Posłanka PiS, i to nie byle jaka, bo będąca jedną z najważniejszych medialnych i intelektualnych twarzy swojej partii, wystąpiła wspólnie z Omarem Farisem, Sekretarzem Generalnym Towarzystwa Przyjaźni Palestyńsko-Polskiej, który obiektywizmu w kwestii konfliktu w Strefie Gazy nawet nie udaje, potępia tylko Izrael, a w działaniach Hamasu żadnego problemu nie widzi.

Ze wspólnego apelu Farisa i Szczypińskiej można się dowiedzieć, że ich "wzburzenie i protest wywołują trwające od kilku tygodni okrutne działania okupacyjno-wojenne prowadzone przez wojska izraelskie...", w konsekwencji których „na oczach całego świata odbywa się wyniszczenie narodu palestyńskiego”.

Czy to jest stanowisko mówiące całą prawdę o konflikcie w Strefie Gazy? Chyba nie, bo po pierwsze, celem Izraela nie było "wyniszczenie narodu palestyńskiego" - i to takie maksymalnie sadystyczne, "na oczach świata" - skoro przed kilku laty to właśnie Izrael zgodził się na powstanie Autonomii Palestyńskiej. Wycofał, a nieraz nawet wyeksmitował stamtąd osadników żydowskich, bo miał nadzieję, że Palestyńczycy będą potrafili powierzonymi im terytoriami pokojowo administrować.

Gdyby eksperyment z Autonomią się powiódł, Palestyńczycy mieliby własne państwo, zasypywane pieniędzmi zarówno od naftowych szejków, jak też z Unii Europejskiej a nawet Ameryki. Bo wszyscy wiedzą, że pokojowe współistnienie państwa Palestyńskiego i państwa Izrael jest lepszą gwarancją bezpieczeństwa dla Żydów na Bliskim Wschodzie, niż dziesiątki atomówek, a nawet amerykańska armia w Iraku.

Jeśli dzisiaj na Strefę Gazy zamiast miliardów dolarów i euro spadają izraelskie pociski i bomby, to także dlatego, że Hamas najpierw dokonał w Strefie Gazy zwyczajnego puczu, a później zaczął traktować mieszkających tam Palestyńczyków jak żywą tarczę dla swoich rakiet i swoich "bojowników". Żydzi na los takich "żywych tarcz" istotnie bywają czasem mało wrażliwi. Bo kiedyś ich własny naród był eksterminowany na oczach świata, a pamięć o tym nie sprzyja subtelności, rozwija raczej instynkt samozachowawczy, czasem do granic paranoi.

Tak więc opowieść o konflikcie na Bliskim Wschodzie jest trochę bardziej skomplikowana, niż by to sugerowało wystąpienie posłanki Szczypińskiej, która stanęła po jednej stronie, Hamasu nie potępiając, jego odpowiedzialności nie widząc.

Pytanie, czy to jest również linia Jarosława Kaczyńskiego? I drugie pytanie, czy tak jak dzielimy się na kibiców PiS-u i PO, tak samo musimy się dzielić na kibiców Hamasu albo państwa Izrael? To przecież nie jest jakiś mecz futbolowy, choć i tę wojnę oglądamy tylko w telewizorach. Tutaj dyplomatyczny remis byłby wskazany bardziej, niż na jakimkolwiek boisku.