy i jak zmienią założenia przyszłorocznego budżetu, bo dotychczasowe propozycje stały się zupełnie nierealistyczne. Dochody budżetu z pewnością będą dużo niższe od zakładanych. Ten brak realizmu w końcu wyjdzie na wierzch.

Na Platformę głosowali w dużej części przedsiębiorcy, licząc na ułatwienie działalności. Przeliczyli się?
Jest wiele głosów rozczarowania. Spore oczekiwania wiązano z komisją Janusza Palikota, ale zdaje się, że przy całej swojej aktywności nie jest on najlepszą osobą na to stanowisko. Prace komisji są chaotyczne, dotyczą bardzo wielu dość przypadkowo wybranych zagadnień, a wszystko na głowie jednego posła Palikota, który chyba nie ma wybitnych zdolności organizacyjnych. Swoją aktywnością medialną nie ułatwia też współpracy międzypartyjnej. Jeśli chodzi więc o ułatwienia dla przedsiębiorców, to mają oni powody do rozczarowania. Ale też z wdzięcznością przyjmują każdą realną próbę ułatwienia im życia, każdy postęp czy inicjatywę podejmowaną z myślą o nich. I trzeba dodać, że takie nastawienie w rządzie Donalda Tuska znajdują.