Zmiana na stanowisku sekretarza generalnego NATO niewiele zmieni w tej organizacji, ale nowy szef ma okazję, by pokazać inną twarz Sojuszu. Bardziej ludzką. Za jego poprzednika kojarzyła się ona raczej z autorytarnym ojcem wywijającym paskiem niż miłym wujkiem wyciągającym rękę z cukierkami. W Afganistanie to surowe oblicze napsuło sporo krwi. Jeśli NATO chce zrobić tam wciąż coś pożytecznego, powinno zacząć od zmiany wizerunku.

Anders Fogh Rasmussen, były duński premier, jest postacią, która może tego dokonać. Uprzejmy, miły, nienagannie ubrany, ze znakomitymi manierami nie kojarzy się ze szturmowcami bombardującymi pasztuńskie wioski. Nie tylko wygląd, ale także jego słowa sugerują, że będzie bardziej ugodowy od poprzednika. W przemówieniu inaugurującym objęcie urzędu nie mówił o wzmożeniu wysiłków zbrojnych w Afganistanie, lecz o potrzebie zwiększenia pomocy cywilnej, odbudowaniu infrastruktury, systemu oświaty. To dobry znak na przyszłość.

Poprzednik Rasmussena Holender Jaap de Hoop Scheffer był zwolennikiem rozciągnięcia misji NATO na cały Afganistan, czego dokonał na szczycie Paktu w Rydze w 2006 roku. Od tego czasu nie Amerykanie, ale wszyscy członkowie Sojuszu, w tym Polska, wzięli na siebie odpowiedzialność za wygranie wojny z talibami. Scheffer do końca urzędowania wzywał do zwiększenia liczby oddziałów pod Hindukuszem. Więcej wojska, więcej sprzętu – to według niego recepta na zwycięstwo, a przynajmniej opanowanie pogarszającej się sytuacji.

Tylko raz udało mi się przez kilkadziesiąt minut rozmawiać ze Schefferem przy okazji wywiadu dla „Dziennika”. W skromnie urządzonym gabinecie w Brukseli przekonywał do silniejszego zaangażowania w wojnę, chwalił Polskę, że dała swoim oddziałom mandat do prowadzenia walk, w tym działań zaczepnych, a nie tylko misji stabilizacyjnej. Jego ulubionym słowem było „robust” (z ang. mocny, silny, zdecydowany). Taka miała być – jego zdaniem – interwencja NATO pod Hindukuszem. Użył słowa „robust” przynajmniej kilkanaście razy. Świetnie rozumiał się z dowódcą sił NATO w Afganistanie amerykańskim spadochroniarzem generałem Danem McNeillem, zwanym nie bez racji „bombowcem”. Jankes miał bowiem jedno skuteczne rozwiązanie na problemy na polu walki – naloty. Nic dziwnego, że afgańscy cywile ginęli w nich dziesiątkami.

Dziś nie ma już Scheffera, odszedł McNeill, nowy dowódca zakazał ataków z powietrza, o ile cele nie zostały jednoznacznie zidentyfikowane. NATO zmienia się. Rasmussen ma czystą kartę, może słowem i czynem udowodnić, że potrafimy nie tylko walczyć i zabijać, ale także odbudowywać upadłe kraje. Jeśli poprowadzi NATO w tym kierunku, kto wie – może wygramy z talibami.